TEKSTY 

„Hannibal”, czyli odlot Bryana Fullera

Trzeci sezon opartego na powieściach Thomasa Harrisa „Hannibala” dobiega końca. Wiadomo już, że następnego sezonu nie będzie i w zasadzie trudno powiedzieć czy to dobrze, czy źle. Jedno jest pewne – czegoś takiego jak „Hannibal” w serialowym świecie dotąd nie widzieliśmy.

Dziwna sprawa z tym Fullerem. Co serial, to kasacja. A zarazem co serial, to miłość i oddanie fanów, co jednak nie przekładało się na satysfakcjonującą producentów liczbę widzów. Można w tym miejscu zadać pytanie, co jest dla twórcy lepsze i ważniejsze? Uwielbienie części odbiorców, czy schlebianie gustom ogółu? Ekscentryczna, momentami nawet pretensjonalna wizja, czy skrojone na hollywoodzką modłę dzieło? Oryginalność popadająca w manierę, czy raczej porządne rzemiosło? I jak to sie stało, że opowieść o najpopularniejszym w popkulturze psychopacie, przepoczwarzyła się w rękach Fullera w zaskakującą manifestację artystycznej wolności, która ma na celu przekraczanie estetycznych i formalnych granic medium? Czy do zrealizowania siedzących mu w głowie wizji, telewizyjny twórca potrzebował właśnie postaci Hannibala Lectera?

W 1986 roku Michael Mann nakręcił bardzo dobrą ekranizację „Czerwonego Smoka”, zatytułowaną „Łowca”. Już wtedy dało się zauważyć, jak bardzo wykreowany przez Harrisa świat psychopatycznych szaleńców fascynuje, ale i przeraża filmowców.

Wcześniej spod rąk Fullera wyszły „Dead Like Me” i „Pushing Daisies”. Seriale, w których najważniejsza jest śmierć. Śmierć obłaskawiona, śmierć nawet jeśli pokazana w naturalistycznej krasie, to wciąż w  groteskowo-komediowym tonie. W „Dead Like Me” bohaterka ginęła zaraz na początku, trafiona spadającą z nieba deską klozetową, a dalej otrzymywaliśmy opowieść o jej pośmiertnym życiu. W „Pushing Daisies” bohater posiadał zdolność ożywiania martwych osób za pomocą dotyku. Ożywienie mogło trwać tylko minutę, bo jeśli przeciągało sie dłużej, w zamian za przywrócenie do życia jednej osoby, umierała inna. Ironia, groteska, sporo ciepłego humoru i trochę smutku, dekoracje oraz filmowa narracja jak z filmów Tima Burtona – nie wszyscy łapali się na tę konwencję. Najlepiej było produkcje Fullera oszczędnie sobie dawkować i delektować się wizją. Dlatego pomysł na serial o Hannibalu, w kontekście wcześniejszych dokonań twórcy trochę dziwił. Czy Hannibal Lecter nadaje się w ogóle na bohatera serialu? Czy nie powiedziano o nim już wszystkiego, w tych kilku poświęconych jego postaci filmach? Co mogło przynieść rozciągnięcie fabuły książek Harrisa na wiele telewizyjnych epizodów? Czy w tak dużej dawce, nie przejadłby się widzom zbyt szybko?

Wróćmy do początków. „Czerwony Smok”, czyli powieść w której czytelnicy poznali Lectera, została wydana w 1981 roku. To już szmat czasu, ale pisarstwo Harrisa, który do każdej z książek przygotowuje się jeszcze dłużej niż George R.R. Martin, w ogóle się nie starzeje. W tej powieści niewiele wiemy na temat zbrodni Lectera, nie nosi on tam jeszcze przydomka Hannibal-Kanibal i chociaż w ogóle jest go w książce mało, to jednak znacząco wpływa na fabułę i na bohatera powieści, którym tak jak w serialu Fullera jest Will Graham. W 1986 roku, czyli jeszcze przed ukazaniem się powieściowego „Milczenia owiec”, Michael Mann nakręcił bardzo dobrą ekranizację „Czerwonego Smoka”, zatytułowaną „Łowca” (w oryginale „Manhunter”). Już wtedy dało się zauważyć, jak bardzo wykreowany przez Harrisa świat psychopatycznych szaleńców fascynuje, ale i przeraża filmowców. Zmieniono tu wymowę zakończenia, podobnie zresztą jak w późniejszej o kilkanaście lat, drugiej ekranizacji. Owszem, w obu filmach Francis Dollarhyde na koniec ginął, ale też  w obu przypadkach inaczej i w innych okolicznościach niż w książce. Ale nie to jest najistotniejsze. W powieści główną ofiarą nie tylko manipulacji Lectera, ale i własnej, skomplikowanej osobowości stawał się, zaliczający w końcówce katastrofalną dawkę fizycznych i psychicznych cierpień, Will Graham. W żadnym z filmów nie znalazła się książkowa scena, w której Will „Z obłędem w oczach, zachłystując sie krwią, rzucił się do ucieczki, uciekał byle dalej od Dollarhyde’a (…)”.

W serialu nie tylko Lecter jest szaleńcem i psychopatą, realizującym swoje obsesje i marzenia. Tak naprawdę, żaden z pozostałych bohaterów nie mieści się tu w definicji „normalnego człowieka.

Wielki  sukces finansowy i artystyczny (pięć Oscarów)  stał się udziałem „Milczenia owiec” w reżyserii Jonathana Demme’a. To najwierniejsza i najlepsza z ekranizacji prozy Harrisa. Reżyser postawił na pełny realizm i tym samym „Milczenie owiec” mocno odbiega od stylistyki, którą posłużył się w serialu Fuller. Serialowemu „Hannibalowi” na pewno bliżej jest do poetyki Michaela Manna z „Łowcy”. Fuller pożyczył stamtąd niepokojącą, czasami wręcz oniryczną atmosferę, kreowaną za pomocą muzyki, czy niestandardowego kadrowania. To jednak wciąż tylko zapożyczenie, bowiem Fuller rozwinął swoją wizję w zupełnie inną stronę, niż poszły dotychczasowe ekranizacje. Telewizyjny twórca nie miał żadnych zahamowań tak w sferze obrazu, jak idei, czego na pewno nie można powiedzieć o kolejnych ekranizacjach prozy Harrisa, czyli niezbyt udanym „Hannibalu” Ridleya Scotta (pamiętna sceny z odcinaniem górnej części czaszki bardziej bawi niż przeraża) i zaledwie poprawnym „Czerwonym smoku”. Nie były one niczym więcej, jak odcinaniem kuponów od popularności cyklu i postaci doktora, którego po raz kolejny grał w tych filmach starzejący się i bawiący rolą Anthony Hopkins. Dodatkowo w filmie Scotta znowu mamy inne, nie tak szokujące i zaskakujące (a dla niektórych czytelników także głupie, czy wręcz nie do przyjęcia) zakończenie, jakie znamy z powieściowego pierwowzoru. Można powiedzieć, że jeśli w ramach zabaw z formą Fuller najwięcej czerpał z „Łowcy”, to w sferze idei najbliższy jest mu właśnie powieściowy „Hannibal” z zakończeniem, którego konsekwencjami przeraził się chyba sam Thomas Harris.

W „Czerwonym smoku” Harris wymyślił postać Lectera, który był w tej powieści zaledwie drugoplanową postacią. W „Milczeniu owiec” wykorzystał juz w pełni jego potencjał, a ekranizacja książki zrobiła z psychopatycznego doktora popkulturowy fenomen. „Hannibal” wydawał się być polemiką autora z ogólnym postrzeganiem i popularnością Lectera. Harris w dosadny i świadomy sposób przekroczył tutaj wiele estetycznych i moralnych granic i chyba niewielu odbiorców zrozumiało, że pisarz prowokując w ten sposób, tak naprawdę wzywał twórców i odbiorców popkultury do opamiętania. Być może to właśnie niesatysfakcjonujący autora odbiór tej powieści, poskutkował napisaniem ostatniej jak dotąd książki z Lecterem, czyli „Hannibala po drugiej stronie maski” (ostatnio wydanej pod tytułem „Hannibal. Początek”).

Harris cofnął sie w niej do dzieciństwa i młodości bohatera, szukając przyczyn dla których stał się on taki, jakim go kiedyś poznaliśmy. W pierwszych powieściach Lecter był przede wszystkim metaforą czystego, niepoznawalnego zła. Zupełnie nie rozumiem, po co było to zmieniać, szukanie przyczyn dla działań i motywacji tej jednej z najbardziej enigmatycznych postaci popkultury wydaje się być z góry skazane na porażkę, nawet w wykonaniu samego autora. Lecter sprawdzał się jako osobnik niezrozumiały, nie do przeniknięcia, o którym wiemy tylko tyle, że posiada wielki, przenikliwy umysł i przerażające, psychopatyczne ciągoty. W serialu Fuller w pełni oddaje się wizji, w której  postać Lectera pozostaje nieprzenikniona i dodatkowo buduje wokół niej niezwykle atrakcyjną formalnie otoczkę. Ale nie tylko formalnie. Być może twórca wziął sobie do serca pewne, padające w „Łowcy” Manna słowa. Dzisiaj ekscentryczni i okrutni psychopaci wyglądają do nas z wielu zakątków popkultury. Padające w filmie z 1986 roku stwierdzenie, że motywy działań psychopatów kryją się w ich marzeniach, stanowiło niezwykłe novum. Te motywy i marzenia, z punktu widzenia normalnego człowieka muszą wydawać sie chore i nieracjonalne, ale tą właśnie drogą poszedł ochoczo Bryan Fuller, dodając jeszcze coś od siebie. W serialu nie tylko Lecter jest szaleńcem i psychopatą, realizującym swoje obsesje i marzenia. Tak naprawdę, żaden z pozostałych bohaterów nie mieści się tu w definicji „normalnego człowieka”.

Początkowe odcinki „Hannibala” odrzuciły mnie. Wyglądało to tak, jakby twórcy chcieli połączyć ogień z wodą. W połowie serial był bazującym na szokowaniu widza okrucieństwem poszczególnych zbrodni proceduralem (Hannibal jest konsultantem FBI i pomaga w śledztwach ), ale to w dzisiejszych czasach przecież nic nowego. W drugiej połowie twórcy skupili się na postaci Willa Grahama i jego relacji z Lecterem, tworząc wokół niej, także poprzez szereg wizyjnych, onirycznych scen (ten powracający, ociężały jeleń!) psychopatyczną otoczkę. Tak naprawdę po kilku odcinkach na długi czas odpadłem od serialu. Powróciłem z dwóch powodów. Po pierwsze robiło sie o nim coraz głośniej i widziałem coraz więcej pozytywnych opinii. Po drugie, zobaczyłem fotos przedstawiający Willa Grahama w stroju i przede wszystkim w  masce, zarezerwowanej dotychczas dla twarzy Hannibala. Taki rodzaj zabawy w autocytaty i zamianę ról (pamiętajmy, już w książkowym „Czerwonym smoku” Lecter wykrzykiwał do Willa, że są tacy sami), nie będę ukrywał, mocno mnie zaintrygował.

W „Hannibalu” mamy poszatkowane, zmasakrowane wręcz wątki z kilku powieści Harrisa, czasowe przeskoki, teraźniejszość zmieszaną z przeszłością, wizje na równych prawach z jawą.

Podszedłem zatem do serialu jeszcze raz i tym razem wsiąkłem na dobre. A im dalej w las, tym robiło się bardziej ciekawie i zabawnie. Zabawnie, amoralnie, z nieprzewidywalnym rozwojem akcji – do tego stopnia, że ów rodzaj zabawy zaczął wymykać się krytycznemu osądowi.  Fuller pogrywał sobie ze wszystkimi, z widzami, krytykami i producentami. Ulegli mu niemal wszyscy, bo co jak co, ale dla telewizyjnych producentów ważniejsze są konkretne wskaźniki. Popularność, szczególnie w wśród fanów w Internecie rosła, ale oglądalność siadała (zresztą od początku była mało imponująca). I tak cud, że „Hannibal” dotrwał do trzeciego sezonu. Wygląda na to, że Fuller nie miał juz złudzeń co do losów serialu i w pewnym momencie po prostu poszedł na całość. Nawet więcej – odleciał.

W „Hannibalu” mamy poszatkowane, zmasakrowane wręcz wątki z kilku powieści Harrisa, czasowe przeskoki, teraźniejszość zmieszaną z przeszłością, wizje na równych prawach z jawą. Przez to formalne rozpasanie, nie jesteśmy nawet do końca pewni, czy niektóre postacie z serialu wciąż żyją, czy nie. „Hannibal” jest również z pełną świadomością pretensjonalny, pełen bombastyczno-bełkotliwych dialogów na psychologiczno-filozoficznym tle. Tak bombastycznych, że aktorzy nierzadko muszą odreagować śmiechem, co mamy okazję oglądać często w filmowych materiałach z planu. Mamy też wszechobecną muzykę w tle, rodem z Warszawskiej Jesieni, która buduje w serialu „chory” nastrój. Mamy mnóstwo spowolnionych ujęć, na których  przodują roztrzaskujące się przedmioty. Oglądamy najpiękniej przygotowywane i podawane potrawy i takież same sceny, czy raczej inscenizacje morderstw. Tak naprawdę bardziej niż pełnoprawnym serialem, bardziej niż opowieścią o najsławniejszym w popkulturze psychopacie, „Hannibal” jest filmowym eksperymentem, który często odwołuje się do historii kina i malarstwa, a wręcz z nimi igra. To wydmuszka, której każdy jest w stanie ulec, z fabułą bez moralizowania, z urzekającą formą, z podawaniem błahych treści w wykwintnym opakowaniu, to wydmuszka ciesząca oko, inetertekstualna, meta i auto na wielu poziomach. Nakręcona z takim pietyzmem, że wydaje się, iż każde ujęcie ma tu jakieś ukryte znaczenie. Co koniec końców powoduje jedną rzecz – poprzez zastosowanie tej całej gamy zabiegów, Hannibal i jego zbrodnie przestają być straszne.

Filmowy Hanibal Lecter tak naprawdę straszny był tylko w „Milczeniu Owiec”. W „Łowcy” Lectera (czy raczej Lectora) było zbyt mało, by zbudować relację tej postaci z widzem, grał go zresztą Brian Cox, a nie Anthony Hopkins.  W „Milczeniu owiec” Lecter w wykonaniu brytyjskiego aktora był w równych częściach  przerażający i fascynujący, magnetyzował i wzbudzał u widza podziw i rodzaj uwielbienia, który znikały jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w scenie jego spektakularnej ucieczki. Kiedy Hannibal wgryzał sie w twarz jednego strażnika, a potem beznamiętnie masakrował policyjną pałką drugiego, ówczesnych widzów oblewał zimny pot. Fuller wgryzł się w postać Lectera jeszcze mocniej,  zawierzając w pełni własnej jego wizji, w czym zresztą znakomicie, bezbłędnie wręcz pomógł mu Mads Mikkelsen, tworząc nie tylko z racji młodego wieku odmienną od Hopkinsa kreację. Fuller poszedł drogą, którą w pewnym momencie ochoczo podążyła popkultura, drogą wypaczonego oswojenia i uwielbienia, drogą kultu, którym otoczona jest postać psychopatycznego doktora. Zrobił to bez żadnego strachu, który ogarniał większość poprzednich filmowców, z tymże poszedł jeszcze dalej – w totalną zabawę, szczególnie w zabawę z formą, gdzie najważniejsza staje się estetyczna strona produktu. Być może uchwycił dzięki temu esencję postaci Lectera, dla którego gry były przecież najważniejsze. Jednak spowodował również, że cały serial, cały ten filmowy Hannibal wraz z krążącymi wokół niego ludzikami wydaje się nierealny.  A skoro nic tu nie jest prawdziwe, można sobie na wszystko pozwolić. Tym samym, Fullerowi wyszedł chyba po raz pierwszy w historii telewizyjnych produkcji, prawdziwie nihilistyczno-hedonistyczny  produkt. I ludzie to kupili. Zresztą, dlaczego mieliby nie kupić, skoro jest to takie fajne?

Czekam na końcówkę sezonu, w której po raz trzeci filmowcy podejdą do zakończenia „Czerwonego smoka”. Nawet jeśli zdarzy się tak, że będzie miała ona posmak tragizmu, nawet jeśli Fuller będzie odważniejszy niż poprzednicy i tak już mu nie uwierzę. Zapewne pozostanie konsekwentny i będzie leciał do końca, do zatracenia. I raczej nie przyjdzie mu na myśl, żeby w finale zrezygnować z efekciarstwa, uciec od własnej wizji, po prostu ją roztrzaskać. Tak, przyznaję, ten lot był piękny, jedyny w swoim rodzaju, ale zachwyt i podziw powoli mijają. Nagle rodzi się we mnie niezwykłe pragnienie, taki zupełnie nowy plan (aż chciałoby się powiedzieć za Willem Grahamem – „This is my design”). Jaki to plan?  Otóż dociera do mnie, że biorę udział w podróży nadmuchanym do granic możliwości balonem. I tuż przed jej końcem czuję, że powinienem z tego balonu wyskoczyć. Tak, pewnie roztrzaskałbym się o ziemię, pewnie zostałaby ze mnie tylko mokra plama, ale wiem jedno – przynajmniej poczułbym coś prawdziwego.

fot. Chad Duerksen
Poprzedni

Erotyczna sesja fotograficzna #3 – Blade Runner [galeria NSFW]

Monolith FIlms
Następny

We Are Your Friends - filmowy sampling [recenzja] [muzyczny] [dramat]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz