TEKSTY 

Gotham – Historia trudnej miłości

Kocham „Gotham” i nienawidzę „Gotham”. Rozkochało w sobie widzów tylko po to, by dać im w twarz na koniec sezonu. A jednak nie jestem w stanie do końca skreślić serialu, choć to bardzo trudna miłość.
Trafiają się sceny, które sycą dorosłego. Inne zachwycą wewnętrznego dzieciaka wychowanego na „Nietykalnych” od De Palmy przyprawiają o żywsze bicie serca. Nagle coś się zaczęło sypać. Nagle – dostaliśmy z liścia.

Widzicie, „Gotham” stało się sztandarowym przykładem, jak wierność komiksowej estetyce potrafi zabić to, co w luźnych adaptacjach piękne. Daleko jeszcze do stwierdzenia, że mamy do czynienia z produkcją wierną, ale mierną, lecz pierwsze szkody zostały już wyrządzone.

Początek znajomości z „Gotham” przypominał relację z klasyczną femme fatale, którą poznajesz w zadymionej knajpie. Widzisz przed sobą bardzo atrakcyjną kobietę i jesteś niemal pewien, że będzie miała coś ciekawego do powiedzenia. A jednocześnie przeczuwasz, że podejść do niej będzie tożsame z siadaniem na stosie żyletek gołym tyłkiem. I równie rozsądne. Wiesz, że coś Cię będzie uwierać, ale i tak w to brniesz. Kiedy budzisz się rano, po bardzo długiej nocy, już wiesz, że wpadłeś po uszy.

Tak to trochę wyglądało. Pilot był tak plastikowy, że odpuściłem po pierwszych scenach. Ile razy można oglądać scenę zabójstwa rodziców Bruce’a? Widzieliśmy to u Burtona, Nolana, Snydera, w animacjach i komiksach. No, po prostu nie. Dość. Za trzecim podejściem jednak coś zaskoczyło. Zmogłem pierwszy odcinek, który i tak bronił się niezłą, choć przerysowaną grą aktorską. Niby wszystko to już gdzieś widzieliśmy. Młody glina-idealista Jim Gordon wprowadzany na siłę w świat szemranych zależności przez cynicznego, umoczonego partnera, Harveya Bullocka (w tej roli świetny, znany z „Son of Anarchy” i „Wikingów” Donal Logue). W tle – przepychanki gangów i ich charyzmatycznych przywódców. Z odcinka na odcinek wszystko nabierało charakteru, klimatu i pazura. Równocześnie oglądamy dojrzewającego, wychodzącego z traumy młodego Bruce’a, którego wierny lokaj Alfred próbuje poskładać do kupy. Sztuczność wracała przy scenach z udziałem Fish Mooney (Jada Pinkett Smith), ale równoważyła ją znakomita, intensywna kreacja Oswalda Cobblepota, Pingwina. Zagrana z nerwem i niezbędną nutką szaleństwa podbitego tragizmem przez Robina Lorda Taylora.

Kiedy zrozumiałem, jak podchodzić do tego wszystkiego, pokochałem „Gotham”. Serial Fox opierał się o klimat, grę aktorską i sensownie rozwijających się bohaterów. Stał daleko od ideału, ale zaczął nabierać rozpędu. Miał duszę. Początkowo nieskomplikowane historie nagle zaczynały być częściami większej układanki, wpływały na psychikę postaci, a przy tym nie traciły przyziemnego charakteru.

Po pierwszych nocach spędzonych na seansie okazało się, że to dopiero początek przyjemnych niespodzianek i subtelnego flirtu z wyobraźnią. „Gotham” mami stylizowanymi ujęciami, które budują klimat zdeprawowanego, zbrukanego miasta, gdy w tle przygrywa Johnny Cash. Nawet muzyka daje do zrozumienia, jak bardzo bohaterowie mają przerąbane. Nad historią unosi się bowiem nastrój z góry przegranej walki o zachowanie zasad i moralności.

Dzięki takiemu przedstawieniu nawet Jim Gordon wychodzi poza ramy wyznaczone dla typowych white hatów. Zaczyna jako policjant z głową wypełnioną ideałami, jednak ponura rzeczywistość szybko sprowadza go do parteru. Policjant musiał dojrzeć i nauczyć się chodzić na kompromisy – zarówno z gangsterami, jak i z samym sobą. Jednocześnie nie stracił charakteru i uporu. Nagle okazuje się, że granica miedzy stróżami prawa i gangsterami bywa bardzo płynna i obie strony muszą czasem współpracować. Równolegle z Gordonem dojrzewa również Oswald Cobblepot. Pingwin to brawurowa kreacja, psychopatyczny, zaszczuty spryciarz, który po trupach pnie się na mafijnej drabinie dziobania. Jest bardzo ludzki i jednocześnie przerażający. Nieprzewidywalny. Raz płaszczy się, by coś osiągnąć, kiedy indziej wybucha szybkim, gadzim okrucieństwem. Zachował przy tym odrobinę ludzkich odruchów. Potrafi być straszny, zabawny, oślizgły, a chwilami nawet wzruszający. Dla wielu stał się zresztą ulubioną postacią w „Gotham”.

Żeby tego było mało, serial nie przestawał uwodzić staroświeckim urokiem dusznego, miejskiego kryminału rozgrywającego się na ulicach i w mordowniach, do których nikt przyzwoity nie zagląda. Opowiada bowiem o epoce, w której gadżeciarze z CSI, pozbawieni zaawansowanej i po wielokroć obśmianej technologii – zginęliby po pierwszej sprawie. „Gotham” cofa nas do okolic przełomu wieków, a może i odrobinę wcześniej. W tym tkwi jego siła – w lekko archaicznym stylu, który okazuje się ponadczasowy. W przedbiegach wygrywa z milionem błyszczących tymczasową nowością seriali dla współczesnego widza, które pokazują niemal kosmiczny sprzęt w policyjnych laboratoriach. Perypetie Jima Gordona to brudny, klimatyczny, utrzymany w ciemnej, szaro-burej tonacji noir dramat kryminalny, przywodzący na myśl najlepsze komiksy Franka Millera o Batmanie.

Do tego dochodziły rozliczne smaczki, subtelne zabawy ze znanymi postaciami, które jednak nie naruszały kanonu. Oprócz młodszych wersji bohaterów, tu i tam porozrzucano tropy, które posłużą jako inspiracje dla kilku ikonicznych przestępców, którzy staną w przyszłości do walki z Mrocznym Rycerzem (gdzieś tam w tle słychać było śmiech morderczego klauna…). Ale jeszcze nie teraz i nie tu.

Wybaczałem nawet obecność Fish Mooney, która biła wszelkie rekordy przegięcia i momentami psuła rytm serialu przejaskrawioną do granic grą aktorską. Dotąd nie wierzyłem, że ktoś potrafi być namiętnym aż do obrzydliwości, ale tej aktorce się to udało. To ciekawe, zwłaszcza, że „Gotham” i tak bawi się przerysowaniami, kiedy tylko może. Na szczęście, reszta obsady zacierała nienajlepsze wrażenie.

GOTHAM: (L-R) Robin Lord Taylor, Jada Pinkett Smith, guest star Cory Michael Smith, guest star Clare Foley, Donal Logue, Ben McKenzie, Camren Bicondova, David Mazouz and Sean Pertwee. ©2014 Fox Broadcasting Co. Cr: FOX

W okolicach połowy drugiego sezonu to był już cud, miór i orzeszki. Albo raczej – gorycz miasta, dym, bezwzględna ulica i zbrukani bohaterowie, którzy robią wszystko, by bronić upodlone Gotham, dlatego, że zaczęli czuć się za nie odpowiedzialni. Dlatego, że zostali jego częścią. Trafiają się sceny, które sycą dorosłego. Inne zachwycą wewnętrznego dzieciaka wychowanego na „Nietykalnych” od De Palmy przyprawiają o żywsze bicie serca.

Nagle coś się zaczęło sypać. Nagle serial zaczął być tak przesadzony, że aż kiczowaty. Nagle – dostaliśmy z liścia.

Gdzieś w okolicach drugiej połowy najnowszego sezonu po kadrach zaczynają brykać przebierańcy w tandetnych strojach, przywodzących na myśl lata ’90 i dekady poprzedzające. Tym sposobem pewnego dnia zasiadasz do seansu, a tam, zamiast femme fatale z zadymionego lokalu, czeka na Ciebie Azrael. Krzyżówka rycerza i asasyna wywodząca się ze słynnej historii „Knightfall”. Widzicie to? Policjanci, przytłaczająca betonowa dżungla i zmagania ostatnich sprawiedliwych. A tu nagle, jak diabeł z pudełka wyskakuje facet w tandetnej zbroi i paraduje sobie pośród gliniarzy i reporterów. Takie rzeczy mogły dziać się w latach osiemdziesiątych do muzyki Queen, ale nie w gorzkim kryminale, niezależnie od jego rodowodu. Co gorsza, nie był to jakiś wypadek przy pracy, tylko konsekwetnie budowany wątek, na który zanosiło się przez dłuższy czas. I początek parady dziwolągów. A pasował tu jak zestawienie „Wrecking ball” z „God’s gonna cut you down”. Dziwnym trafem, wcześniej też pojawiali się przejaskrawieni psychopaci, ale zadbano o bardziej stonowany wizerunek, który nie psuł klimatu.

Nie zrozumcie mnie źle. Odpowiednio przedstawiony Azrael, jest świetną postacią. To typ heroicznego psychopaty, który potrząsnął swego czasu uniwersum Batmana. Słyszy głosy, próbuje poskładać strzępy osobowości do kupy, sieje rozróbę, ma klimatyczny origin. To taki trochę Deadpool bez poczucia humoru albo Moon Knight, który nie próbuje być Marvelowym Batmanem (chociaż…). Problem w tym, że w momencie, gdy rycerz-asasyn wkracza do akcji i zaczyna wymachiwać przyprawiającym o atak śmiechu mieczykiem, nastrój gorzkiego, ulicznego noir pryska jak bańka mydlana. Choć trzeba przyznać, że scena ostatecznej rozprawy z Azraelem to perełka szczeniackiego, czarnego humoru.

Zauważcie, że podobny los spotkał drugi sezon „Daredevila”, gdzie cały klimat starcia z Punisherem oraz walki o duszę miasta popsuła banda ninja pałętająca się pod nogami najważniejszych zawodników. Dopóki widzieliśmy to pierwsze, wybaczaliśmy nawet słabiutki kostium głównego bohatera. Jakoś tam wpisywał się w mitologię Hell’s Kitchen, ale klan japońskich wojowników śmigających po dachach wieżowców przelał czarę.

Widzicie tę prawidłowość? Oto dwa świetne seriale o miejskich mścicielach. Zawierają naprawdę ciekawe pomysły, mają klimat, niezłe scenariusze i fajnych bohaterów. Tyle że oba dopadł kryzys tożsamości. Oba cierpią z powodu komiksowego rodowodu oraz dlatego, że z bogatych materiałów źródłowych wyciągnięto rzeczy najmniej przystające do historii, które dotąd opowiadano.

Ale, co ważne, serial wciąż się broni sensownym i konsekwentnym rozwojem bohaterów (poza Fish Muni, ale zawsze znajdzie się przyjaciółka, której nie trawimy). I co najważniejsze – wciąż prezentuje te brudne, przerażające ulice, wypełnione postindustrialnymi, przesłaniającymi niebo gigantami, w których mieszkają i pracują istoty przypominające ludzkie.
Dotrwaliśmy do przerwy między sezonami, idealnej na złapanie oddechu i przemyślenie paru spraw.
Dlatego, mimo cliffhangera w ostatnim odcinku – wciąż wierzę, że ta miłość ma przyszłość.

Egmont
Poprzedni

Harley Quinn #1: Miejska gorączka - z humorem i seksapilem [recenzja]

J.P.Fantastica
Następny

Drifters tom 1 - Hannibal Barkas kontra Joanna D’Arc [recenzja]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz