TEKSTY 

Horror to kobieta, czyli scream queens

 

Przyglądając się listom najlepszych filmów grozy XXI wieku trudno nie zauważyć pewnej prawidłowości. Większość tych filmów to opowieści o kobietach i w większości z nich mężczyźni są albo źródłem zła, albo balastem ciągnącym bohaterki na dno.

 

Najlepsze filmy grozy XXI wieku? „Zejście”? „Coś za mną chodzi”? „Mullholand Drive”? „Labirynt Fauna”? „Pozwól mi wejść”? „Inni”? „Pod skórą”? „Wrota do piekła”? „Dzieci”? „Zdjęcia Ginger”? „Opowieść o dwóch siostrach”? „Krąg”? „Czarny łabędź”? „Sierociniec”? „Babadook”? „Następny będziesz ty”? „Szepty”? „Przebudzenie”? A może coś z remaków? „Martwe zło”? „Świt żywych trupów”? Niemal każdy z tych tytułów pojawia się na listach podsumowujących najlepsze osiągnięcia kina grozy obecnego wieku. I każdy z nich łączy jedno – kobiety.

Nie od dziś wiemy, że zło nie lubi kobiet. Owszem wymagania gatunku są oczywiste. Zły (demon, wampir, duch, poczwara, krwiożerczy budyń) czyha na ludzi, jednak szczególnym upodobaniem darzy płeć piękną. Ta zbieżność nie jest przypadkowa. Parafrazując tytuł dość nieudanego filmu grozy (także z kobietą w roli głównej), można powiedzieć, że postać kobiety to klucz do horroru XXI wieku.

Bo w każdym z wymienionych filmów panie nie są słodkimi maskotkami, które szukają ratunku w męskich ramionach. One bronią siebie, swoich mężczyzn, a czasem i całej ludzkości. Słaba płeć? Nie było jeszcze w historii kina grozy takiej dekady (w sumie piętnastu lat) jak obecna, w której określenie to jest co najmniej nie na miejscu. Kobiety dziś są największą siłą horroru. Najmocniejsze bohaterki, najbardziej doświadczone, traumatyczne. Wbrew pozorom – panowie jesteśmy passé i nadajemy się co najwyżej do ról maniakalnych zabójców lub nieudaczników. Co zresztą bardzo w swoim najnowszym serialu „Scream Queens” pokazali Ryan Murphy i Brad Falchuk. Kim są panowie w akademickim kampusie, na którym grasuje seryjny morderca? Albo zapatrzonymi w siebie nieudacznikami, albo żałosnymi cieniami dawnych samców alfa. Rządzą panie i nie dziwiłbym się, gdyby zabójcą w puencie także okazała się kobieta.

Ten stan rzeczy trwał aż do lat 70., ale to nie rosnący w siłę ruch feministyczny, który to zaczął zdobywać przyczółki w amerykańskiej kulturze masowej, doprowadził do zmiany w traktowaniu kobiet a… przypadek. Zresztą – umówmy się feministki nie miały zbyt wielkiego wpływu na to jak prezentowano w horrorach kobiety.

Oczywiście zło dybie na kobiety nie tylko dlatego, że wydają się (pozornie jak już wiemy) słabe, ale też z tego powodu, że dają życie. Stanowią więc szczególnie poszukiwaną ofiarę dla demonów wszelakiej maści, chcących zaszkodzić ludzkości. Klasycznym już wzorem, do którego odwołuje się tu dzisiejsze kino, jest oczywiście „Dziecko Rosemary” z 1968 roku. Sukces filmu Romana Polańskiego poruszył istną lawinę obrazów, w których motywem przewodnim były narodziny Złego (choćby seria „Omenów” czy „Stracone dusze”). Jak pamiętamy, u Polańskiego Rosemary ostatecznie daje życie czemuś, co zapewne jest szatańskim pomiotem. A jak radzą sobie dzisiejsze panie? Matka w „Babadooku” w końcu pokonuje demona, bohaterka z „Coś za mną chodzi” pozbywa się klątwy, a ofiara knowań morderców okazuje się – wytrenowaną zabójczynią („Następny będziesz ty”).

Siła kobiet to najistotniejsza różnica między dawnym a nowym kinem grozy. Przez dziesiątki lat kobiety w horrorach głównie bladły i krzyczały. Dlatego w aktorki grające w filmach tego gatunku ochrzczono terminem „scream queens” – królowe wrzasku (z którego to terminu kpią sobie twórcy serialu). Jedną z pierwszych była Fay Wray – ukochana „King Konga”, która drżała i krzyczała w objęciach wielkiego goryla. W zasadzie rola kobiet w kinie grozy do tego się ograniczała. Jeśli jeszcze efektownie prezentowały się w negliżu, stanowiły nieodzowny element widowiska, powtarzającego znany motyw Pięknej i Bestii.

To w zasadzie nie powinno nikogo dziwić. Horror (nazywany skądinąd słusznie – najbardziej mizoginistycznym gatunkiem) od niemal początku swojego istnienia stawiał na niebywale silny podział między światem męskim i damskim. Panowie zdobywali, panowie ratowali. Rola pań ograniczała się ulegania wpływom, krzyczenia, biegania a najczęściej bycia szlachtowaną.

Ten stan rzeczy trwał aż do lat 70., ale to nie rosnący w siłę ruch feministyczny, który to zaczął zdobywać przyczółki w amerykańskiej kulturze masowej, doprowadził do zmiany w traktowaniu kobiet a… przypadek. Zresztą – umówmy się feministki nie miały zbyt wielkiego wpływu na to jak prezentowano w horrorach kobiety. W klasycznym już „Halloween” (1978) Johna Carpentera nastoletnia bohaterka Laurie Strode, grana przez Jamie Lee Curtis, walczy z siłami zła i… niemal wygrywa. Niemal, bo w ostatecznej konfrontacji jednak ocala ją mężczyzna – doktor Loomis. I choć w wielu opracowaniach na temat kina grozy pisanych z feministycznego punktu widzenia „Halloween” uznawane jest ten pierwszy horror, w którym pani wygrywa, to teoria ta niestety nie ma wiele wspólnego z filmem. Zdobyła popularność głownie przez to, że w dość symboliczny sposób kino zatoczyło w „Halloween” koło. Oto Curtis córka Janet Leigh, która w „Psychozie” ginie, wrzeszcząc pod prysznicem, tu nie daje się zabić i walczy ze złym. Nie ulega wątpliwości, że Laurie, podobnie jak Sally Hardesty w „Teksańskiej masakrze piłą mechaniczną” czy Nancy w „Koszmarze z ulicy Wiązów”, były dzielnymi dziewczętami wojowniczkami, ale zawsze w ich otoczeniu stał jakiś pan. Jedną z pierwszych kobiet, które stanęły do walki ze złem bez wsparcia męskiego ramienia była zaś… kobieta, która była mężczyzną.

Niedosłownie oczywiście. Chodzi o Ripley z pierwszego „Obcego”, która w pierwotnym scenariuszu była mężczyzną. Jej płeć zmieniono tuż przed rozpoczęciem zdjęć, a finał w którym samotna astronautka walczy z potworem to autentycznie jeden z pierwszych przykładów gdy siła i kobieca determinacja nie potrzebuje wsparcia płci brzydszej.

Wprawdzie radykalna krytyka feministyczna usiłowała dowodzić, że walka Ripley z obcym była manifestacją męskich fantazji o gwałcie…No cóż… Był to zatem bardzo niedany gwałt. Przeglądając listę współczesnych horrorów z całą pewnością stwierdzić można jedno – figura kobieta ofiara (najczęściej w skąpym stroju) jako widok szczególnie miły męskiej widowni, odeszła dziś w zapomnienie. Dzisiejsze panie w kinie grozy to nieodrodne córki Ripley, czy Nancy – pozornie słabsze, nagle pokonują zło używając do tego sprytu, inteligencji i tak, nie bójmy się tego powiedzieć, siły. Z czego to wynika?  Są badania z których wynika iż obecna kondycja kobiet z kinie grozy wynika z faktu iż lubimy oglądać na ekranie triumf postaci pozornie słabszej. A któż może być słabszy niż słaba, teoretycznie, płeć?

Nie ulega też wątpliwości iż horror jako gatunek sam w sobie przechodzi obecnie poważny kryzys męskości (który powoli infekuje całe kino). Faceci nie sprawdzają się jako samotni ojcowie ratujący córki, kochankowie, mężowie i herosi. W zasadzie trudno znaleźć dziś dobry (czytaj daleki od banalnego schematu) horror z mocno zarysowaną męską postacią. Powracający niebawem na małe ekrany Ash z „Martwego zła”? Na pewno nie – wszak to parodia macho i od zawsze celna. Bohater grany przez Toma Hiddlestona w nadciągającym „Crimson Peak”? Już po trailerach widać, że będzie niego niezły patałach, a ciężar fabularny spoczywać będzie na teoretycznie wątłych barkach bohaterki.  Kryzys panowie, kryzys. A panie? Dziś większość kobiecych bohaterów horrorów zamiast omdlewać i krzyczeć, staje ze złem twarzą w twarz, dzierżąc odbezpieczoną broń. I celnie strzela. Lub wbija obcas w oczodół.

Gris Grimly Dzika Banda 05
Poprzedni

Gris Grimly - groza, groteska i sama słodycz [galeria]

Universal
Następny

Tremors 5 - Bloodlines: wężoidy znów atakują! [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz