TEKSTY 

Kim był Kurt Cobain?

„Kurt Cobain: Montage of Heck” w chwili kinowej premiery zostało okrzyknięte arcydziełem dokumentu. Dziś, raptem kilka miesięcy później, słychać coraz więcej głosów, jakoby był to największy dokumentalny przekręt ostatnich lat. No więc jak to jest z tą biografią Kurta Cobaina? Arcydzieło czy przekręt?

Lata pięćdziesiąte dały nam Elvisa, Chucka Berryego i Johnnyego Casha. Lata 60. – Hendrixa, Morrisona, Joplin. 70. – Sida, Rottena, Strummera. A co dała nam współczesna muzyka? Nic. Ostatnią prawdziwą ikoną i bohaterem, który porwał miliony był chudy, farbowany samobójca z Aberdeen. Miły chłopak, który zszedł na złą drogę, czyli Kurt Cobain. Możemy kłócić się o nazwiska, wymieniać wielkie zespoły rocka lat 90. ale ikona była tylko jedna. On.

Choć był typem antygwiazdy. Choć napędzała go wściekłość i żal. I wreszcie – choć nie chciał za nic kariery. A może chciał? Może cały czas kłamał? Do tych pytań wrócę jednak później. Teraz zajmijmy się faktami.

Gdy 7 kwietnia 1994 roku znaleziono zwłoki 27-letniego Kurta Cobaina, policja stwierdziła samobójstwo, ale spekulacje na temat przyczyn jego śmierci trwają do dziś. Są np. tacy, którzy uważają, że został zabity na zlecenie Courtney Love, z którą zamierzał się rozwieść, a to oznaczałoby dla niej katastrofę finansową i prestiżową. Nigdy się tego nie dowiemy. Ale jedno jest pewne: w szklarni, w której palnął sobie w łeb – nikogo prócz niego – lidera najpopularniejszego zespołu świata – nie było.

Fenomen popularności Cobaina i jego Nirvany trudno racjonalnie wytłumaczyć. Ich spektakularna międzynarodowa kariera trwała zaledwie trzy lata – od 1991 roku, czyli wydania drugiej płyty „Nevermind”. W tym czasie Cobain stał się autorem pokoleniowego hymnu „Smells Like Teen Spirit”, sprzedał ponad trzydzieści milionów płyt i zapoczątkował modę na muzykę grunge, na fali której wypromowały się takie zespoły, jak Pearl Jam, Soundgarden i Alice In Chains.

To dokonania samotnika z miasteczka Aberdeen w stanie Washington, z którym w szkole ponoć nie chciała umówić się żadna dziewczyna. Wszystkie traumy z życia Cobaina znajdowały odbicie w jego muzyce. Była pełna wściekłości i smutku wynikających z rozczarowania światem. Okazało się, że takie były nastroje kilkunastu milionów jego rówieśników. Popularność Cobaina nie słabnie – gdy w 2004 roku odnaleziono w archiwach niepublikowaną piosenkę „You Know You’re Right”, podbiła ona światowe listy przebojów. Najnowszy film, czyli „Montage of Heck” zrobił furorę na festiwalach.


To udawało się do tej pory nielicznym.  Dla przykładu: kompozycjom Johna Lennona. Obaj mieli zresztą ze sobą wiele wspólnego, przede wszystkim talent do pisania prostych rockowych piosenek, w których chwytliwa melodia współgrała z tekstami o samotności i uzależnieniu. Bo Cobain, podobnie jak Lennon, był heroinistą.

„Montage of Heck” to nie pierwsze podejście do fenomenu lidera Nirvany. Wcześniej powstały filmy telewizyjne. Było „Last Days” Gusa van Santa.  Znakomity film laureata Złotej Palmy w Cannes i klasyka współczesnego kina kończył się informacją, że choć jest to obraz inspirowany losami Kurta Cobaina, nie jest to film o nim. Chodziło o to, by pretensji do producentów nie zgłaszała wdowa po Cobainie, wokalistka Courtney Love, która odmówiła reżyserowi prawa do użycia w filmie nazwiska i muzyki męża. Dlatego też w „Last Days” van Sant powołał do życia niejakiego Blake’a – lidera najpopularniejszego zespołu rockowego świata. Właśnie uciekł z odwyku. Wkrótce umrze.

Gus van Sant w „Last Days” nie ocenia Cobaina. Jego bohater to wypalony i zaszczuty przez media samotnik, szukający spokoju. Rozczarowują go nawet najbliżsi, którzy chcą tylko kolejnej pożyczki. Jego ucieczką są narkotyki i muzyka. Ponury, choć wielce prawdopodobny obraz zagubionego chłopaka, którego rozczarowała kariera. Zaś narkotyczna, powolna narracja filmu ma nie tyle pomóc w zrozumieniu bohatera, ile umożliwiła widzowi wejście w jego świat, dzięki czemu vansantowski film o Cobainie/nieCobainie nabiera wymiaru uniwersalnego, a płynie z niego smutny wniosek, że nasz świat nie jest właściwym miejscem dla nadwrażliwców.

Pisze tyle o „Last Days”, bowiem podobnym tropem poszli twórcy „Montage of Heck”. Z tą różnicą, iż nie musieli obawiać się oni gniewu Courtney Love, bowiem wdowa po muzyku nie dość, że dała zgodę na opowiedzenie historii męża, to jeszcze zezwoliła na korzystanie ze zdjęć i filmów z archiwum. To, co trafiło do filmu robi piorunujące wrażenie, bowiem odziera Cobaina z aury tajemnicy. Są tu ujęcia, w których ikona rocka i symbol jedynego szczerego buntu naszych czasów, zwija się naćpany po uszy. Zawala gigantyczną trasę z Guns’n’Roses… Nie. Nie był chory. Nie, nie nałożyły się terminy. Cobain radośnie naćpany oświadcza, że jest tak nagrzany, że nie da rady grać.

W tych scenach „Montage of Heck” mrozi. Jego twórcy, bowiem boleśnie obnażają ikonę. Pokazują nagiego króla, który wygląda dokładnie tak samo jak pospolity ćpun. Niby nic odkrywczego, w końcu w obliczu każdego uzależnienia wszyscy jesteśmy równi, ale zobaczyć na własne oczy jak zważony heroiną muzyk próbuje bawić się z dzieckiem porusza i zmienia jego obraz. Bóg staje się gówniarzem. Człowiek, który kumulował w sobie wkurw na życie całego pokolenia, pozbawionym wyobraźni prostaczkiem.

Czy to źle? Bynajmniej. W końcu istotą dokumentu jest podróż w głąb bohatera, pokazanie jego motywacji, próba zrozumienia jego psychiki, uczuć. A kiedy wyruszamy na taką wycieczkę możemy być pewni, że to, co odkryjemy może zburzyć powierzchowne wyobrażenie o bohaterze.  Są takie sceny w „Montage of Heck”, które pokazując ludzkie, domowe oblicze Kurta boleśnie uświadamiają nam, jakim zwykłym i zwyczajnie pogubionym facetem był.

A więc doskonały dokument? Czuły, choć niewygodny portret jedynej prawdziwej ikony popkultury naszych czasów? No i tu pojawiają się schody.

O ile „Montage of Heck” w fenomenalny sposób pokazuje konsekwencje kariery i jej zwyczajne, codzienne oblicze, tak w chwili, gdy Brett Morgen (reżyser i scenarzysta) próbuje zagłębić się w dzieciństwo bohatera dzieją się rzeczy dziwne i niepokojące. Kilka dni temu gruchnęła informacja o tym, iż dopisał on na potrzeby narracji wydarzenia, które nigdy nie miały miejsca. Jak choćby to, gdy Kurt próbuje przespać się z niepełnosprawną dziewczyną w efekcie, czego całe miasteczko wyzywa go od „jebiącego niedorozwojów”. Scena pierwszej próby samobójczej na torach. Wszystko to idealnie wpisuje się oczywiście w konwencje opowieści i świetnie tłumaczy ucieczkę Cobaina w narkotyki i alkohol, ale jeśli jest nieprawdą… No cóż – wtedy Cobain po raz kolejny nam się wyślizguje. Znów z postaci niemal poznanej zamienia się w enigmę. Tajemniczego blondyna z gitarą, który porwał swoją frustracją cały świat.

Z czego wynikają te nadużycia i zmyślenia? I tu dochodzimy do odpowiedzi na postawione na początku pytania. A co jeśli Cobain, a razem z nim Love cały czas kłamali? Morgen zaufał artyście i opowieściom o nim, nie dopuszczając do siebie możliwości iż jest wkręcany. Niestety artyści zawsze kłamią, a już najbardziej kłamią na swój temat. Część legendy i tajemniczości otaczającej  Cobaina bierze się w właśnie z tego, iż permanentnie zmyślał on swoją biografię. Raz miał bóle brzucha, przez które wpadł w heroinę. Kiedy indziej ich nie miał. Raz kochał Courtney, kiedy indziej pisał, że się jej boi. Morgen powinien lawirować między słowami Cobaina, opowieściami jego bliskich i na własną rękę szukać prawdy. Tyle, że on wolał zaufać. Pewnie, że tak jest łatwiej. Pewnie, że upraszcza to narrację. A wreszcie – pewnie, że na takim modelu buduje się przejmująca historię. Bo „Montage of Heck” jest przejmującym filmem. Szarpiącym na serce, ściskającym gardło. A że przy okazji nieprawdziwym? No cóż. Widać pewnych rzeczy nie da się wytłumaczyć. Ale to dobrze, bo za kilka lat znów czeka nas kolejny przejmujący film o Cobainie, który będzie próbował pokazać, kim był, dlaczego umarł i co takiego siedziało w tym niepozornym chłopaku, że porwał za sobą tłumy.

UIP
Poprzedni

Naznaczony: Rozdział 3 [film] [horror]

junior-bonner-1972-08-g
Następny

Junior Bonner

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz