TEKSTY 

Festiwal Sundance – święto niezależnego kina

21 stycznia rozpoczyna się najważniejszy festiwal filmów niezależnych na świecie – Sundace Film Festival. Z tej okazji przyglądamy się historii dziecka Roberta Redforda. Jak to się stało, że hollywoodzki gwiazdor stworzył festiwal, który od dekad wytycza kierunki rozwoju niezależnego kina?

Żeby na to pytanie odpowiedzieć najpierw trzeba wyjaśnić światowy fenomen festiwalu Sundance. Bo Sundance jest popkulturowym fenomenem i być może jedynym na świecie festiwalem, który jest autentycznym artystycznym wydarzeniem. Być może, bo podczas kiedy Cannes, Berlin i Wenecja z festiwali zamieniły się w filmowe targi, na których w głównej mierze filmami się handluje a nie je nagradza, Sundance zmusza młodych twórców to realizowania najlepszych filmów na jakie ich stać. Wygranie festiwalu a nawet tylko zostanie na nim zauważonym często równoważy się z początkiem światowej kariery. To wcale nie żart – bez Sundance nie byłoby dziś większości wybitnych filmowców, by wymienić tylko Stevena Soderbergha, Kevina Smitha, braci Coen, Jima Jarmusha, Robert Rodrigueza, Richarda Linklatera czy Paula Thomasa Andersona. Każdy z nich dziś jest wielką filmową gwiazdą, ale szlify reżyserskie zdobywali na Sundance.

O tym jak wielką siłę rażenia ma bycie zauważonym na Sundance przekonał się sam Quentin Tarantino, który debiutował na nim swoimi głośnymi „Wściekłymi psami” (1992). Film został przyjęty rewelacyjnie i chociaż głównej nagrody nie dostał, to zapoczątkował trwającą do dziś niezwykłą karierę amerykańskiego enfant terrible kina. Z „Wściekłymi psami” wiąże się zresztą dość interesująca anegdota, która tylko potwierdza rangę tego festiwalu. Otóż jadąc na Sundance Tarantino nie miał jeszcze ukończonego filmu. Do konkursu zakwalifikował się na podstawie wersji roboczej. Podobno Lawrence Bender producent filmu, chciał nawet „Wściekłe psy” wycofać, ale Tarantino się uparł, że jeśli ma debiutować to tylko na Sundance. Film montował „na gorąco” już na festiwalu. Efekt? Kultowe dzieło, które magazyn „Empire” uznał najlepszym filmem niezależnym wszech czasów. Prawdziwość tej anegdoty potwierdzał zresztą w rozmowie ze mną Robert Redford, który do dziś uznaje Tarantino za największe objawienie swojej imprezy. – Kogo zapamiętam na zawsze? Quentina Tarantino ze „Wściekłymi psami”, które montował niemal na festiwalowych korytarzach. To był niesamowity, dziki film. No i trudno zapomnieć o Quentinie, który teraz jest wielki, ale przecież zaczynał u nas. To naprawdę imponujące, jak daleko zaszedł. – wspominał.

A wszystko to dzięki temu, że festiwal Sundance opiera się właśnie na zdrowej konkurencji. Nikt nie jest tam znany, a każdy ma takie same szanse na sukces – liczy się tylko jakość filmu. I nie musi być on udziwniony, stworzony specjalnie pod festiwalowe jury (jak często ma to miejsce w Cannes) ale prosty, szczery i sprawny. Na tych trzech elementach zbudowano wiarygodność festiwalu. Jak opowiadał mi uznawany za czołowego przedstawiciela Sundance reżyser Steven Soderbergh – na Sundance możesz opowiedzieć najprostszą historię miłosną między młodym chłopcem i młodą dziewczyną bylebyś tylko miał na nią pomysł. Bo w robieniu filmów nie chodzi o to o czym, a jak. Sundance uczy jak odkrywać kino po swojemu i przez to jest wielkie.

A wszystko to zaczęło się od niespodziewanego sukcesu filmu „Butch Cassidy i Sundance Kid”.  Robert Redford zarobił na nim tyle, że nie wiedział, co zrobić z pieniędzmi.  Jego ówczesna żona Lola Van Wagenen, która urodziła się i wychowała w stanie Utah, już wcześniej namówiła męża do wybudowania małego domku w tym Stanie, a gdy okazało się, że stać ich na coś większego nakłoniła męża do kupna ośrodka narciarskiego na górze Timpanogos (drugi najwyższy szczyt w Utah). Nazywał się on wówczas „Timp Heaven” ale po tym jak został zakupiony przez Redforda, aktor ochrzcił go imieniem swojej ulubionej postaci filmowej „Sundance”. Był rok 1969. Trzy lata później Redford zagrał w westernie „Jeramiah Johnson” wyreżyserowanym przez jego przyjaciela Sydney’a Pollacka.  Zdjęcia do filmu nakręcono w lesie pod domem aktora. To wtedy podobno Pollack miał zasugerować Redfordowi, że z tak fajnymi terenami można by coś zrobić.  Tak powoli rodziła się idea festiwalu.

W 1978 roku młodszy  brat żony Redforda, Sterling Van Wagenen wpadł na pomysł by w stolicy Stanu – Salt Lake City, zorganizować festiwal filmowy poświęcony tylko amerykańskim filmom realizowanym przez młodych twórców. Redford zapalił się do tej idei i został szefem jury US Film Festival.  Trzy lata później impreza przeniosła się do mniejszego, ale bardziej przyjaznego i przytulnego miasteczka Park City (uznanego przez „Forbesa” ze jedno z najpiękniejszych miasteczek w Stanach) , położonego tuż obok posiadłości Redforda. Wtedy też odwiedzający Redforda Sydney Pollack miał powiedzieć – panowie dlaczego robicie filmowy festiwal we wrześniu, kiedy do Utah najwięcej ludzi przyjeżdża zimą na narty. Proponuję styczeń – lepszy miesiąc, więcej turystów a co za tym idzie potencjalnych widzów.

Pomysł się przyjął. Zachwycony coraz większym zasięgiem festiwalu Redford założył specjalną organizację o nazwie „Instytut Sundance” wspierającą młodych twórców filmowych, zaś  jej prezesem został Sterling Van Wagenen. W 1985 roku obaj panowie stwierdzają zgodnie, że nazwa US Film Festival nie brzmi zbyt dobrze, a poza tym nie można wykluczyć, że niebawem rozszerzy swoje poszukiwania filmowe poza granice Stanów Zjednoczonych (rozszerzyli je na dobre w 2004 roku). Rodzi się festiwal Sundance. Podczas jego pierwszej edycji wyróżnione zostają dwa filmy: „Śmiertelnie proste” doskonały debiut braci Coen, oraz absurdalna tragikomedia „Inaczej niż w raju” drugi film młodego Jima Jarmusha.  Imponujące prawda?

Dziś Sundance to nie tylko festiwal i Instytut, ale także nadawana wspólnie z kanałem Showtime telewizja Sundance Channel (emituje głównie nieznane filmy młodych twórców z całego świata) , sieć specjalnych kin Sundance, specjalna edycja płyt. No i popkulturowy mit, który jest już na tyle rozpoznawany, że ogrywają go twórcy hollywoodzkich hitów. Nie przypadkowo przecież akcja trzeciej części popularnego cyklu grozy „Koszmar minionego lata” działa się w Park City, zaś jeden odcinek popularnego serialu „Simpsonowie” nosił tytuł „Any Given Sundance” (Lisa, córka Homera realizuje w nim film dokumentalny o swojej rodzinie, który okazuje się wielkim przebojem na Sundance).

Oczywiście – wraz z rozwojem festiwalu, jego dziś (nie oszukujmy się) korporacyjną strukturą, pojawiły się głosy, że Sundance, to już nie to samo miejsce co kiedyś. Że lata się tam aby się pokazać. Racja. Lata się tam, aby się pokazać, a firma Redforda jest korporacją. Ale to wciąż jedna z nielicznych korporacji na świecie, która swój wizerunek i przychód buduje na artystach kompletnie nieznanych. – Niezależny film zamyka się w całości budżetu – przeznaczonego tak na produkcje jak promocję – w okolicach dwóch, czasami czterech milionów. W porównaniu z hitami to żadne pieniądze, a mimo to kino niezależne przetrwało, co więcej ma się całkiem nieźle i coraz prężniej rozwija. – opowiada Redford. I kontynuuje – Dzieje się tak też troszkę dlatego, że wymyśliliśmy alternatywną, z braku funduszy, drogę promocji. Zazwyczaj filmy, które pojawiały się w Sundance, były grane przez dziesięć dni w kinach, a potem albo ktoś je kupił do dystrybucji, a jeśli nie, to zupełnie przepadały. Dzięki temu, że otworzyliśmy w 1996 roku telewizyjny Sundance Chanel te filmy żyją po festiwalu. Baliśmy się tej decyzji, nie byliśmy pewni, czy to się uda. Kiedy okazało się jednak, że ludzie chcą nas oglądać, zaczęliśmy rozszerzać zasięg najpierw przez dekadę podbijaliśmy całe Stany a teraz i na Europę. I ktoś będzie jeszcze twierdził, że na byciu niezależnym i niszowym nie da się zarobić?

Egmont
Poprzedni

Avengers #2: Ostatnie białe zdarzenie - wprowadzenie do większej opowieści [recenzja]

darktower
Następny

Mroczna Wieża w telewizji - czyli zapowiedzi seriali na podstawie książek

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz