TEKSTY 

Guns N’Roses wracają – czyli bestie po odwyku

Stało się – podczas nadchodzącej edycji amerykańskiego festiwalu Coachella, główną gwiazdą będzie reaktywowane w oryginalnym składzie Guns N’ Roses. Pierwszy raz od 1993 roku na jednej scenie obok siebie staną Axl Rose, Duff McKagan i Slash. Do pełni szczęścia brakuje jeszcze Izzy Stradlina i Stevena Adlera, ale kto wie…

Gunsom trzeba przyznać jedno – od zawsze wiedzieli jak przyciągnąć uwagę. Zaczęli subtelnie – od zmiany logotypów na stronie internetowej. A wraz z premierą nowych „Gwiezdnych wojen” walnęli z grubej rury. Oto przed najbardziej kasowym filmem wszech czasów wyświetlano teaserowe zapowiedzi koncertu Gunsów… Lepszej reklamy, patrząc na wyniki „Gwiezdnych…”, wybrać nie mogli. I bardziej spektakularnej. Ale spektakularne akcje to specjalizacja zespołu, który słynął z robienia zamieszania dookoła siebie.

Podczas trasy koncertowej promującej debiutancki album „Appetite for Destruction” („Apetyt na zniszczenie”) w 1988 roku muzycy wzięli sobie mocno do serca tytuł płyty i w przypływie fantazji zdemolowali po pijaku motel. Wściekły właściciel wytoczył im proces, z którego jednak szybko się wycofał. Okazało się bowiem, że gdy sprawę nagłośniono, ten położony na zapadłej kanadyjskiej prowincji przybytek stał się miejscem pielgrzymek fanów zespołu. Chcieli oni spędzić noc w miejscu zniszczonym przez idoli. To była zabawna anegdota. Mniej zabawna jest ta, dzięki której dorobili się miana najniebezpieczniejszej grupy rockowej świata. Podczas jednego z koncertów dwójka fanów zespołu została stratowana na śmierć przez rozhisteryzowany tłum. Tak – nie ulega wątpliwości, że podczas krótkiej i burzliwej kariery zespół naprawdę sobie zasłużył na taką opinię.

Choć sam Slash w rozmowie twierdził, że z przydomkiem było inaczej. – To była część kampanii promocyjnej wytwórni, która wymyśliła ten przydomek zanim w ogóle ktokolwiek o nas usłyszał, jak się okazało na tyle trafny, że zespół wówczas jeszcze bez płyty stał się niezwykle popularny. – kwituje.

Jakkolwiek by nie było, u progu lat 90. Guns N’ Roses uważali się za następców Rolling Stones i The Beatles – największy rockowy zespół świata. Megalomania to wśród muzyków rzecz powszechna, ale w tym wypadku wydawało się, że te aspiracje są jak najbardziej usprawiedliwione. Zaraz po debiucie „nowymi Stonesami” nazwał ich legendarny wokalista Ozzy Osbourne, a wówczas najważniejszy magazyn muzyczny świata „Rolling Stone” napisał, że są „najlepszą rzeczą, jaka przydarzyła się muzyce rockowej od czasów Beatlesów”.

A wszystko to zaczęło się niewinnie – od absolutnego przekonania, że kilku gówniarzy z przeciętnych rodzin może zostać gwiazdami rocka. Jakkolwiek to zdanie brzmi, oddaje ono specyfikę kariery zespołu. Kiedy pojawili się na scenie w 1985 roku byli nikim, ot przeciętnymi chłopakami. Axl miał chrypkę i śpiewał dość charakterystycznie, ale wielkim wokalistą jeszcze nie był. Izzy sprawnym gitarzystą rytmicznym. Po krótkich perturbacjach składowych do zespołu dołączyli pochodzący z Seattle punkowiec Duff MacKagan, gitarzysta Slash i perkusista Steven Adler. Było ich pięciu i razem nie mieli nic. Dwa lata później u ich stóp leżał cały świat.

Na czym polegał fenomen Guns N’Roses? Najprościej powiedzieć na szalonym połączeniu życiowej frustracji, buty, talentu i bezczelności. Axl i ekipa po prostu postawili wszystko na jedną kartę – albo się uda, albo nie… Ich determinację słychać było w muzyce. W połowie lat 80. punk rock umierał, światem rządził plastikowy heavy metal, a na obrzeżach kręcili się dawni hard rockowi giganci. Gunsi zrobili ze swoją muzyką coś niezwykłego – po prostu wrzucili do niej po odrobinie wszystkiego co wówczas było modne. Rock, punk, ciut heavy i kapka funku. Z tego miksu powstał zespół, który powalał energią. I to ta energia porwała tłumy. Kiedy w 1987 roku roku zaczynali jako wschodzące gwiazdy trasę z Aerosmith mieli być supportem gigantów. Pod koniec tej trasy role się odwróciły. Za co Aerosmith ponoć nienawidzą chłopaków do dziś. W 1988 roku Gunsi są bogami.  W czasach największej świetności sprzedali blisko sto milionów płyt. W zaledwie kilka miesięcy z zespołu grającego w klubach, zamienili się w grupę zapełniającą stadiony.

Zachwyty nie trwały jednak długo. Po wydaniu w 1991 roku drugiej dwuczęściowej płyty „Use Your Illusion” lider grupy Axl Rose rozpoczął długą i mozolną drogę w dół, a Guns N’ Roses stali się niemal wzorcowym przykładem upadku, do jakiego może doprowadzić dosłowne traktowanie wymyślonego przez brytyjskiego punkowca Iana Dury’ego sloganu „Sex and Drugs and Rock’n’Roll”, połączonego z problemami emocjonalnymi.

Heroina towarzyszyła grupie od początku kariery. Niemal wszyscy z zespole byli uzależnieni. Tyle że do 1990 roku jakoś udawało się im nad nałogami panować. Pierwszy pękł Steven Adler. Wyleciał z grupy z hukiem. Rok po nim z zespołem pożegnał się Stradlin. Rose również tracił kontrolę nad sobą i życiem. Nie potrafił skończyć piosenki, za to  regularnie trafiał na okładki brukowców. A to za kolejne pobicia i domniemane gwałty, a to za pijackie burdy, z których najsłynniejsza była napaść na sąsiada. A to za wychwalanie Charles’a Mansona (mordercy żony Romana Polańskiego, Sharon Tate), którego piosenkę kiedyś nagrał. W 1997 roku z Guns N’ Roses odszedł Slash. Axl został sam.

Skandale, seks i narkotyki naturalnie wpisują się w rockową obyczajowość. O ile jednak w czasach kontrkultury przynajmniej w założeniu miały one służyć obyczajowemu wyzwoleniu, walce z zakłamanym mieszczaństwem, łamaniu tabu, co widzimy choćby w kultowym musicalu „Hair”. W czasach Gunsów został z tego już tylko sztafaż, który był dobrym pretekstem dla ekscesów. Lata 80. to czasy kiedy skandal stał się towarem, im sprawniej się nim handluje, tym lepsze przynosi wyniki sprzedaży. W pewnym momencie ten biznesowy układ zabił całą butę i bezczelną energię Gunsów. Na polu bitwy pozostał walczący z własnymi demonami Axl.

A miał ich do pokonania sporo. Dopiero po latach okazało się, że chybotliwy charakter, awantury i skrajne skoki nastroju wokalisty miały podłoże w braku poczucia własnej wartości, połamanej w dzieciństwie psychice. Katowany przez ojczyma, wykorzystywany seksualnie przez ojca Axl był i do dziś jest jedną z najtragiczniejszych postaci w muzyce rockowej. To że mimo psychozy, zdiagnozowanej choroby dwubiegunowej i uzależnienia od wszystkich substancji psychoaktywnych, przeżył, zakrawa na mały cud. Ale też jest dowodem na to, jak wiele można osiągnąć dzięki determinacji.

Kiedy w 20o8 roku po czternastu latach pracy nad nową płytą Gunsi powrócili z albumem „Chińska demokracja” niewielu fanów rzuciło się na płytę. Najdroższy album w historii muzyki (kosztował ponad 10 milionów dolarów) sprzedał się w niespełna 3 milionach egzemplarzy. Niewiele jak na środki jakie włożono w produkcję, ale i tak nieźle jak na spadającą wciąż sprzedaż płyt. Tyle, że wtedy w Guns N’Roses, poza Axlem, nie było już nikogo ze starego składu. A siła i energia grupy tkwiła w starych kumplach i ich osobliwym podejściu do muzyki.

– Byliśmy wybrykami natury – opowiada mi Slash, zanosząc się przy tym śmiechem. Po chwili kiedy udaje mu się opanować mówi dalej –  tradycja muzyczna Gunsów wyrastała z hard rocka lat 70. Wielokrotnie opowiadałem już o tym jak album Aerosmith „Rocks” zmienił moje życie, miałem może trzynaście lat gdy go usłyszałem i postanowiłem zająć się tym czym zajmuję się do dziś czyli muzyką. Nasz zespół miał i w moim odczuciu był, hard rockową grupą właśnie wyrosłą z najlepszego okresu tej muzyki. Chcieliśmy grać ostro, mocno i nie ocierać się o plastikowe brzmienia jakie wówczas panowały w muzyce. Byliśmy młodzi, moda, jaka wówczas panowała była, jaka była i stąd nasz image ocierał się o lata 80. ale duch muzyki był zupełnie poza nimi. – konkluduje. Czasy się zmieniły. Panowie są już po pięćdziesiątce, po odwykach i żyją innym życiem. A czy świat jeszcze potrzebuje ich mocnego i ostrego rocka? Dowiemy się w 2016.

Austin Book Club
Poprzedni

Wojciech Chmielarz - Dziesięć powieści mojego życia

zamek z piasku ktory runal recenzja
Następny

Zamek z piasku, który runął - Komiksowy koniec "Millennium" [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

2 Comments

  1. 2015-12-30 at 22:35 — Odpowiedz

    No shit. This is not gonna happen.

    Choć chciałbym w uj.

Dodaj komentarz