TEKSTY 

Kacze opowieści – kultowa, niestarzejąca się kreskówka

Jeśli myśleliście, że uwolnicie się od upiornie chwytliwej melodyjki z „Kaczych opowieści” – jesteście w błędzie. Disney przystępuje do ataku z nową wersją przygód Sknerusa i spółki. W sieci zadebiutowały pierwsze zwiastuny, a my pochylamy się nad fenomenem pierwowzoru i tym, jak zniósł próbę czasu.

Przełom lat 80′ i 90′ to czas, kiedy Disney z powodzeniem konsumował owoce swej hegemonii na polu animacji. W ramach rozszerzania ekspansji zaserwował jeden z najbardziej niezapomnianych seriali, który wychował kilka pokoleń widzów – „Kacze opowieści”. Produkcja o Sknerusie McKwaczu i jego siostrzeńcach okazała się mocarnym taranem rozpoczynającym szał na kaczki. Do oryginału dołączyły adaptacje komiksowe, zabawki, wzięta gra komputerowa „Duck Tales” (oraz jej remake i kontynuacja) oraz wieńczący serię film kinowy. Kreskówka doczekała się blisko stu odcinków, dziś zaś otoczona jest swoistym kultem.

Skąpiec

U podstaw sukcesu serialu leży główny bohater, Sknerus McKwacz. Najsprytniejszy ze sprytnych, najtwardszy z najtwardszych, jak sam się przedstawia. Powołany do życia przez Carla Barksa na kartach komiksu, rozwinięty przez Dona Rosę i wielu innych autorów bohater to przedsiębiorczy miliarder, który zgromadził niewyobrażalną fortunę tylko dzięki oślemu uporowi, ciężkiej pracy i bezwzględności. Oraz skąpstwu. Przeżył rozliczne awantury, zwiedził kawał świata, załapał się nawet na gorączkę złota.

Sporą część humoru, konfliktów i przygód generuje właśnie postawa życiowa słynnego centusia. Jego pogoń za zyskiem niemal nie zna granic. Jeśli Sknerus zwietrzy dobry interes lub skarb – potrafi ruszyć na samo dno piekła, byle tylko osiągnąć cel. Nie zwalnia tempa nawet, gdy w jego życiu pojawiają się Siostrzeńcy, trójka niesfornych szkrabów podrzuconych przez Kaczora Donalda. To właśnie w momencie, gdy jeden wujek przekazuje dzieciaki drugiemu rozpoczyna się serial.

„Kacze opowieści” to naładowany przygodami i tajemnicami rollercoaster, który przeciągnie nas przez rozmaite zakątki świata, jedne nawiązujące do prawdziwych miejsc, inne kompletnie zmyślone. Seria w pas kłania się klasykom, które napędzały wyobraźnię miłośników opowieści awanturniczych na całym świecie. Przez kolejne odcinki przewijają się nawiązania do Sherlocka Holmesa, twórczości Aleksandra Dumasa, klasyków science-fiction, kina szpiegowskiego i sensacji. Nad całością zaś nieodmiennie dominuje duch opowieści o Indianie Jonesie. Przodują w tym zwłaszcza otwierające serial odcinki, z których dumny byłby pewnie sam Spielberg.

Twórcy odrobili lekcje z popkultury i swobodnie żonglowali intertekstualnymi motywami na długo przed „Shrekiem”, który spowodował lawinę produkcji opartych o podobny patent. „Kacze Opowieści” cytowały słynne dzieła poprzez proste gierki słowne, ale też ze sporą kreatywnością wplatały nawiązania w akcję czy charakter niektórych bohaterów. Sam Sknerus przypomina przecież złagodzoną wersję Ebenezera Scrooge’a z „Opowieści Wigilijnej”.

Ani przez chwilę nie traciły jednak swego unikatowego charakteru. Były historią o chciwości i życiowych priorytetach, rozpędzoną wycieczką do krainy dziecięcych marzeń, gdzie przygoda nie kończy się nigdy, a jeśli nawet – to tylko po to, by bohaterowie złapali oddech przed następną. Całość podszyto zaś absurdalnym humorem, który pozwalał na rozwiązywanie nawet najtrudniejszych sytuacji w tak abstrakcyjne sposoby, że można się zastanawiać, czym twórcy wspomagali swoją kreatywność. Bo tej ostatniej zdecydowanie im nie brakowało – ani przy wymyślaniu fabuł, ani przy rzucaniu żartami.

Przez serial przewinęła się plejada postaci z Disneyowskich seriali i komiksów. Obok siostrzeńców i Donalda (ten akurat przepadł gdzieś po pierwszym sezonie), mniej lub bardziej gościnne występy zaliczały takie persony jak wynalazca Diodak, Śmigacz (w angielskiej wersji znany jako Launchpad), który przewinął się też przez inną słynną kreskówkę – Darkwing Duck – czy złoczyńcy pokroju Braci Be, Granita Forsanta lub Magiki De Czar. Wszyscy oni nastawali na fortunę Sknerusa lub jego Szczęśliwą Dziesięciocentówkę, pierwszy pieniążek zarobiony przez miliardera. Byli zabawni, wyraziści i budzili całkiem sporo sympatii.

 

Magia tradycyjnej animacji

Jak wciągających i zabawnych historyjek nie przedstawiałby serial – nie obroniłby się bez odpowiedniej oprawy. Pod względem animacji „Kacze Opowieści” zjadają na śniadanie większość współczesnych kreskówek. Są po prostu piękne. Dynamiczne, efektowne, a jednocześnie promieniują urokiem staroświeckich produkcji, pieczołowicie wydziobywanych ołówkiem kadr po kadrze. Widać pieniądze, jakie studio Disneya wpompowało w serial. Kwoty te znacznie przekraczały te, jakie łożono wtedy na filmy pełnometrażowe. Co ciekawe, wiele projektów z serialu powstało w zewnętrznych, często azjatyckich studiach.

O równie wysoką jakość zadbano w przypadku dźwięku. Pomijając już znaną wszem i wobec piosenkę, cały soundtrack broni się doskonale. To przyjemne brzmienia, które z każdym kolejnym taktem zachęcają do wyruszenia w wielki świat. Słychać wyraźne inspiracje twóczością Johna Williamsa. Do tego dochodzą świetni lektorzy, a na ich czoło wysuwa się oczywiście Alan Young aktor podkładający głos Sknerusa, który do dziś czaruje w oryginale szkockim akcentem.

Rysy na pomniku dzieciństwa

Generalny urok, poziom animacji – ani nawet czar nostalgicznych wspomnień z dzieciństwa – nie sprawi, że „Kacze opowieści” bronią się na wszystkich polach z jednakowym rezultatem. Jest kilka pól, na których serial mocno odstaje.

Kuleje przede wszystkim sposób prowadzenia postaci. Rozwój ich osobowości przez te dziewięćdziesiąt parę odcinków jest minimalny i zazwyczaj tymczasowy. Najwięcej dynamiki możemy zaobserwować oczywiście w relacji Sknerus-siostrzeńcy, gdzie trójka nieposkromionych młodzików dociera się ze starym wyjadaczem, by stworzyć zgraną drużynę, ale nawet tutaj nie widzimy zbyt dużego rozwoju, jeśli zestawić środkowe i finalne fazy seriali z pierwszymi paroma epizodami. Niektóre postaci okazywały się jednowymiarowe, jak Tasia, mała kaczka, która miała być po prostu uroczą, unurzaną w różu po kokardkę, stereotypową dziewczynką. Czasem scenarzyści popychali za jej pomocą fabułę do przodu, ale generalnie wkurzała chyba wszystkich odbiorców, niezależnie od płci (trailer pokazuje, że w reboocie może okazać się zdecydowanie ciekawszą osobą). Bardzo szybko pozbyto się też Donalda, zupełnie jakby twórcy nie mieli na niego pomysłu, a Siostrzeńcy działali jak jeden bohater w trzech osobach i poza kolorami różnili się w niewielkim stopniu.

Wszystko zresztą podporządkowano absurdalnym żartom, które często przesłaniają osobowość bohaterów – i nie zawsze prowadzone są z konsekwencją. Jedna rzecz może działać w określony sposób, by dziesięć minut później przedstawiać się zupełnie inaczej (np. gorączka złota, która dopadła Sknerusa w jednym z pierwszych odcinków – tutaj przedstawiona jako autentyczna i znana jednostka chorobowa). Pewnie, że to tylko serial dla dzieci, ale to jeszcze nie oznacza, że nie można od niego wymagać odrobinę większej spójności. Zwłaszcza, że współczesne kreskówki często potrafią łączyć abstrakcję i żelazną konsekwencję w regułach rządzących światem przedstawionym.

To, co opisałem, to jednak trochę problemy, z jakimi muszą mierzyć się pionierzy. Twórcy „Kaczych opowieści” wprawdzie prochu nie wymyślali, ale poruszali się po nie do końca zagospodarowanym gruncie, produkując komediowo-przygodowego tasiemca, opartego o pastisz i przesadę. Dlatego można to wybaczyć.

Tym, co boli najbardziej, jest potraktowane po macoszemu zwieńczenie serii, czyli film kinowy „Poszukiwacze Zaginionej Lampy”. Jeśli ktoś spodziewał się finałowej, wielkiej przygody trawestującej Indianę Jonesa i inne klasyki, to się srodze zawiedzie. Rozpędu starczyło na pierwsze kilkanaście minut filmu. Zamiast niego dostajemy wdzięczny co prawda, ale rozciągnięty odcinek serialu, który wygląda świetnie, ale nie wnosi zbyt wiele do całości, a poza tym dzieje się głównie w domu Sknerusa i okolicach. Zawiodła skala, zawiodły dylematy powtarzające się od początku serialu.

A jednak interes się kręci

„Kacze opowieści” to serial, który trzeba brać na czucie i wiarę, czasami z przymrużeniem oka spojrzeć na konstrukcję świata czy konsekwencje – wtedy dostarczy nam wiele godzin przygód, zabierze w krainę marzeń, gdzie odnajdą się dzieci w wieku od lat siedmiu do stu siedmiu. Ci młodsi dostają niesamowite wydarzenia, piękną, przyjazną oku oprawę, ci starsi zaś na pewno uśmiechną się raz i drugi. „Kacze opowieści” są trochę jak główny bohater w zwiastunach nadchodzącego rebootu. Młodsi mogą uważać, że czas starej wersji już minął – ale to nie znaczy, że mają rację. Serial wciąż się broni jako barwna, pełna pomysłów seria przygód sympatycznych kaczorów, które pokochało pół świata.

A w oczekiwaniu na nową odsłonę przygód Sknerusa przypomnijcie sobie słowa jednej z najbardziej chwytliwych czołówek w historii animacji. Nawet jeśli wyegzorcyzmowaliście piosenkę z głowy, to i tak do Was zaraz wróci.
Nie musicie dziękować.

thepaths2aaron-27x40-v8b2
Poprzedni

The Path: Sezon 2 - kompromisy w imię wiary [recenzja]

komiksowy maraton 11
Następny

Komiksowy maraton, czyli czytamy hurtowo #11 (Taurus Media)

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz