TEKSTY 

J. Michael Straczynski – nowa nadzieja kina superbohaterskiego?

Wielu może nie zdawać sobie sprawy, że J. Michael Straczynski to jeden z najbardziej zasłużonych scenarzystów w historii telewizji, filmu i komiksu. Współpracował z największymi, a jego dzieła zdobywały Eisnery, Saturny i inne nagrody. Teraz za sprawą „Rising Stars” dostał szansę na wyjście z cienia. Czy z niej skorzysta?
„Rising Stars” to dosyć ambitny materiał wyjściowy, opowiadający nietypową historię superbohaterską, w której istotną rolę odgrywają konteksty i obserwacje społeczne, sytuacja na świecie, emocje postaci i rozmaite niuanse psychologiczne.

Niedawno media obiegła wieść, że do gry wchodzi nowa, niezależna od Marvela i DC adaptacja komiksów – „Rising Stars”. Straczynski zawarł kontrakt z MGM na nakręcenie ekranizacji, do której sam napisze scenariusz i będzie producentem. Oryginał to zamknięta opowieść o grupie 113 urodzonych w tym samym czasie ludzi obdarzonych nadnaturalnymi mocami. Niektórzy porównywali ją do otoczonych kultem „Watchmenów”.

W ostatnich latach głośno też było o „Sense8” realizowanym do spółki z rodzeństwem Wachowskich. Serial narobił szumu, zaproponował dosyć innowacyjną formułę, która może nie przemówiła do wszystkich, ale na pewno nie przeszła bez echa.

Straczynski przebył bardzo długą drogę, by znaleźć się tu, gdzie stoi teraz. Swoją pozycję okupił tytaniczną pracą, cierpieniem, wieloma wzlotami i upadkami. Zawsze jednak konsekwentnie dążył do wyznaczonego celu, do realizacji wizji, które zalęgły się w jego głowie.

 

Jak sam nieraz twierdził – z tak przerąbanym dzieciństwem nie mógł nie zostać pisarzem. Dorastał w rodzinie, którą dziś uznalibyśmy za patologiczną. Sytuacji winien był ojciec, agresywny alkoholik, którego Straczynski do dziś wspomina z odrazą (wystarczy spojrzeć na jego wpis na facebooku z okazji niedawnego dnia ojca; o matce wyraża się zresztą równie ciepło…). Wzorowy rodzic bił zarówno żonę jak i syna, którego w dodatku uważał za słabeusza i traktował z pogardą. Ignorował też problemy zdrowotne dzieciaka, ponieważ nie wierzył, że mógł dać życie komuś takiemu. Tym sposobem JMS dopiero w wieku około 13-14 lat, po interwencji lekarza i ciotki, otrzymał okulary, mimo że cierpiał na potężną, wrodzoną wadę wzroku.

Miał też ogromne problemy z wiarą w siebie, nikt bowiem nie doceniał jego talentu do opowiadania historii, ani geekowskich zainteresowań. Dopiero w ogólniaku nauczyciele dostrzegli drzemiący w nim potencjał, zaproponowali napisanie kilku małych sztuk do wystawienia na szkolnych deskach i opublikowali pierwsze opowiadanie w szkolnej gazecie. Do tego czasu był tylko na poły niewidomym dziwakiem z ostatniej ławki.

Na Uniwersytecie w San Diego rozwinął skrzydła. Pisał jak szalony, jak maszyna. Publikował między innymi w studenckim magazynie „The Daily Aztec”. Zasypywał szpalty taką ilością artykułów, że niektórzy nazywali tę gazetę „Daily Joe”.

W jakimś stopniu to właśnie traumy wieku szczenięcego ukształtowały wrażliwego, empatycznego autora, który pisze zrówno głową, jak i sercem. W komiksach, serialach i filmach pokazywał cały przekrój społeczeństa – od wyniszczonych biedą dołów aż po bogate szczyty. Bez owijania w bawełnę mówił o ich problemach, przeszkodach jakie stawia społeczeństwo. Czynił to z wyczuciem i zmysłem analityka, gdyż przygotowały go do tego zarówno trudne przejścia, jak i zdobyte wykształcenie (psychologia i socjologia). Pokazuje zwykłych ludzi w obliczu niesamowitych sytuacji. Jego bohaterowie są bardzo ludzcy i wiarygodni. Żywi. Podkreślają to prawdziwe, mocne dialogi, płynnie przechodzące od pyskatego czarnego humoru do wzruszających, bardzo intymnych wypowiedzi. Pod względem sprawności literackiej Straczynski dorównuje Frankowi Millerowi z czasów świetności. Jednocześnie jego sposobu opowiadania historii nie sposób pomylić z żadnym innym. Widać w nim warsztat, dyscyplinę i lata praktyki, doskonalenia rzemiosła oraz kabaretowo-teatralną skłonność do zgrywu i należytego puentowania każdej sceny. Czasem tylko popada w ton kaznodziei, który próbuje sprzedać swoją mądrość częściej, niż to konieczne, ale z czasem nauczył się nad tym panować. Zresztą, akurat on rzeczywiście ma coś do powiedzenia. O ucisku, o nierównościach społecznych, znęcaniu się nad słabszymi, ale też o potędze nauki, umysłu i serca. Autor nigdy nie tracił tej wyjątkowej nutki optymizmu, wiary, że los w końcu musi odmienić się na lepsze. Wszystko to podlane wyobraźnią sięgającą gwiazd.

Może dlatego w pewnym momencie porwał się na szalone, rewolucyjne przedsięwzięcie, na które nikt wcześniej w historii telewizji się nie poważył. Nim to jednak nastąpiło, musiał przez wiele lat budować pozycję. Zaczynał od animacji, pisał scenariusze do „He-Mana” i „The Real Ghostbusters”. Nad tym drugim sprawował zresztą opiekę i współtworzył większość sezonów. Potem przerzucił się na seriale aktorskie. Tworzył też historie na potrzeby słynnej „Strefy Mroku” i kilku innych seriali.

Straczynski miał na tyle mocną pozycję, że wreszcie mógł zaproponować serial, jakiego wcześniej nie było. Postanowił dostarczyć widzom w pełni autorską opowieść. Tak powstało zrealizowane z rozmachem „Babylon V”. Produkcja Straczynskiego była spektakularną space operą opowiadającą o stacji kosmicznej, na której spotykają się przedstawiciele rozmaitych ras, knują, kombinują i bawią się w wielką politykę. Zasłynęło znakomitym scenariuszem i żelazną konsekwencją w prowadzeniu zamkniętej, zakrojonej na pięć sezonów historii. Straczynski napisał zdecydowaną większość odcinków. Opowieść bawiła, wzruszała, zmuszała do przemyśleń, zaskakiwała i przede wszystkim – zmierzała w konkretnym kierunku. W czasie premiery zachwycały też efekty specjalnie. Dziś możecie o tym nie pamiętać, ale Straczynski dołożył swoją cegiełkę do jakościowej rewolucji w telewizji w nie mniejszym stopniu niż Chris Carter czy David Lynch. „Babylon V” stoi dumnie obok „Star Treka” czy nowego „Battlestar Galactica” jako pozycja kultowa. U nas może trochę mniej, bo w latach ’90 importowaliśmy z Zachodu nieco inne produkcje, ale w Stanach było prawdziwym przebojem, przez który półeczka producenta prawdopodobnie ugięła się pod ciężarem nagród. A wielu, bardzo wielu, powtarzało, że to porywanie się z motyką na Słońce.

Straczynski od zawsze był geekiem i kochał komiksy. Pewnie dlatego przystał na propozycję Joe Quesady i dołączył do Marvela. Przybył niczym kawaleria – na ratunek w ostatniej chwili. Pewnie trudno w to uwierzyć, ale na przełomie milleniów komiksowy gigant ledwie zipał. Dlatego też naczelny skrzyknął tuzów scenopisarstwa, a pośród nich JMSa, i dał im wolną rękę, byle tylko postawili wiodące serie na nogi. Twórcy „Babylonu V” przypadł w udziale jeden z najważniejszych tytułów – „The Amazing Spider-Man”. Straczynski wykazał się wielkim zrozumieniem postaci, jego historie były zarazem dramatyczne i niesamowicie zabawne. Dotykały zwykłych, codziennych problemów, miały bardzo rozbudowane tło społeczne, a jednocześnie panowała w nich mistyczna atmosfera. Straczynski postanowił przemeblować nieco genezę Pająka i zaproponował kilka świeżych rozwiązań, konsekwentny rozwój mocy i psychologii postaci. Jak w serialu. Za pierwszą historię, wydany w Polsce „Powrót do domu”, otrzymał nagrodę Eisnera.

Oczywiście, nie zawsze było tak różowo. Podczas pisania „Amazinga” zdarzyło się, że Straczynski odlatywał w stronę koszmarków pokroju „Sins past”, o którym, im mniej powiemy, tym lepiej. Dość rzec, że była to jedna z bardziej nielogicznych pozycji w runie i – zdaniem fanów – kalała postać uważaną niemal za świętą. Nienajlepiej pożegnał się też z Pająkiem, bo za sprawą „One More Day”, w którym Peter Parker zawiera pakt z diabłem i, w zamian za ocalenie cioci May, zgadza się na wymazanie małżeństwa z Mary Jane. Pomysł absurdalny i wyglądający jak pójście na absolutną łatwiznę. Później okazało się, że była to inicjatywa Quesady. Straczynski zresztą nie chciał się pod OMD podpisywać, ale jakoś go przebłagano.

Cierpliwości starczyło mu jeszcze na postawienie na nogi „Thora”, jednak parę rozwiązań, które wprowadził zostało zanegowanych podczas „Siege”, wielkiego eventu Marvela, opowiadającego o upadku Asgardu – który autor tak pieczołowicie odbudowywał parę miesięcy wcześniej. Straczynskiemu nie pozostawało nic innego jak zabrać swoje zabawki i trzasnąć drzwiami. Od tamtej pory pisuje dla wydawnictw niezależnych (wypuścił między innymi „Midnight Nation”, „Dream Police”). Run z „The Amazing Spider-man” był jednym z najdłuższych w historii. I jednym z najważniejszych. Trwał blisko siedem lat i wyciągnął z otchłani miernej jakości jednego z najważniejszych bohaterów popkultury. Nawet jeśli po drodze zdarzały się wpadki.

Choć w tym czasie zajmował się głównie komiksami, wciąż pracował nad filmami i serialami. W 2008 napisał scenariusz do nagrodzonej Saturnem i Satelitą „Oszukanej” w reżyserii Clinta Eastwooda i z Angeliną Jolie na pokładzie. Potem współtworzył skrypt do „Underworld: Przebudzenie”.

Prawdziwy powrót zaliczył dopiero przy okazji wypuszczonego rok temu „Sense8”, o którym jednak bardziej mówi się jako o serialu Wachowskich niż Straczynskiego. Wydaje mi się, że niesłusznie, bowiem, znając styl Straczynskiego, dosyć łatwo wyłapać, które partie tworzył pisarz, a które były manifą Lany Wachowskiej. Niemniej, serial Netflixa narobił dość szumu, by przywrócić karierze Straczynskiego blask i pozwolić na rozpęd. „Sense8” było czymś nowym, świeżym. Opowiadało swoją historię nieśpiesznie, poruszało tematy, po które rzadko sięga się w takiej konfiguracji w serialach, miało w sobie trochę szaleństwa zarówno fabularnego, jak i realizacyjnego. Pokazało, że ani Wachowscy, ani Straczynski, mimo paru porażek na koncie, nie powinni jeszcze żegnać się z wielką karierą.

Teraz zaś Straczynski ma szansę osiągnąć szczyt. „Rising Stars” to dosyć ambitny materiał wyjściowy, opowiadający nietypową historię superbohaterską, w której istotną rolę odgrywają konteksty i obserwacje społeczne, sytuacja na świecie, emocje postaci i rozmaite niuanse psychologiczne. Nie ma tu wyraźnego podziału na dobro i zło. Może nie jest tak rewolucyjne jak „Watchmen” Moore’a, ale jakością ustępuje klasykowi bardzo niewiele. Pod pewnymi względami – chociażby ostrej jak żyleta, właściwej Straczynskiemu frazy – nawet przewyższa wielkiego poprzednika. Przede wszystkim jednak „Rising Stars” to zamknięta, przemyślana i wyciskająca łzy historia, która mówi o wiele ważniejszych sprawach, niż średnia superbohaterska, jaką oglądamy w kinach od ładnych paru lat.

Bo tak szczerze – kiedy ostatni raz w tym nurcie działo się coś naprawdę, naprawdę ciekawego? Chyba wtedy, kiedy do kin wchodził trzeci Batman Nolana i „Watchmeni” właśnie. Te filmy, czy się to komuś podoba czy nie, rzeczywiście mówiły o czymś – głośno i wyraźnie. Potem nastąpił okres dominacji Marvela i ciąg przyjemnych, ale niezbyt poruszających blockbusterów. Jedynie „Deadpool” trochę namieszał, ale raczej jako uroczo bluźniercza komedia, która wyszła na przekór wszystkiemu, niż produkcja zmieniająca sposób myślenia o kinie.

Tymczasem dzieło Straczynskiego ma wszelkie szanse przypomnieć ludziom, jaki potencjał drzemie w historiach o trykociarzach. Może pokazać, że za pośrednictwem tej konwencji można powiedzieć mnóstwo ważnych rzeczy. O wyrazistość i bezkompromisowość jestem dziwnie spokojny, gdyż pisząc także w kontekście filmu „dzieło Straczynskiego” – nie pomyliłem się ani odrobinę. Autor oryginału pisze scenariusz oraz zasiada na fotelu producenta. W tym fakcie tkwi największa szansa, jak i największe ryzyko.

Straczynskiemu zdarza się straszliwie przestrzelić i spuszczony ze smyczy potrafi popełnić takie koszmarki jak wspomnianie „Sins Past” albo stworzyć dzieło, które trafi do wyjątkowo niszowego odbiorcy. Pytaniem otwartym pozostaje, na ile pozwolą mu włodarze MGMu. Potencjalna wysoka jakość nie oznacza też z marszu sukcesu. Dochodzi tu bowiem kwestia widzów. Czy spasieni schematycznymi „Avengersami” i resztą przygód Marvelowej rodzinki są gotowi na coś tak odmiennego i gorzkiego jak „Rising Stars”? Bohaterowie Straczynskiego mogą polec w tym samym miejscu, gdzie leży box office’owy grób adaptacji „Watchmenów”. Istnieje ryzyko, że się po prostu nie sprzedadzą. Historia Straczynskiego nie jest tak znaną marką jak kultowy komiks Moore’a (choć niewątliwie cieszy się pewnym kultem), a poza tym może trafić na moment, kiedy rynek będzie już nasycony mniej lub bardziej udanymi produkcjami od Marvela i DC. Zobaczymy, czy „Wschodzące Gwiazdy” zdołają pokonać te trudności.

Straczynski to doświadczony fachura po niełatwych przejściach. Miał dość czasu, by przemyśleć wszystko, co zrobił dobrze i brawurowo oraz wszystko, co schrzanił. Pytanie, czy wyciągnie wnioski na czas.

Broad Green Pictures
Poprzedni

Green Room – drugi kolor: zielony [recenzja]

Zysk i S-ka
Następny

Tarzan wśród małp - nieśmiertelny pulp [recenzja]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz