TEKSTY 

Historia antyherosów z „Legionu Samobójców”

Legion samobójców” lada moment oficjalnie wkroczy do kin. Jest obawa, entuzjazm i pytanie: czy oddział straceńców zmierza na szafot? A może faktycznie zrealizują oni misję pozornie niemożliwą, przynajmniej dla tych, którzy źle wróżą kinowemu uniwersum DC?

Jedna z najpopularniejszych, zwłaszcza dzisiaj, drużyn antyherosów DC mogła (ostrożność związana z negatywnymi recenzjami), ale wciąż może (moja osobista nadzieja) dać impuls do tego, aby nieco zmienić formułę filmów superbohaterskich. Ba, kina rozrywkowego w ogóle. Zdekonstruować mitologię współczesnych herosów, nadać jej nowy charakter, tak jak było to w komiksach z The Dark Age, o czym więcej za chwilę.

Jasne, parę miesięcy temu doczekaliśmy się już „Deadpoola”, który po prostu zdetonował zastany porządek. Rozbił bank, poturbował konkurencję, puszczał oko do widza w popkulturowej meta-grze, a przy okazji serwował żarty o masturbacji. Bezkompromisowa, ale prosta rozrywka. I sukces. Podobnie jak „Strażnicy Galaktyki” Jamesa Gunna, czyli space-opera tak różna od obecnych standardów, że zwyczajnie musiała zwrócić uwagę odbiorców – nielicznych fanów komiksowego pierwowzoru, a także rzeszy nowych ludzi zakochanych w chodzącym drzewie i gadającym szopie.

W przypadku filmowego „Suicide Squad” (a właściwie „Legionu samobójców”, do której to polskiej nazwy absolutnie nie mogę się przyzwyczaić) już na starcie mogliśmy spodziewać się nielada atrakcji, a to ze względu na bohaterów widowiska. Jokera przedstawiać nie trzeba, Harley Quinn otoczona jest dziś niemalże statusem popkulturowej bogini, do tego reszta konkretnych zakapiorów, między innymi Deadshot, Killer Croc, Katana, czyli kolejno: nieomylny snajper, potwór w ludzkiej skórze (tudzież na odwrót) i urocza… japońska zabójczyni.

Nie da się ukryć, że do prowadzenia takich charakterników trzeba mieć odpowiednią rękę i talent, dlatego fakt, że na stanowisku reżysera zasiadł David Ayer powinien nastrajać optymistycznie. Na chwilę odłóżmy doniesienia, które mówią, że wolność twórcza była w tym przypadku tłamszona przez producenckie nakazy smutnych panów. Przynajmniej na papierze, Ayer to filmowiec do stworzenia takiej ekranizacji. Przecież to twórca brudnych, ulicznych historii, w których sensacyjne intrygi odsłaniają też bestialską prawdę o ludziach stąpających na granicy bezprawia. Przykładem niech będą „Bogowie ulicy” czy „Furia”.

Dokładnie – bezprawia. Bo aktywność Suicide Squad to właśnie taka działalność. Antyherosi działają co prawda na zlecenie rządu, ale na ich wszystkie poczynania nie ma faktury, ani rozliczenia z urzędem skarbowym. Dobra robota, to dla nich skrócony wyrok. Zła robota, to zaś kulka w łeb. Na taką historię można czekać z wypiekami na twarzy, widząc jak najsłynniejsi przeciwnicy Batmana starają się ogarniać misje, co tu dużo mówić, nieco ryzykowne. Ich początki były jednak nieco inne.

Komiksowe „Task Force X”, jak inaczej bywa określany oddział złoczyńców, pojawiło się w 1959 roku na łamach komiksu „The Brave and The Bold”. Jednak w tej wersji to nie przestępcy, a ludzie związani przede wszystkim z wojskiem stanowili o sile tajnego projektu. Ich dowódca, niejaki Rick Flag senior (juniora z tego rodu w nadchodzącym filmie wciela się Joel Kinnaman), który swoich towarzyszy broni prowadził na potyczki na przykład z… wielkimi dinozaurami.  To były czasy!

Kolejna inkarnacja drużyny to „Suicide Squadron” z 1963 roku, gdzie bohaterami ponownie są wojskowi obdarzeni odwagą i bogatym arsenałem, ale mający na sumieniu pewne przewinienia. Interesujący pomysł zaczął się zatem krystalizować. Przełomowym punktem okazał się zaś „Kryzys na Nieskończonych Ziemiach”. To właśnie po tym wydarzeniu, które w gruntowny sposób przebudowało, a przede wszystkim usystematyzowało kanon historii DC, zaczęto publikować innowacyjne i bezkompromisowe historie.

Wspomniane wcześniej „The Dark Age”, to czas datowany na lata 1984-1998, gdy w branży pojawiły się opowieści kładące nacisk na mroczny nastrój, większą rozbudowę psychologiczną postaci. W tym okresie pojawiły się między innymi komiksy takie jak „Batman: Powrót Mrocznego Rycerza” Franka Millera, „Strażnicy” Alana Moore’a czy „Sandman” Neila Gaimana. Na scenie swoją obecność znacząco zaakcentował również John Ostrander.

Amerykański scenarzysta sprawił, że „Suicide Squad” zyskało nieprawdopodobny koloryt i własną tożsamość. Wszystko dlatego, że w drużynie znaleźli się superzłoczyńcy oddelegowani do pracy u Amandy Waller, wpływowej agentki rządu. Kogo zatrudniono? Między innymi pułkownika Ricka Flaga jr, mistrza sztuk walki Bronze Tigera, zabójczego Deadshota, Enchantress, czyli seksowną panią o diabelskim usposobieniu czy zawadiacko usposobionego Kapitana Boomeranga, przeciwnika Flasha.

Wyróżnikiem komiksu z mini-serii „Legends” (1986-87) było także śmiertelne ryzyko, które cały czas towarzyszyło bohatarom. Inaczej mówiąc – trup ścielił się gęsto, nie było taryfy ulgowej. Bezkompromisowa formuła, raczej pozbawiona happy-endów, za to z konkretną rotacją wśród członków zespołu. Również zimno-wojenna sceneria wzmacniała charakter poszczególnych historii „Suicide Squad” – walk z dyktatorami czy tajnymi działaniami szpiegowskimi. Efekt zabiegów Ostrandera? Własna seria, gdzie połączono koncept wyjściowy z filmu „Parszywej dwunastki” i serialu „Mission Impossibile”.

Dzięki takiej recepturze – idealnym odmierzeniu proporcji z kina wojennego, komiksowej rozrywki trykociarskiej, sensacyjnej otoczce i wyrazistym bohaterom – złoczyńcy na dobre zapisali się krwa… złotymi zgłoskami w kanonie DC. Nic też dziwnego, że stale akcentują oni swoją obecność. Na przykład w animacji „Batman: Atak na Arkham” czy komiksom z Nowego DC Comics, choćby polskiemu wydaniu „Suicide Squad: Nadzorować i karać”. Swoją drogą, tytuł nawiązujący do pracy Michela Foucalta, to kolejny dowód na bogactwo interpretacji tej ekipy. Na przykład represyjnym elementom władzy.

Oby nie było to wskazówką, co do polityki producentów Warner Bros. Kinowy debiut „Legiony samobójców” stanowi zbyt dobrą okazję, żeby nie pobawić się na dłużej odświeżoną formułą filmów superbohaterskich. Bez krępujących rygorów wytwórni, za to z twórczym szaleństwem wizjonerów. Obecność drużyny antyherosów wyłącznie jako atrakcja jednego sezonu? Chyba wszyscy czujemy, że stać ich na więcej. Zatem kredyt zaufania… i przekonajmy się sami, jak wypadnie Harley i spółka.

summer camp
Poprzedni

Summer Camp - próba filmowej zabawy z konwencją [recenzja]

rin-city.com
Następny

Najlepszy cosplay (XVI) - Harley Quinn [galeria]

Marcin Waincetel

Marcin Waincetel

Absolwent kulturoznawstwa i filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. Redaktor portali Paradoks, Booklips i Poltergeist, publikował na łamach magazynu „Coś na progu” oraz Geezmo. Osobowościowo zbliżony ponoć do Johnny’ego Deppa, a także Edgara Allana Poe, zakochany w X Muzie oraz wszystkich możliwych przejawach popkultury.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz