TEKSTY 

Gary Busey – wrak, który nie tonie

Myślicie, że Nicholas Cage jest królem odpałów i niezręczności, a Charlie Sheen umie się bawić? No to pora przypomnieć aktora, który ma na koncie podobne szaleństwa, a gdy raz skojarzymy twarz z nazwiskiem, już go nie zapomnimy. Dziś będzie o gwieździe spadającej długim, powolnym lotem. O gwieździe, która mimo upadku zarabia lepiej, niż niejeden zdobywca Oscara. O fenomenie Gary’ego Buseya.
Bawił publiczność anegdotami, dowcipami i uwodził charyzmą. Wszystko było na miejscu. Dziś, gdy oglądamy jego bełkot na przykład w amerykańskim „Tańcu z Gwiazdami”, możemy zachodzić w głowę, gdzie podział się dawny Gary Busey?

Występował z takimi gigantami kina jak Tommy Lee Jones, Clint Eastwood, Jeff Bridges, Mark Hamill czy Gene Hackman. Sam też miał swoje chwile wielkości, a na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych – był wszędzie. Był prawdziwą gwiazdą. I choć wcale nie zniknął, to zleciał z wysokości.  Teoretycznie nigdy nie przebił się do ścisłej czołówki Hollywood, ale był blisko. Cholernie blisko. Jego imprez się nie zapominało. Słynął z ułańskiej, pijacko-narkotykowej fantazji, której nie powstydziliby się przodownicy rozpusty, tacy jak Charlie Sheen. Niestety, w pewnym momencie kariery stał się cieniem dawnego siebie, człowiekiem gadającym od rzeczy. Pośmiewiskiem. Zamienił jedną popularność na inną, łatwiejszą, plastikową. Próżno szukać nowych, atrakcyjnych ról w jego emploi. Co poszło nie tak? W pewnym momencie – wszystko. Ale nie od razu. Start miał obiecujący.

Końcówka lat 60. i początek 70. to dla Buseya okres rozbijania się po kilku kapelach, m.in. The Rubber Band, grał też na perkusji u Leona Russela. Po drodze wystąpił w komediowych show lokalnej telewizji. Podbój kina zaczął w 1974 od roli w „Piorunie i Lekkiej stopie”, gdzie partnerował Clintowi Eastwoodowi i Jeffowi Bridgesowi. W 1976 przyjął angaż do remake’u musicalu „Narodziny gwiazdy”, czym zaskarbił sobie uznanie w oczach Barbry Streisand. 1978 był dla niego czasem przełomu. Wcielił się w Buddy’ego Holly’ego, jedną z legend rock’n’rolla. Film narobił sporo szumu, przyniósł rozgłos aktorowi i zafundował ekipie odrobinę kontrowersji (portretowany na ekranie zespół The Cricets posądzał reżysera o przekłamania i pogarszanie wizerunku tria). Za „Opowieść o Buddym Hollym” Busey otrzymał nominację do Oscara. Choć samej statuetki nie zgarnął, znalazł się w stawce z najlepszymi: Johnem Voighem czy Robertem DeNiro. Świat o nim usłyszał. Tego samego roku zagrał jeszcze w kilku innych znaczących produkcjach w tym w „Zwolnieniu warunkowym” i „Wielkiej Środzie”.

Lata osiemdziesiąte to kolejne pasmo filmowych sukcesów. „Taksiarze z Waszyngtonu”, „Z przymrużeniem oka”, „Oko tygrysa” (z Oscarową piosenką Survivora jako muzycznym motywem przewodnim, którą potem pożyczy sobie „Rocky”), „Barbarossa” czy nakręcona na podstawie prozy Stephena Kinga „Srebrna Kula” – te tytuły pracowały na popularność aktora. Znakomicie sprawdzał się zarówno w rolach komediowych („Taksiarze”), jak i twardzieli, ostatnich sprawiedliwych („Oko Tygrysa”) Zwieńczeniem zwycięstw tej dekady była „Zabójcza broń”, gdzie zagrał Pana Joshuę, zimnokrwistego, brutalnego najemnika i wroga głównych bohaterów (Mel Gibson i Dany Glover). Do dziś jego Joshua to jeden z najważniejszych antagonistów w historii kina akcji.

Busey grał jak pedarda, z charakterystycznym nerwem, tryskał sceniczną energią – wtedy i jeszcze dużo później – w każdą rolę wchodził na całego. Potrafił prowadzić emocjonalne szarże budujące całe sceny. Charakterystyczna twarz, wielki wyszczerzony uśmiech i opętane spojrzenie pozytywnego wariata dopełniały wizerunku aktora. Był przy tym zabawnym, błyskotliwym rozmówcą, angażującym widownię nie tylko w filmach, ale i podczas wywiadów czy talk show. Skradł serca widowni chociażby jako gość u Letttermana.

Bawił publiczność anegdotami, dowcipami i uwodził charyzmą. Wszystko było na miejscu. Dziś, gdy oglądamy jego bełkot na przykład w amerykańskim „Tańcu z Gwiazdami”, możemy zachodzić w głowę, gdzie podział się dawny Gary Busey? W którym momencie pozytywnego wariata zastąpiło bełkoczące aktorskie zombie, nieudolnie kopiujące wygłupy sprzed lat?

Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych  zadziało się kilka rzeczy równocześnie. Busey zmienił aktorski image. Z aktora dramatycznego przeobraził się w gwiazdę kina akcji. Przez długi czas szło mu nieźle. W pędzie od jednej przebojowej roli do drugiej, mógł nie zauważyć pierwszych objawów upadku. Przecież lata dziewięćdziesiąte wyglądały dla Buseya co najmniej tak dobrze jak poprzednia dekada. Wciąż dostawał atrakcyjne propozycje. Role drugoplanowe i wspierające, ale na tyle wyraziste, że nie dał o sobie zapomnieć. Występował u Lyncha w słynnej „Zagubionej autostradzie”, partnerował Keanu Reevesowi w „Na fali”, zaliczył cameo w „Las Vegas Parano”.  Swoim występem ubarwił nawet „Liberatora”, jeden z niewielu nadających się do oglądania filmów Stevena Seagala (może dlatego, że kilku dobrych aktorów grało tam za odtwórcę głównej roli…). Słynną scenę z przebieraniem się za kobietę, wymyślił ponoć sam…

Gdzieś po drodze sława zaczęła jednak pokazywać ciemne strony.

Najpierw nastąpił wypadek motocyklowy. Busey był zwolennikiem jazdy bez kasku i innych ochraniaczy. Uważał się za wystarczająco dobrego kierowcę, by uniknąć wypadków. Szczęścia i umiejętności wystarczyło mu do 4 września 1988. Wtedy padł ofiarą wypadku, niemal dosłownie kasując motocykl i przelatując nad kierownicą pojazdu. Do szpitala trafił z połamaną, pokruszoną czaszką. Odratowano go dzięki skomplikowanej, wielogodzinnej operacji chirurgicznej. Po wypadku musiał się poddać wymagającej rehabilitacji i na nowo uczyć np. chodzenia. W 2008 roku w ramach reality show „Celebrity Rehab” został skierowany do psychiatry, dr Charlesa Sophy’ego, który stwierdził, że może jednak wypadek miał większe konsekwencje dla umysłu aktora, niż pierwotnie sądzono. W efekcie Busey otrzymał silne leki sporządzone na bazie kwasu walproinowego. Ale to było dużo później.

Ciężko stwierdzić, czy to sam wypadek tak bardzo zmienił Buseya. „Mój umysł został odmieniony w nienormalny sposób i teraz patrzę zupełnie inaczej na rzeczy i uczucia” – przyznał w pewnym momencie. Przez dłuższy czas dalej funkcjonował jako przebojowy i błyskotliwy człowiek. Tyle, że do kolekcji problemów dołożył sobie jeszcze uzależnienie od kokainy. Znajomość z białym proszkiem zaczął najprawdopodobniej na początku lat dziewięćdziesiątych, już po wypadku. W nową miłość zaangażował się na całego i z fantazją. Organizował ciężkie, kokainowe imprezy, podczas których za tackę i dozownik służył biedny pies, obtoczony białym proszkiem jak kotlet panierką. Trudno stwierdzić, czy przycinanie kreski z grzbietu psa to jeszcze pokaz ekstrawagancji czy już znęcanie się nad zwierzętami. Zabawa skończyła się, gdy w 1995 roku przedawkował i znalazł się jedną nogą w grobie. Po wyjściu ze szpitala z mózgiem przeżartym kokainą i silnymi lekami – zaczął pokazywać pierwsze wyraźne zmiany w osobowości.

Fakt, że dwukrotnie uniknął śmierci przyczynił się do publicznie ogłoszonego nawrócenia. W 1996 roku wyznał: „Jestem dumny, że mogę ogłosić całemu Hollywood, iż jestem chrześcijaninem. Po raz pierwszy mogę być sobą”. Nawrócony, przyłączył się do grupy „Promise Keepers”. Został nawet wyświęcony na kaznodzieję.

W międzyczasie doszły napady agresji. Był dwukrotnie podejrzewany o akty przemocy domowej, której ofiarą miała paść druga żona Buseya, Tiani, ex-tancerka egzotyczna. Choć po jednym z tych ataków aktor spędził noc w areszcie, kobieta nie wniosła oficjalnego oskarżenia. Rozwiedli się w 2000 roku.
Zmienił się też w trudnego współpracownika. Doszło do tego, że częściej tracił niż przyjmował angaże do ciekawych filmów. Jeszcze w 1990 roku pokłócił się z reżyserem „Kompanii karnej” i mimo podpisanego kontraktu wyleciał z planu, a jego miejsce zajął Martin Sheen. Miał grać w takich potencjalnych przebojach jak „Wodny świat” (no dobrze, wszyscy wiemy, jak się skończyło, więc to mogło akurat wyjść Buseyowi w minimalnym stopniu na zdrowie…) czy „Watchmen: Strażnicy”. Do tego wszystkiego doszła walka z rakiem, wykrytym w 1997 roku. By przeżyć, Busey poddał się ostrej chemii i operacji.

Po 2000 roku zaczął rozmieniać sławę i reputację na drobne. Granie w porządnych filmach zamienił na występy w kolejnych reality show. „Taniec z gwiazdami” i „Celebrity Rehab” to tylko niektóre z nich. Dorobił się nawet własnego komediowo-dokumentalnego programu „I’m with Busey”, gdzie uczył młodego pisarza Adama de la Pena jak żyć. Jakkolwiek formuła wydawała się intrygująca, a sam Busey odnalazł przyjemność w utwierdzaniu ludzi, że wyszedł z wypadku z bardziej pokiereszowanym umysłem, niż wszyscy sądzili – show przetrwał jeden sezon. Pozostało po nim wspomnienie tzw. Buseyizmów, o których za chwilę, i wąskie grono fanów-kultystów. Niemniej, wizerunek aktora wymknął się już spod kontroli. Gra wciąż sporo, jednak głównie w produkcjach zmierzających wprost na DVD.

Co nie znaczy, że ostatnie lata składają się z samych porażek, blamaży i wpadek. W 2012 roku Busey założył fundację na rzecz walki z rzadką Chorobą Kawasakiego, dotykającą głównie dzieci. Aktor postanowił podjąć się tego wyzwania po tym, jak jego syn ucierpiał wskutek zapadnięcia na CK.
Po wszystkich upadkach przyjął rolę ciasteczka z wróżbą, kopalni krępujących cytatów i generatora niezręcznych sytuacji. W wielu wywiadach udzielał odpowiedzi wziętych z kosmosu. Popularność aktorską zastąpił swoisty kult on-line. Jednak bliżej temu do reakcji, jakie wzbudzają alko-memy z prezydentem Kwaśniewskim, niż prawdziwej sławy, którą cieszył się niegdyś. Stał się memem i autokarykaturą. Dobrze zarabiającym pośmiewiskiem.

Trzeba jednak przyznać, że nie stracił dystansu ani głowy do interesów i obrócił zepsuty image w zysk. Na oficjalnej stronie aktora można zamówić gadżety ozdobione autografami i wspomnianymi Buseyizmami. Buseyizmy polegają na tworzeniu natchnionych sentencji i definicji słów w stylu, którego nie powstydziłby się zaćpany piętnastolatek w zaawansowanym stadium fascynacji New Age’m. Dla przykładu: Love – Living On Victorious Energy. Jeśli chcecie więcej, odsyłam na oficjalną stronę aktora.

BUSEIZMY

Może mu tak dobrze i wygodnie. Na występach zarabia kupę kasy, wciąż jest… przynajmniej rozpoznawalny. I tylko widzom czasem żal, bo pomiędzy odruchami aktorskiego zombie wciąż dostrzegają cień iskry, która niegdyś kradła ekran, choćby Busey występował na najdalszym planie.

red hot chilli peppers
Poprzedni

Najbardziej oczekiwane płyty 2016 roku [ranking]

Scream Comics
Następny

Incal - metafizyczna space opera [recenzja]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz