TEKSTY 

Glina – Stare psy wracają do miasta?

Osiem lat. Tyle czasu minęło, odkąd ostatni raz przemierzaliśmy wraz z „Gliną” Władysława Pasikowskiego mroczne, duszne, deszczowe oblicze Warszawy, gdzie śmierć i zbrodnia mogły zniszczyć każdego. Krucjata komisarza Gajewskiego została przerwana przed decydującym, trzecim aktem. Teraz przez zachmurzone niebo przebił się promyk nadziei dla stęsknionych.
„Glina” był czymś wyjątkowym na polskim rynku. Prawdziwym objawieniem. Oto dostaliśmy rasowy czarny kryminał. Brudny, brutalny i bezwzględny.

W życiu nie mogłem przeboleć zawieszenia trzech seriali – „Spectacular Spider-Mana”, „Firefly” i właśnie „Gliny” Pasikowskiego. W każdym z tych przypadków sytuacja wyglądała podobnie. Ekipa twórców miała świetny materiał, pasję i wolę, była zgrana, ale coś stanęło na przeszkodzie, by domknąć historię. A to beznadziejne umowy między właścicielami praw („Spider-Man”), a to niska oglądalność („Firefly”), a to nieprzychylne nastawienie stacji do twórców („Glina”). Właśnie dlatego na długie osiem lat pożegnaliśmy się z bohaterem jednego z najlepszych seriali kryminalnych, jakie powstały nad Wisłą.

W pewien czwartkowy wieczór A.D. 2004 „Glina” uderzył niczym grom z jasnego nieba. Były to czasy, kiedy TVP posiadało mniej więcej stały blok kryminalny, przez który na przemian przewijały się zagraniczne i polskie produkcje. Te drugie zazwyczaj próbowały dorównać kultowej „Ekstradycji” i na tym ich ambicje się kończyły. Kolejne propozycje były nijakie, niedorobione, czasem jedynie przyjemnie przeciętne („Sfora”).

I wtedy pomiędzy twórców seriali wszedł Pasikowski. Jego dzieło wyróżniało się z tłumu średniaków… wszystkim. Poziomem realizacji – taśma filmowa robiła swoje – mrocznym nastrojem, melancholijną muzyką Michała Lorenca i gorzkimi, przejmującymi historiami ludzi, które kryły się za kryminalnymi zagadkami. Reżyser „Psów” zaprzągł do pracy najlepszych możliwych aktorów, często ściągniętych z desek teatru. Niezużyty wtedy Maciej Stuhr partnerował staremu wydze, rewelacyjnemu Jerzemu Radziwiłowiczowi. Duet mistrza i ucznia grał tu pierwsze skrzypce, ale reszta – z Urszulą Grabowską, Jackiem Braciakiem, Anną Cieślak, Marianem Dziędzielem i Robertem Gonerą na czele – nie pozostawała daleko w tyle. Dzięki scenariuszowi Maciejewskiego i kierunkowi, jaki obrał Pasikowski, nawet znane serialowe twarze wyciskały z siebie siódme poty i wzbijały się na wyżyny możliwości. Grali mocno, wyraziście – widać, że im zależało.

„Glina” był bowiem czymś wyjątkowym na polskim rynku. Prawdziwym objawieniem. Oto dostaliśmy rasowy czarny kryminał. Brudny, brutalny i bezwzględny. Deszczowe miejskie noir z filmowym zacięciem i rozmachem, gdzie bohaterowie powoli staczają się w odmęty ludzkiego zbydlęcenia, każdą paczkę fajek popijają litrami gorzały, a ich twarze szarzeją od widoków, których doświadczyli. Od trupów, od ludzi, którym zbrodnia zniszczyła życie.

W tę rzeczywistość Pasikowski wpuszcza komisarza Wydziału Zabójstw Andrzeja Gajewskiego, doświadczonego policjanta, który widział już wszystko. Był upartym, twardym, małomównym sukinsynem, który raz podjąwszy trop, nie odpuszczał aż do zakończenia sprawy. Z kobietami układało mu się raczej marnie, gdyż zawsze jakieś zwłoki niecierpliwie czekały na odkrycie. Nigdy się za to nie skundlił. Łoił gorzałę jak smok i poprawiał hurtowymi ilościami papierosów, zaś według słów byłej żony przetrwałby zagładę atomową. Poznajemy go w chwili, gdy dostaje dwie sprawy do rozwiązania – zabójstwa kolegi z wydziału oraz tajemnicze zniknięcia kobiet. Obie zaprowadzą go w miejsca, gdzie będzie mógł zobaczyć dno dna ludzkiej rozpaczy i sięgnąć jeszcze głębiej.

Osią serialu jest relacja Gajewskiego z Arturem Banasiem, „Młodym”, dojrzewającym do roli prawdziwego policjanta z Wydziału Zabójstw. Zarówno kolejne sprawy, jak i starszy kolega nie oszczędzają początkującego oficera. Postać Stuhra dostaje twardą i bezwzględną szkołę życia, w której polegać może tylko na surowym i wymagającym partnerze. Choć „Glina” nie trzyma się kurczowo realiów policyjnego życia, doskonale pokazuje, ile trzeba stracić i poświęcić, by wytrzymać w tym zawodzie. W kolejnych historiach widzimy coraz bardziej pokiereszowanych i zamykających się w sobie funkcjonariuszy, duszących traumy gdzieś na dnie umysłu, ale gotowych wybuchnąć w każdej chwili. Zmyślne kryminalne intrygi przeplatają się tu bowiem z dobrze odrobioną warstwą obyczajową i przerysowaną, ale wiarygodną psychologią postaci.

Serial zaprezentował też nowe oblicze Pasikowskiego. W „Glinie” ujrzeliśmy pracę reżysera dojrzałego, który robi właściwy użytek ze swych manier oraz eliminuje te, które spychały poprzednie dzieła w otchłań zamierzonego – choć niekoniecznie – kiczu. O ile na przykład „Psy” czy „Operacja Samum” opierały się głównie na szczeniacko efekciarskich scenach, spuentowanych zgrabnym grepsem, który szedł potem samodzielnie w świat na ustach połowy Polaków, o tyle w „Glinie” postawiono na spójność. Sceny dalej stały mięsistymi dialogami, jednak teraz stanowiły część większej i lepiej przemyślanej całości. Efektowne i dobrze nakręcone sekwencje akcji, dosadne wyjątki z życia „psów” przeplatały się z dojrzałymi, intymnymi fragmentami. Wybuchy przemocy były tu rzadkie, poparte dobrze budowanym napięciem. Kiedy już do nich dochodziło, waliły widza brutalnością i gniewem prosto w twarz.

Zupełnie inaczej potraktowano też kobiety. Nawet tych, które popełniały błędy, nie zbywano odwołaniami do suczego rodowodu. Dostaliśmy zastęp kobiecych bohaterek z krwi i kości, z własnymi problemami, motywacjami i dramatami. Oczywiście, zarzuty o mizoginizm wciąż ktoś tam pod adresem Pasikowskiego kierował, ale jakby bez dawnej śmiałości.

Pasik już nie bajerował i nie naśladował Amerykanów na siłę. Nie. Tym razem, choć do cudzego scenariusza, snuł swoją opowieść. Autentyczną. Gorzką, dramatyczną, momentami zabawną, przetykaną wisielczym humorem, uwodzącą jesiennym nastrojem Polski, która nie do końca udźwignęła ciężar przemian ustrojowych i społecznych. Polski, która jedną nogą stała w absolutnym mroku. Scenariusz nie oszczędzał nikogo, z prawa, z lewa, ani ze środka. Przestępcą mógł być każdy – gliniarz, prawnik, przedsiębiorca, ksiądz, gej, nacjonalista, samotna, zraniona kobieta. Każdy szary Kowalski. Babcia też. Taka bezstronność musiała boleć przedstawicieli różnych środowisk i na pewno nie zjednywała Pasikowskiemu przyjaciół.

„Glina” był więc przełomem w emploi reżysera i pokazał, dokąd Pasikowski podąży w następnych latach oraz w jaki sposób będzie łączył kino zaangażowane społecznie z rozrywkową formą, czerpiącą z thrillera, kryminału, westernu czy kina szpiegowskiego („Pokłosie”, „Jack Strong” i najprawdopodobniej nadchodzące projekty).

Pewnie, zdarzały się gorsze momenty, kilka dziur w scenariuszu czy dziwnie poprowadzona, niedomknięta sprawa, parę gorszych dialogów. Generalnie jednak trzymano równy poziom od początku do końca, a jeśli jakieś skoki jakościowe się zdarzały – to raczej wzwyż. Serial dociągnął do drugiego sezonu – wypuszczonego cztery lata po pierwszym. Pierwsze odcinki były raczej spokojne, mniej szokujące niż poprzednio. Okazało się to jednak zmyłką, wyrafinowaną i dobrze wymierzoną, gdyż ostatnie epizody podgrzewały atmosferę do czerwoności. Były mocne, brutalne, mroczne i przerażające. Pościg za seryjnym mordercą kobiet zaprezentowano w taki sposób, że jeszcze długo po zakończeniu odczuwałem pewien niepokój korzystając z windy. Pasikowski podbił stawkę bardzo wysoko.

Jednak już wtedy coś nie grało. O ile pierwsza seria leciała w prime time’ie, o tyle drugą puszczano w godzinach, nazwijmy to, kontrowersyjnych. Czwartkowe seanse z „Gliną” gwarantowały bicie rekordów popularności, kilkumilionową oglądalność i zdobywanie wiernej publiki, która utwierdzała się w przekonaniu, że TVP raz od wielkiego dzwonu potrafi wydać pieniądze z abonamentu na coś porządnego. Tymczasem następny sezon, wypuszczony po kilku latach upchnięto w późny piątkowy wieczór, kiedy serial nie miał szans błysnąć. Kiedy spora część potencjalnych widzów odmóżdżała się przy roztańczonych show konkurencji albo szła odreagować ciężki tydzień nad kuflem piwa sączonym w knajpie. Po prostu – wyglądało to, jakby ktoś celowo chciał uwalić jeden z najlepszych seriali w historii Telewizji Polskiej.

glina-2003

Dziś ciężko już powiedzieć, co stało za odsunięciem reżysera na boczny tor. Może fakt, że sam serial był bezwzględny wobec każdej grupy społecznej, którą przedstawiał? Pasikowski wszak nigdy nie brał jeńców w swoich dziełach, co przyjaciół raczej mu nie zjednywało. A może ówczesnym włodarzom TVP, PISFu i innych instytucji kulturalnych nie podobało się, że reżyser próbuje przepchnąć scenariusz „Kadiszu” (dziś znanego jako „Pokłosie”) – filmu poświęconego mordowaniu Żydów w Jedwabnem. Już w „Psach” wsadzał kij w mrowisko, a teraz szedł jeszcze dalej. W dodatku nie chciał zrezygnować z realizacji serialu na kosztownej taśmie filmowej. Argumentów przeciw realizacji trzeciej serii przybywało.

Pewnie dlatego pożegnaliśmy komisarza Gajewskiego na skąpanym w deszczu warszawskim moście, a słuch o jakiejkolwiek kontynuacji zaginął, choć wiele wątków nie zostało wyjaśnionych. Bolało to o tyle, że już na etapie powstawania drugiego sezonu słyszeliśmy, że historia znajdzie domknięcie dopiero w trzecim. Tymczasem TVP milczało, zmieniały się władze stacji, a nieoficjalne przecieki, strzępki rozmów i wywiadów dawały do zrozumienia, że fani mogą sobie co najwyżej pomarzyć.

W normalnym państwie i normalnej telewizji serial podobnego formatu byłby hołubiony, reklamowany i wpychany, gdzie się da. Oprócz „Ekstradycji” i niszowego „Mroku” nie było w ofercie polskich stacji lepszej propozycji. „Oficera” oglądało się bardzo miło, ale „Glinie” do pięt nie dorastał. „Pitbull” znakomicie sprawdzał się jako sensacyjna, wiarygodna opowieść o policjantach, ale kryminałem był raczej marnym. Kilka innych seriali próbowało podjąć pałeczkę, ale przepadały bez echa po emisji pierwszych sezonów. Tymczasem najlepszej, najdroższej tego typu produkcji znad Wisły nie pozwolono nawet wybrzmieć do końca z przyczyn, o których nikt nie mówi głośno.

serial_glina_580

Sytuacja się jednak zmieniła. Przede wszystkim – Pasikowski znów jest na fali. O Pasikowskim się mówi i to głośno. Znowu wkurza, prowokuje, porusza delikatne tematy – czasem z wdziękiem rozpędzonego czołgu, ale jednak. Po „Pokłosiu” i „Jacku Strongu” wrócił do pozycji, z której ciężko go zagłuszyć i udawać, że nie istnieje. Na tapecie ma już kolejne propozycje, między innymi historię Jana Nowaka Jeziorańskiego, słynnego „Kuriera z Warszawy”. I właśnie dlatego, że twórca „Psów” wrócił do gry, nie traciłem nadziei. Na nowo rozbudził ją niepozorny news sprzed kilku dni.

Różnie się mówi o nowym zarządzie TVP. Nie mnie ich oceniać, ale kilka decyzji wskazuje, że pragną przynajmniej parę razy zainwestować w ciekawe propozycje serialowe. Plotki mówią o adaptacji „Legionu” Cherezińskiej, co zwiastuje, że wreszcie dostaniemy ciekawą opowieść o polskich żołnierzach, bez ściemy, ale i bez samobiczowania. Z perspektywy fana głodnego porządnych produkcji ważniejsza jest jednak niepozorna lista opublikowana na kilku stronach. Lista projektów i scenariuszy, które przeszły przez etap Naboru w ramach programu NOS (Nabór, Ocena, Selekcja) prowadzonego przez TVP. W kategorii „Wieczornych seriali sensacyjnych” jednym z kandydatów jest właśnie – trzeci sezon „Gliny”.

Nie ma co dzielić skóry na niedźwiedziu, póki władze TVP nie ogłoszą oficjalnie wyników następnych etapów, ale – pierwszy raz od ośmiu lat pojawiła się jakakolwiek szansa. Może po wszystkich tych jednostajnych „Komisarzach Alexach” i „Ojcach Mateuszach” zainwestują w coś porządnego. W końcu kto im zabroni?

Szczerze? Nie przeraża mnie nawet świadomość, że spora część ekipy się postarzała. Że u Radziwiłowicza lata już nie te, że Stuhr z ksywką „Młody” powinien się już raczej pożegnać. Teraz może nawet bardziej będą pasować do ról starych, wściekłych i rozgoryczonych gliniarzy po przejściach. Psów, które, jak pisał jeden z recenzentów filmwebu, wracają po kolejną krew.

Nie wiem wprawdzie, jak Pasikowski i Maciejewski wybrną z wymuszonego i dosyć radykalnego zakończenia drugiego sezonu, ale wybaczę nawet ordynarne deus ex machina, jeśli jeszcze raz zobaczę wymęczonego Radziwiłłowicza, który odpala wymiętoszonego szluga, przemierzając deszczową Warszawę, gdzie zbrodnia dopada każdego.

niesamowity świat april
Poprzedni

Niesamowity świat April - szalony retro-steampunk [recenzja]

Staruszek.Anderson.b
Następny

Staruszek Anderson - Historia goryczy [recenzja]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz