TEKSTY 

Luc Besson – pierwszy król plagiatów

Wyrokiem francuskiego sądu Luc Besson został uznany winnym plagiatu filmu „Ucieczka z Nowego Jorku” i musi wypłacić odszkodowanie twórcom kultowego dzieła. John Carpenter i Nick Castle mają uzyskać od EuropaCorp 30 tysięcy Euro zadośćuczynienia.

Poszło o film „Lockout”. Fantastyczną szmirkę z 2012 roku. Guy Pearce wcielał się w niej w postać niesłusznie skazanego agenta, który dostaje od losu szansę na oczyszczenie kartoteki. W kosmicznym więzieniu wybuchł bunt. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt iż w chwili wybuchu zamieszek więzienie wizytowała córka prezydenta. Fakt – fabuła „Lockout” była niemal bliźniaczo podobna do wymyślonej przez Carpentera i Castle’a fabuły. Z tą różnicą, że u nich więzieniem był zdewastowany futurystyczny Nowy Jork, który zamieniono w więzienie, a główny bohater, ratował nie córkę – a samego prezydenta.

Nie jest to pierwsza fabuła, którą Besson pożyczył od innych. W sumie większość produkowanych przez niego filmów to wariacje na dobrze znany temat. Umówmy się – czy to „Transporter” czy „Pozdrowienia z Paryża” czy „Uprowadzona” – każdy z tych filmów opowiada znaną historię. Zbieżność z innymi filmami jednak dzięki sprawnej realizacji na tyle się rozmywała, że co najwyżej można było producentowi zarzucić wtórność (co zresztą robiono namiętnie). W „Lockout” Besson poszedł krok dalej. Zamiast opowiadać starą historię na nowo, zdecydował się opowiedzieć ją niemal żywcem skopiowanym językiem Carpentera. Agent Snow mówi i zachowuje się jak Snake Plissken z „Ucieczki…”, a świat przedstawiony jest równie brudny jak w tamtym dziele. Wyłapał to dziennikarz z „BoxOffice”, napisał w recenzji. Tę zaś przeczytał John Carpenter i sprawa trafiła do sądu. A podobno media nie mają już mocy.  Sprawa ciągnęła się trzy lata i zakończyła przegraną Bessona. Czy słuszną, czy nie – to inna kwestia. Ale na pewno rzucającą pewne nowe światło na kwestie filmowych zapożyczeń.

Bo umówmy się Besson nie jest pierwszym filmowcem, lubiącym bawić się w kopiowanie innych. Od kalki i niemal procesu o plagiat swoją karierę zaczynał Quentin Tarantino. Konstrukcja fabularna „Wściekłych psów” była przecież bezczelnie „pożyczona” z „Miasta w ogniu” Ringo Lama. Wielbiciele hongkońskiego reżysera próbowali nakłonić go do złożenia pozwu, ten jednak odpuścił. Podobna sytuacja miała miejsce kilka lat później z filmem „12 rund”. Renny Harlin, reżyser wyrobnik, po tym jak został odsunięty od prac nad „Szklaną pułapką 3” zaangażował się w projekt, który opowiadał dokładnie taką samą historię, z tą różnicą, że bez Bruce’a Willisa. Efekt? Afera, publiczne oskarżenia, ale zero procesu. Co ciekawe „12 rund” mimo klapy finansowej doczekało się dwóch kontynuacji. Atmosfera skandalu pomogła stworzyć pozycję kultową.

Podobne przykłady moglibyśmy mnożyć bez końca. „Rambo II” i „Zaginiony w akcji” – oba powstały na bazie scenariusza Jamesa Camerona, który sprzedał prawa do niego agencji, a ta sprzedała go… wytwórni Cannon. Najsłynniejszy przypadek? „Straż przyboczna” Kurosawy. Wybitny japoński reżyser bezczelnie pożyczył sobie fabułę z powieści Dashiella Hammetta „Krwawe żniwo” i przeniósł ją do feudalnej Japonii. Co ciekawe do procesu o plagiat doszło, ale w chwili gdy Sergio Leone nakręcił swoje „Za garść dolarów”. Kurosawa chciał się sądzić, a Leone sprytnie przypomniał, że jeśli ktoś coś ukradł – to raczej nie on. Efekt – polubowne zamknięcie sprawy.

Popkultura jest ograniczona – wiemy o tym. Od inwencji twórcy zależy jej jakość. Przegrana Bessona to pierwszy moment w historii kina, kiedy nareszcie sąd uznał odtwórcze opowiadanie, za coś wbrew prawu. I dobrze.

Przypadek przegranej Bessona jest tu o tyle ciekawy, że jeśli zostanie mądrze wykorzystany przez prawników może ukrócić działalność takich wytwórni jak Asylum, która utrzymuje się z realizowania tzw. mockbusterów, czyli filmów podszywających się pod blockbustery. Może nareszcie dać oręż do walki z tym co dzieje się w Bollywood, gdzie bez zezwolenia bezustannie kręcone są „nowe wersje” hollywoodzkich filmów. Kraina snów walczyła z tym procederem od lat. Do tej pory bezskutecznie. Wyrok sądu w Paryżu może to zmienić.

Natomiast zasadne wciąż pozostaje pytanie o to jak plagiat w filmie udowodnić? Czy nasze „Listy do M.” były plagiatem „To właśnie miłość”? Idąc tropem sądu – tak. Były tak samo skonstruowane, opierały się na takim samym pomyśle a na dodatek materiały promocyjne wykonane były tak, aby jak najbardziej nawiązywać do filmu Richarda Curtisa. Czy to już plagiat czy jeszcze inspiracja?

No i co wreszcie z postmodernistycznymi zabawami w kopiowanie sekwencji, scen, dialogów? Czy teraz filmowcy, tak jak muzycy, od tej pory będą musieli zamieszczać na listach płac informacje o tym jakich filmowych sampli użyli? Teoretycznie tak. A co z taką formą inspiracji z jaką mamy do czynienia w „Pakcie z diabłem” gdzie sceny rozmów gangsterów w barze są identyczne jak sceny rozmów z „Chłopców z ferajny”? Scorsese nie wymyślił tego jak gadają gangsterzy, odwzorował to z reportaży. Cooper podobnie. Czy aby uniknąć zarzutu o plagiat teraz nie będzie można kręcić ujęć, które ktoś wcześniej niemal tak samo zrealizował?

Tak czy siak przegrana Bessona to fascynujący przykład filmowego precedensu, który może (ale nie musi) zmienić podejście do opowiadania tych samych historii. Popkultura jest ograniczona – wiemy o tym. Od inwencji twórcy zależy jej jakość. Przegrana Bessona to pierwszy moment w historii kina, kiedy nareszcie sąd uznał odtwórcze opowiadanie, za coś wbrew prawu. I dobrze. Na twórcach popkultury spoczywa bowiem odpowiedzialność za to jak jest ona postrzegana. Do tej pory większość z nich szła na łatwiznę, twierdząc, że nie ważne jak, byle ludzie kojarzyli historię. Więcej przegranych procesów, a może w końcu producenci i scenarzyści uświadomią sobie, że proste kalki nie wystarczą. Że trzeba myśleć a nie kraść wypracowane rozwiązania.

Galeria Książki
Poprzedni

Trollhunters. Łowcy Trolli - del Toro i trolle [recenzja]

kinga głyk rejestracja
Następny

Rejestracja - Debiut 18-latki [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

1 Comment

  1. JJ
    2015-10-18 at 19:00 — Odpowiedz

    Ten wyrok to jakis glupi zart. Te filmy sa kompletnie rozne.

Dodaj komentarz