TEKSTY 

Kaznodzieja – komiks jak diabli!

Każdy kolejny odcinek telewizyjnego „Preachera” coraz bardziej skłania, by powrócić do komiksowego pierwowzoru i ponownie przeżyć jedną z najbardziej niezwykłych przygód w historii literatury popularnej.
„Kaznodzieja” to przede wszystkim głos, czy raczej donośny krzyk przeciw jakimkolwiek ograniczeniom twórczej wyobraźni, przeciw mówieniu artyście tego, co jest właściwe, a co nie.

„Kaznodzieja” od początku był znakomitym materiałem na filmową ekranizację. Jeszcze kilkanaście lat temu nie miałby prawa znaleźć się w ofercie jakiejkolwiek telewizji – po prostu musiały przyjść na to odpowiednie czasy. Drogę dla niezwykle brutalnej i obrazoburczej w komiksie fabuły torowały przez ostatnie lata takie seriale jak „Synowie Anarchii” czy „Banshee” i wreszcie, roku Pańskiego 2016, słowa Gartha Ennisa oraz rysunki Steve’a Dillona i Glenna Fabry zostały przeniesione na filmową taśmę. Tak jakby.

Pierwszy epizod „Preachera” nastrajał optymistycznie. Od razu było widoczne, że twórcy pójdą inną fabularną drogą, zachowując jednak podstawowe elementy z komiksu i przede wszystkim ducha oryginału. Z każdym odcinkiem duch ten jednak powoli ulatywał, dając widzom w zamian brutalną farsę osadzoną w małym, teksańskim miasteczku. Nie tędy droga! – chciałoby się zakrzyknąć do stojących za filmowym przedsięwzięciem Setha Rogena i Evana Goldberga, którzy – właśnie z komiksu drogi – uczynili małomiasteczkową, acz krwawą i miejscami z pewnością odjechaną historyjkę. Chciałoby się zakrzyknąć, albo po prostu kopnąć obu twórców w dupę, bo chyba tylko brutalny akt skłoniłoby ich do naprostowania fabuły.

„Kaznodzieja” nie jest bowiem jakąś tam sobie historyjką, tylko jednym z najbardziej efektownych podsumowań ówczesnej, amerykańskiej popkultury. Zadziwiającym jest fakt, że twórca scenariusza miał zaledwie dwadzieścia pięć lat, gdy zaczął tworzyć tak szeroko zakrojoną opowieść. To bowiem popkulturowy miszmasz jedyny w swoim rodzaju, zbierający w jednym miejscu najważniejsze, popularne gatunki, pełen odwołań do nie tylko amerykańskiej historii, ale także do religii, kultury i osobistych przekonań każdego z nas. To dzieło niepokorne, brutalne, rzecz jasna obrazoburcze (bo przedstawiające Boga jako totalnego dupka), ale także dla kontrastu oferujące przepiękne, liryczne fragmenty. Bo przede wszystkim „Kaznodzieja” to opowieść o miłości, o honorze i ścierających się w każdym człowieku siłach dobra i zła. No i o powinności, którą na własne życzenie obciąża się niezwykły, główny bohater.

Tak, najważniejsze, kluczowe wydarzenie z komiksu jest również obecne w serialu. W Jesse’go Custera wstępuje pędząca prosto z Nieba,  niepowstrzymana moc, dzięki której jej nosiciel zdolny jest władać Słowem Bożym, któremu nikt nie potrafi się oprzeć. Okazuje się, że ta moc jest tak naprawdę istotą, będącą owocem miłosnych zapędów anioła i diablicy i na dodatek posiadająca boskie przymioty. Istota nazywa się, jakżeby mogło być inaczej – Genesis – i właśnie uciekła z Nieba, gdzie była trzymana w zamknięciu przez anioły. Po ucieczce zespala się z kaznodzieją, dając mu tym samym będące w jej gestii, boskie przymioty. Ot choćby, Jesse Custer może powiedzieć do podpadającego mu delikwenta „zesraj się” i nie ma przebacz, ów delikwent, na polecenie wydane z pełnią mocy Genesis nie ma wyjścia i musi natychmiast się zesrać.

Gdzieś w tym zestawieniu, w pomieszaniu sacrum z profanum, a także tradycji z postępowością kryje się esencja opowieści Gartha Ennisa. Czy obcujemy tu z  szokowaniem na siłę? W „Kaznodziei” – nie. Można tu wspomnieć o kolejnych, późniejszych dziełach Ennisa („Chronicles of Wormwood”), w których scenarzysta nie wzniósł się już do poziomu swego opus magnum, powielał wypracowane schematy i niepotrzebnie próbował przeskoczyć sam siebie. W „Kaznodziei” szokowanie było po prostu uzasadnione i nie opierało się jedynie na wyczuwalnych, osobistych potyczkach Gartha Ennisa ze Stwórcą. Choć trzeba przyznać, że chyba żaden inny artysta nigdy nie potraktował misji poszukiwania Boga tak dosłownie. Bo jak to jest z Bogiem w komiksowym „Kaznodziei”, a nie (czy tylko na razie?) w serialowym „Preacherze”? Jest tak – Stwórca po narodzinach Genesis i jego ucieczce zbiesił się, opuścił Niebo i najprawdopodobniej ukrył się gdzieś na Ziemi. A Jesse, wraz z Tulip i Cassidym wyruszają na jego poszukiwanie. Bo przecież Bóg nie może ot tak porzucić swoich obowiązków i gdzieś tam się ukrywać. I właściwie – jakie są obowiązki Boga? Czemu świat, który stworzył wygląda tak, a nie inaczej? Jesse to facet, który naprawdę takimi rzeczami szczerze się przejmuje. I postanawia odnaleźć Boga, głównie po to, by postawić go do pionu. Ale ta droga, ta podróż nie przebiegnie przecież bez przeszkód.

W serialu, na razie delikatnie, wprowadzane są kolejne postacie z komiksu. Są początki Świętego od Morderców, raz mignął Herr Starr, wcześnie (i nie wiadomo właściwie po co) pojawił się Odin Quincannon. Gębodupa został tymczasem wysłany do Piekła (?), a jego ojciec nie jest takim sukinsynem jak w komiksie. Wszyscy, którzy w mniejszym, lub większym stopniu stawali Jesse’mu na drodze są w serialu cieniami samych siebie (zobaczymy, czy pojawi się Babcia i jej wredne przydupasy?), tak jak powoli cieniami staje się najważniejsza trójca. Nie wiem, co takiego biorą twórcy serialu, Rogen i spółka, bo że coś biorą, to czuć, tylko dlaczego, zmieniając konstrukcję fabuły, zmieniają też konstrukcję postaci, przez co Jesse, Tulip i Cassidy stają się swoimi karykaturami?

Jesse (zabrzmi to może bluźnierczo, ale może Kit Harrington, gdyby tylko był wyższy?). Używa Słowa Bożego tylko wtedy, gdy uzna to za stosowne, co w rezultacie równa się temu, że niezwykle rzadko obserwujemy to w komiksie. Jesse nigdy nie pomyślałby, żeby z pomocą swojej mocy wpłynąć na  parafian i przekonać ich do oddanej służbie Bogu. Jest niemal wymarłym typem prawdziwego faceta, ale to nie dziwne, skoro jego idolem jest John Wayne, z którym nota bene potrafi prowadzić owocne pogawędki.

Tulip – jest dziewczyną kaznodziei. Odnajdują się po pięciu latach, w czasie których Jesse niemal  poddał się mrocznym siłom z własnej przeszłości. Tulip jest jedną z najlepiej napisanych, kobiecych postaci w historii komiksu, nie dającą się zaszufladkować, silną (ale i słabą, kiedy traci swą miłość), zaradną i piękną nie tylko fizyczną powierzchownością. Portrety kobiet w „Kaznodziei” to w ogóle materiał na osobny tekst, bo irlandzki twórca bezsprzecznie traktuje je na równi z mężczyznami.

Cassidy – najbardziej skomplikowana postać komiksu. Odkrywanie prawdy o irlandzkim wampirze jest jednym z największych przeżyć i być może największym szokiem dla czytelników opowieści Ennisa, dlatego więcej lepiej nie zdradzać. Cassidy – najlepszy kumpel Jesse’go, brat łata, wspaniały imprezowicz i i gość, który chyba doświadczył już wszystkiego. Także w najgorszym tego słowa znaczeniu.

Prawda, echa tych postaci pobrzmiewają w serialu, ale z każdym odcinkiem to echa coraz odleglejsze, bo twórcy uparli się zmienić chyba wszystko, co tylko można zmienić. I właściwie nie wiadomo dlaczego. Chodzi o ograniczony budżet i przymus pozostawania w kameralnych raczej klimatach? Czy chodzi o strach przed poprowadzeniem (obrazoburczej) fabuły tak, jak w komiksie? A może chodzi o rzecz najgłupszą, czyli o nieuzasadnioną myśl – my potrafimy zrobić to lepiej – co niestety ma się nijak do faktów. W siódmym epizodzie „Preachera” fabuła drepcze w miejscu, postacie zachowują się nieracjonalnie i w zasadzie nie wiadomo o co tu chodzi. A w komiksie było przecież wiadomo od samego początku.

A w przypadku „Kaznodziei” nie chodzi jedynie o podążającą w konkretnym kierunku fabułę. Chodzi bardziej o twórczą odwagę powiedzenia tego co się myśli i o nieokiełznaną chęć pokazania artystycznego, środkowego palca dziwnym czasom, które nastawały wraz z początkiem ukazywania się „Kaznodziei”. Tak, chodzi o słodkie czasy politycznej poprawności.

„Kaznodzieja” ukazywał się w przepięknych latach dla dorosłego czytelnika komiksów, latach sukcesów imprintu DC – Vertigo. Ciekawa rzecz – za sztandarowymi dziełami wychodzącymi spod tego szyldu stali głównie Brytyjczycy, na czele z Alanem Moore’m, Neilem Gaimanem, Warrenem Ellisem i właśnie Garthem Ennisem. Chyba jednak żaden z nich nie wziął sobie do serca tak bardzo, jak ten ostatni, potrzeby manifestacji artystycznej wolności i jednocześnie przekraczania jej granic. Owszem, są momenty kiedy twórczość Ennisa zaczyna nużyć, wydaje się zbyt przerysowana, zbyt dosłowna, by nie powiedzieć prostacka. Myślę, że scenarzysta doskonale zdawał sobie z tego sprawę. „Kaznodzieja” to przede wszystkim głos, czy raczej donośny krzyk przeciw jakimkolwiek ograniczeniom twórczej wyobraźni, przeciw mówieniu artyście tego, co jest właściwe, a co nie, co jest dobrze widziane i czego współczesny artysta powinien się wystrzegać. I nie jest to bynajmniej głos przeciw zasadom (także moralnym), ale przede wszystkim przeciw zasad narzucaniu. I dlatego ów bluźnierczy, wulgarny, prostacki komiks jest tak cholernie piękny. Z jednej strony groza, krew, upadek, przemoc, ból i rozczarowanie, z drugiej wolność i miłość aż do końca świata, miłość między dwójką ludzi. Taka miłość, w której nie ma miejsca na ideologie, na wybór stronę w sporze, na religię i na diabła. A imię Boga wzywa się (bądź wykrzykuje) głównie podczas seksualnych uniesień, czyli najpewniej nadaremo. Tylko kto by się tym przejmował w takim momencie?

the-night-of-poster
Poprzedni

Długa Noc 01x01 - kafkowski kryminał od HBO [recenzja]

The-Fundamentals-of-Caregiving-Movie-Poster
Następny

The Fundamentals of Caring - zabawna konkurencja dla francuskich "Nietykalnych" [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz