TEKSTY 

Kryptonim U.N.C.L.E., czyli przekleństwo remake’u

„Kryptonim U.N.C.L.E” najnowszy film Guya Ritchie to nowa wersja starego szpiegowskiego serialu, który w latach 60.  bił rekordy popularności w amerykańskiej telewizji. Ritchie po swojemu zabawił się konwencją szpiegowską, odświeżając formułę staroświeckiego serialu, ale nie zachwyciło to publiczności. Film z zaledwie 25 milionami dolarów na koncie (przychód z całego świata, przy budżecie około 100 milionów) okazał się jedną z największych klap finansowych tego roku.

Czy zasłużenie? Od strony technicznej – zapewne nie. Film twórcy „Porachunków” to sprawna zabawa kinem szpiegowskim. Ale niefortunnie wybrano serial, który postanowiono przerobić na nowo. O oryginale mało kto dziś pamięta a prawa remake’u są nieubłagane. Albo ludzie będą kojarzyć co przerabiasz, albo zapomnij o przeróbce. Jest jeszcze trzecia droga – wywołaj skandal. To udało się producentom nowej wersji „Słodkiego życia”.

To jakby ktoś chciał na nowo wybudować egipskie piramidy – zgodnym chórem krzyczeli oburzeni fani „Słodkiego życia” Frederico Felliniego na wieść, że ruszają prace nad nową wersją włoskiego arcydzieła. Reżyser remake’u lekkiego życia mieć nie będzie – Włosi bowiem stwierdzili, że ktokolwiek podejmie się realizacji filmu „popełnia artystyczne harakiri”.

Postmoderniści uznają remake za znak naszych czasów, wiążąc jego ekspansję z ogólnym zjawiskiem wyczerpania nie tyle nawet scenarzystów, co kultury w ogóle.

Kilka dni po ogłoszeniu prac nad nowym „Słodkim życiem” internet znów zawrzał. Tym razem na wieść, że młody amerykański reżyser Robert Eggers (jego debiut „The Witch” bardzo dobrze w tym roku przyjęto na festiwalu w Sundance)  kręci nową wersję „Nosferatu – symfonia grozy” Murrnau. Choć tym razem odbyło się bez wieszczenia artystycznej śmierci (tylko przez to, że w 1979 roku remake filmu zrealizował już Werner Herzog), to fani horrorów nie kryli oburzenia określając pomysł Eggersa mianem „skoku na kasę”.

Obie impulsywne reakcje na pomysły firm producenckich to dziś internetowa norma. Niemal każdy remake wywołuje masową debatę na temat słuszności (tudzież jej braku) kręcenia danego filmu na nowo. Tak było w przypadku „Point Break” (w kinach w grudniu) nowej wersji hitu Katherine Bigelow z Patrickiem Swayze i Keanu Reevesem, czy przeróbki oscarowego  „Sekretu jej oczu” (w kinach w listopadzie) w której zagra Julia Roberts.

Postmoderniści uznają remake za znak naszych czasów, wiążąc jego ekspansję z ogólnym zjawiskiem wyczerpania nie tyle nawet scenarzystów, co kultury w ogóle. Twierdzą, że co miało być, już zostało (również w kinie) powiedziane, teraz więc jesteśmy skazani na powtórki. Pytanie czy to prawda? Czy rzeczywiście plaga przeróbek jaka zalała w ostatnich latach kina to świadectwo wyschnięcia źródła inspiracji? No i przy okazji – dowód na to, że Hollywood sięga dziś tylko po sprawdzone tematy, realizując filmy tzw. budżetowo bezpieczne?

Otóż gdyby tak było, to potwierdzałoby to tylko eliotowską tezę iż „w naszym początku jest nasz kres”. Remake bowiem, wbrew internetowym znawcom filmu, nie jest ani zjawiskiem nowym, ani tak nagminnym jak mogłoby się zdawać. Co więcej remake wielokrotnie był formą używaną przez najwybitniejszych reżyserów w historii kina.

W 1931 roku Cecil B. DeMille jeden z największych wizjonerów kina, człowiek który dał nam wielkie wysokobudżetowe superprodukcje zrealizował jeden z pierwszych przeróbek w historii czyli „Męża Indianki”. Była to nowa wersja pierwszego amerykańskiego filmu fabularnego  (oryginał powstał w 1914 roku) i wielki przebój kinowy roku 1931. DeMille był nie tylko jednym z największych wizjonerów kina,  ale też niezwykłym pedantem. To on jako pierwszy uznał, że jeśli jakiś film można poprawić, to należy to zrobić. Przetestował to zresztą na sobie. To on przecież nakręcił pierwszą wersję „Męża Indianki”! No a jego ostatnim filmem zrealizowanym przed śmiercią było epickie „Dziesięć przykazań” (1956), które… było nową wersją jego starego filmu z 1923 roku. Dlaczego to zrobił? Odpowiedź była prosta – bo w ciągu lat technologia tak się zmieniła, że nareszcie opowieść o Mojżeszu mogła wyglądać tak epicko jak to zaplanował.

Podobnie jak DeMille rozumował Alfred Hitchcock, który w 1956 roku na nowo nakręcił własny film „Człowiek, który wiedział za dużo” (pierwsza wersja z 1934), oraz wielki uczeń DeMilla i jeden z największych reżyserów naszych czasów Martin Scorsese. Choć on akurat nie poprawiał nigdy swoich filmów. Za to w ramach walki z depresją zrealizował (na pomysł filmu wpadł leżąc w szpitalu po nieudanej próbie samobójczej) „Przylądek strachu” (1991) nową wersję thrillera J. Lee Thompsona (1962) a piętnaście lat później „Inflitrację” (nowa wersja hongkońskiego kryminału „Piekielna gra), która przyniosła mu upragnionego Oscara.  Remake’ów nie wstydził się także Michael Mann – przecież jego kultowa i słusznie uważana za arcydzieło współczesnego noir „Gorączka” to nowa wersja nieudanego filmu telewizyjnego  „Prosto z Los Angeles”.   – Czasami po prostu warto jest jakiś film poprawić, aby wciągnąć z niego wszystko, co w nim najlepsze. – twierdzi twórca „Crash”  scenarzysta i reżyser Paul Haggis, który sam nakręcił remake francuskiego thrillera „Dla niej wszystko”.

Czy tylko poprawić? Niekoniecznie. Remake to przede wszystkim dowód na żywotność i uniwersalność opowiadanej historii. To, że nieistotne jest pod jaką szerokością geograficzną została wymyślona, trafia bowiem do ludzi na całym świecie. Dowód? Proszę bardzo. „Siedmiu samurajów” Kurosawy przerobione przez Johna Sturgesa na „Siedmiu wspaniałych”. Dziś kanon westernu. Podobnie rzecz ma się ze „Strażą przyboczną”, którą Sergio Leone przerobił na „Za garść dolarów”. Oba filmy to dziś legendy filmu. Choć akurat z nimi wiąże się dość zabawna historia. Otóż Kurosawa nigdy nie przyznał się, że pisząc scenariusz do „Straży…” przepisał powieść Dashiella Hammetta „Krwawe żniwo”… Obeszło się bez procesu, ale nieciekawy zapach przez chwilę się unosił. Bardzo dobrze z przenoszeniem szwedzkich lęków na teren Stanów poradził sobie Matt Reeves kręcąc nową wersję horroru „Pozwól mi wejść”. I nawet nie musiał przy tym zbyt mocno przebudowywać fabuły. Okazało się, że Stany epoki Regana idealnie odpowiadały opiekuńczej wizji państwa szwedzkiego. Całkiem niedawno bracia Coen swoim „Prawdziwym męstwem” pokazali że nie tylko czują western, ale potrafią poprawić nieznośnie optymistyczny stary film z Johnem Waynem i zamienić go w uniwersalną przypowieść o zemście.

Remake to przede wszystkim dowód na żywotność i uniwersalność opowiadanej historii. To, że nieistotne jest pod jaką szerokością geograficzną została wymyślona, trafia bowiem do ludzi na całym świecie.

Naturalnie to nie tak, że każdy remake musi i jest filmem udanym. Najlepszym przykładem na to, że łatwo remake sknocić  jest chyba „Psychol” Gusa van Santa czyli nakręcona klatka po klatce nowa wersja „Psychozy” Hitchcocka. Po co Van Sant ten film nakręcił? To pytanie od lat intryguje filmoznawców. Sam zainteresowany opowiadał o potrzebie eksperymentu, przekładaniu filmu na nowy język, ale w puencie i tak zazwyczaj przyznawał, że bardzo dużo mu za kolorową „Psychozę” zapłacono. Podobne koszmarki można mnożyć bez końca. Zbędna i kuriozalna była nowa wersja „Ucieczki gangstera” Sama Peckinpaha (zwłaszcza, ten film miał ogromny potencjał, bowiem w oryginale zekranizowano tylko połowę powieści Jima Thomsona). John Moore kręcąc nowego „Omena” pokazał dobitnie, że filmowa magia nie kryje się w kadrach, a czymś poza nimi. Jego film choć powielał dzieło Donnera scena po scenie był nieznośnie nudny i pozbawiony napięcia. Nie popisali się także ostatnio twórcy nowej wersji kultowego horroru „Duch” – ich remake to pozbawiony sensu zbiór przypadkowych scen.

Co zatem decyduje o powodzeniu remake’u? Co sprawia, że nowa wersja może dorównać oryginałowi, a co więcej – często okazać się lepsza? Przede wszystkim pomysł na opowiedzenie tej samej historii na nowo. Kiedy John Carpenter zabierał się za nową wersję kiczowatego, choć bardzo popularnego  horroru z lat 50. „Rzecz nie z tego świata” – wiedział jedno, jego opowieść będzie koncentrować się na odciętych od świata bohaterach, którzy staną przed prostym wyborem: umrzeć w agonii lub zginąć w walce. Tym sposobem powstał jeden z najlepszych horrorów w historii kina „The Thing”. Brian DePalma kręcąc nową wersję „Człowieka z blizną” zauważył przytomnie, że opowieść o prohibicji w czasach gdy w USA szaleje heroinowy przemyt nie ma sensu. Zmienił realia z Chicago na Miami, osadził fabułę w środowisku kubańskich uchodźców i… stworzył arcydzieło, które szanuje klasyczny film ale opowiada go językiem współczesnym i dynamicznym. Podobnie postąpił David Cronenberg realizując „Muchę” nową wersję klasyka SF z lat 50. W latach 80. Szalone eksperymenty nie były już fantastyką, a opowieść o człowieku, którego geny mieszają się z genami muchy z bajki o szalonym naukowcu zamieniała się w przypowieść o dekonstrukcji ludzkiego ciała. No i wreszcie mamy „Pół żartem pół serio” – komedię legendę, którą wielbi cały świat a która jest… remake’iem filmu, o którym dziś nikt nie pamięta, czyli nową wersją francuskiej komedii „Fanfares of Love”.

Każdy z wymienionych tu filmów jest absolutnym arcydziełem w swoim gatunku, ale nie powstałby gdyby nie swoje wcześniejsze wersje. Do tej listy na pewno warto jeszcze dodać „Inwazję porywaczy ciał” Kaufamana, która horror o inwazji obcych zamieniła w przerażającą diagnozę postępującej dehumanizacji współczesnych metropolii.

Nie każdy remake musi popadać w skrajność i albo być arcydziełem, albo filmowym nieporozumieniem. Jest też ta część przeróbek, która spełnia swoje podstawowe zadanie a mianowicie na nowo bawi publiczność starą, dobrze znaną piosenką. Takich przeróbek jest najwięcej. I one cieszą się największą popularnością. Nie wywołują skrajnych emocji. Nie zmieniają historii kina, a zwyczajnie bawią. Owszem – jest to zabawa w tzw. odgrzewane kotlety, ale na tyle nieszkodliwa, że trudno mieć o nią pretensję. No bo o co gniewać się na Stevena Soderbergha i Jego „Ocean’s Eleven”? Za to że zebrał ekipę gwiazd na planie i sprawnie opowiedział film, który już znamy z wersji z Frankiem Sinatrą? Podobnie rzecz ma się z „Włoską robotą”, „15.10 do Yumy” czy „Sprawą Thomasa Crowna”.

Czy zatem słuszne jest kruszenie kopii o nową wersję „Słodkiego życia”? Bez filmu trochę jednak nie. Nie wiemy kto ten film nakręci, kto napisze scenariusz ani kto w nim zagra. Teraz mamy tylko legendę. Tuż przed swoją śmiercią wybitny amerykański pisarz jeden z ojców założycieli czarnego kryminału James M. Caine został zapytany przez dziennikarza, czy nie ma pretensji do Hollywood o to, że ekranizując „Podwójne ubezpieczenie” i „Listonosz dzwoni zawsze dwa razy” zamordowało jego powieści. Caine wstał z fotela poprosił dziennikarza by podszedł do biblioteki i wskazał mu półkę ze swoimi powieściami. – Jak pan widzi stoją tu, i nikt im krzywdy nie zrobił. Przypominam tę anegdotę nie bez powodu. W większości awantur o nowe wersje starych filmów pada zazwyczaj kluczowy argument, że remake morduje legendę. Otóż nie. Nie morduje, bo legendy nie da się zabić. Legenda jest wieczna. Remake co najwyżej może przypomnieć o jej istnieniu młodszym pokoleniom.

Netlix
Poprzedni

Netflix w Polsce, czyli wróżenie z fusów

20th Century Fox
Następny

5 filmów, o których nie widziałeś, że są remake’ami

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz