TEKSTY 

Everest: Najwyższy grób świata

„Ponieważ istnieje” – George Mallory

W 1923 roku najwybitniejszy alpinista ery międzywojennej, George Mallory, przebywał w Nowym Yorku, próbując zebrać fundusze na wyprawę na najwyższą górę świata. Był zirytowany faktem, że musi ciągle odpowiadać na te same pytania. Dlaczego chce pan zdobyć Mount Everest? Dlaczego chce pan narażać życie? – pytali dziennikarze. W końcu badacz wypowiedział słowa, które przeszły do historii alpinizmu, a które pozwoliłem sobie przytoczyć wyżej. Mallory dobrze wiedział, jakie ryzyko podejmuje – nie wszyscy wracają z wyprawy na „Czoło nieba”. Dzisiaj najwyższy szczyt na naszej planecie to tak samo miejsce chwały, jak i zbiorowa mogiła setek ofiar.

Człowiek, zdobywca świata, krwawo okupił swój tytuł. Setki tysięcy lat postępu i przekraczania horyzontów, wypraw graniczących z szaleństwem, w poszukiwaniu „nowych światów”, pozbyły się z naszych map większości (jeśli nie wszystkich) białych plam. To ciekawość i chęć zdobywania – ambicja – czyni z nas Homo Sapiens, ale nie możemy też zapominać o tych, którzy w imię ciekawości właśnie oddali swoje życia. Jak bowiem, jeśli nie ciekawością właśnie, umotywować historię podboju Mount Everest? Rok w rok setki osób starają się osiągnąć miejsce które nie tylko nie nadaje się do życia, ale też do dłuższego przebywania w nim, ekstremalnie zimne, ledwo zasobne w tlen i – mimo wszystko – dosyć ciasne. Dlaczego? Ponieważ istnieje.

Sam Mallory swoją ambicję przypłacił życiem. Podczas trzeciej brytyjskiej wyprawy (1924) prawdopodobnie podczas upadku został uderzony przez czekan. Dysputy, czy udało mu się dotrzeć na szczyt trwają do dziś. Jego ciało zostało odnalezione dopiero w 1999 roku. Zwłoki innych, mu podobnych, zdobią teraz szlak, którym wspinają się następni zdobywcy góry.

Zielone buty

Tsewang Paljor urodził się w kwietniu 1968 roku – w tym czasie nazwisko Malloryego było już owiane chwałą, a szczyt Mount Everest oficjalnie zdobyty. Paljor był członkiem pierwszej indyjskiej wyprawy, która w maju 1996 roku miała osiągnąć szczyt od strony północnej. W trakcie schodzenia ze szczytu został złapany przez burzę. Leży tam gdzie zmarł – pod kamieniem, w partii podszczytowej, znany jako „Zielone buty” od obuwia, jakie nosił na stopach. Jego ciało służy jako punkt orientacyjny dla innych wspinaczy, którzy chcą zdobyć szczyt. Tego samego roku góra Everest zabrała życie czternastu innym osobom.

David Sharp

Dziesięć lat później, w miejscu w którym leży „Zielone buty”, schodząc ze szczytu usiadł na chwilę angielski wspinacz, David Sharp. Był przemęczony i słabo wyekwipowany, nie posiadał też radia. Zapłacił 6200 dolarów firmie Asian Trekking za wsparcie logistyczne do wysokiego obozu. Sharp nie podniósł się nigdy więcej – zmarł z wycieczenia i wyziębienia. Umierał długo – w tym czasie koło niego przeszło około czterdziestu innych wspinaczy, z których tylko niektórzy poświęcili mu chwilę swojego czasu.

Problem pomocy na Evereście znakomicie nakreśla polska podróżniczka, Monika Witkowska (także zdobywczyni szczytu) – tam w górze myśli się inaczej, niż w dolinach. Poniekąd winna jest odpowiedzialność zbiorowa, trasa na szczyt jest często uczęszczana, nie pomogę mu ja, pomoże kto inny. Od tego, by pomagać jest także formalnie agencja (w przypadku Sharpa była to Asian Trekking). Rzeczywistość jest też brutalna – pomoc komukolwiek na trasie wymagałaby zawrócenia spod szczytu. Wielu wspinaczy ma tylko jedną szansę – nie każdy ma pieniądze i nie każdy dałby radę wejść po raz drugi, wiedząc, ile wysiłku to kosztuje. Często też sprowadzenie kogoś z góry nie jest zwyczajnie możliwe, a wręcz niebezpieczne dla udzielającego pomocy. W konsekwencji wspinacze mogą liczyć głównie na siebie.

Pierwszymi ludźmi, którzy spotkali umierającego była grupa wspinaczkowa Marka Inglisa, około pierwszej nad ranem. Ze względu na trudność przeprowadzenia akcji ratunkowej, wspinacze poszli dalej, udzielając umierającemu paru dobrych rad. 9 godzin później Jamie McGuinness, przewodnik, spotkał Sharpa i tak relacjonuje to zajście:

„…Dawa z grupy Arun Treks dał również Davidowi tlen i próbował namówić go do zejścia przez około godzinę. David nie był w stanie stać samodzielnie ani nawet z pomocą. Dawa był bezsilny i płacząc zostawił Davida. Nawet z dwoma Szerpami było niemożliwością sprowadzenie go na dół w tak trudnych warunkach…”

Z kolei Inglis, pytany później o okoliczności śmierci Sharpa opowiada:

„Zadzwoniłem do Russa (kierownika wyprawy Russella Brice’a). Powiedział: Kolego, nic nie możesz zrobić. On jest tam już od x godzin bez tlenu. On już w zasadzie nie żyje. Problem polega na tym, że na 8500 m n.p.m. trudno jest utrzymać siebie przy życiu nie mówiąc już o ratowaniu innych”

Losem anglika zainteresował się też Maxime Chaya, libański wspinacz. Z jego relacji wynika, że kiedy go odnalazł, David nie miał rękawic i poważne odmrożenia. Był też już nieprzytomny. Nawet, gdyby w tym stanie udało się go ściągnąć do obozu, najprawdopodobniej by nie przeżył. Było już za późno.

Tego samego roku zginęło także dziesięciu innych wspinaczy.

Śpiąca piękność

Tybetańczycy nazywają Everest Czomolungma – Bogini, Matka Świata. Bogowie, jak to bogowie, bywają kapryśni, zabierając życia także tych najlepiej przygotowanych. Najlepszych. Najzdrowszych.

Amerykanka, Francys Arsentiev była taką kobietą – jej ambicją było zdobycie szczytu jako pierwsza amerykanka. Była w świetnej formie, u szczytu kondycji, zahartowana i z pozytywnym nastawieniem. Jeśli ktoś miał być pewnikiem w kwestii wyjścia na szczyt, to właśnie ona.

Francys Yabro Distefano-Arsentiev urodzila sie 18 stycznia 1958 w Honolulu na Hawajach, w 1992 roku poślubiła Sergieja Arsentieva. Razem z mężem wspinali się na wiele rosyjskich szczytów, jako pierwsza kobieta w stanach zjechała na nartach z góry Elbrus (najwyższy szczyt Kaukazu), oraz zdobyła jego wschodnie i zachodnie szczyty. Jej mąż, członek elity rosyjskich wspinaczy porównywany był do Reinholda Messnera. Jako małżeństwo, stanowili parę śmiałków rzucających wyzwanie każdym przeciwnościom losu.

17 maja 1998 Sergi i Fran wspięli się do Obozu Bazowego. 18 maja osiągnęli wysokość 7700 metrów. 20 maja byli już w obozie szóstym, skąd mieli podchodzić do szczytu. Zawrócili jednak, kiedy zepsuły się im latarki czołowe. Próbę podjęli znów 22 maja. Francys szła bez dodatkowego tlenu – jak sama stwierdziła, chciała zdobyć szczyt „na czysto”. Niepochlebnie wyrażała się o wszystkich, którzy mieli „wjeżdżać na szczyt windą” – czyli wchodzić z ułatwieniami. Jako pierwsza amerykanka, musiała wejść na szczyt siłą własnych mięśni i woli – i udało jej się.

23 maja członkowie Uzbekistanskiej ekspedycji Oleg Grigoriev, Andrei Fedorov, Sergei Sokolov, Svetlana Baskakova (kobieta) i Marat Usaev wychodzili z namiotu w obozie szóstym, kiedy spotkali Sergieja Arsentieva, który ze strachem w oczach zaczął ich pytać, czy nie widzieli jego żony. Wszystko wskazywało na to, że jakimś cudem małżeństwo musiało spędzić całą noc bez namiotu, pod szczytem Mount Everest. To, że Sergi jeszcze żył, zakrawało na cud. Uzbekistańczycy nie mogli opowiedzieć twierdząco – miast tego poczęstowali go herbatą i zaproponowali swój nagrzany namiot, sami podejmując programową wspinaczkę.

Sergi mógł tam zostać, oczekując na wiadomości. Miast tego po chwili odpoczynku wyruszył w poszukiwaniu żony i nigdy więcej nikt nie widział go żywego. Tymczasem członkowie ekspedycji znaleźli Fran rankiem i po krótkiej naradzie, zdecydowali, że zostaną przy niej Oleg Grigoriev, Andrei Fedorov, aby – zgodnie z instrukcjami podawanymi im przez radio – udzielić kobiecie pomocy.

Kobieta wyglądała źle. Nie miała czapki, ręce miała odsłonięte i odmrożone. W jakiś sposób żyła jednak. Jej obciągnięta, odmrożona skóra na twarzy odjęła jej lat. Teraz wyglądała na dwudziestolatkę, lodową piękność. Błagała, by Grigoriev i Fedorov jej nie zostawiali. „Pomocy, pomocy” – szeptała. „Nie chcę umierać, nie zostawiajcie mnie”.

Pomimo starań dwójki wspinaczy i próby przeniesienia jej do obozu, zmarła o 11:00 rano, a jej ciało przez dziewięć lat leżało w śniegu, obrastając legendą jako „śpiąca piękność”.

Dopiero po tych latach dwójka wspinaczy zawinęła je w amerykańską flagę, a do ręki wcisnęła ulubionego, pluszowego misia. Potem zepchnęli ją w głąb północnego zbocza, gdzie leży do dziś.

Oprócz dwójki małżonków góra tego roku zabrała jeszcze dwa ludzkie istnienia.

Zbiorowa mogiła

Od 7 czerwca 1922 roku i pierwszych oficjalnych ofiar góry, na jej stokach zginęło prawie trzysta osób. Powody śmierci są różne – wycieńczenie, odmrożenia, zawał, zakrzepy, choroba wysokościowa, wreszcie lawiny. To krwawe żniwo, jakie góra zbiera na ludzkiej ciekawości i ideałach. A mimo to co roku wyruszają na nią nowe ekspedycje, pisane są książki i kręcone filmy, jak choćby tegoroczny „Everest” w reżyserii Baltasara Kormakur’a. Góra nęci nas swoim niewzruszonym pięknem – a im więcej trupów leży na jej szlakach, tym więcej śmiałków chce ją pokonać. To nasza cecha gatunkowa, tak samo straszna, jak w pewien sposób piękna.

Być może zwłoki tych wszystkich odważnych, ambitnych, osób będą tam nadal, kiedy „w dolinach” nie będzie już śladu człowieka – pozostaną, jako świadectwo tego, kim był i w jaki sposób myślał gatunek Homo Sapiens.

Ponieważ istnieje.

Image Comics
Poprzedni

Made in USA: Przegląd komiksów (XXII) – grudzień 2015

Powergraph
Następny

Trzynasty anioł - fantastyka „z zagadką” [recenzja]

Michał Stonawski

Michał Stonawski

Brak komentarzy

Dodaj komentarz