TEKSTY 

Luther – gliniarz i psychopatka

15 grudnia na ekrany telewizorów powróci detektyw John Luther. Jeden z najbardziej pokręconych bohaterów współczesnej popkultury.

Już to kiedyś pisałem, ale przypomnę. Niewieloma rzeczami mogę się w swoim życiu pochwalić, ale z jednego jestem dumny. Otóż jestem tym człowiekiem, który odkrył dla polskiej prasy dwa wybitne brytyjskie seriale kryminalne „Sherlock” i „Luther”. Zupełnie przez przypadek. W jakimś podłym londyńskim hotelu w 2010 roku, oglądając nocą telewizję. Chyba jeszcze tego samego tygodnia puściliśmy o nich w „Newsweeku” tekst. Dopiero jakiś rok później nasz czcigodny kraj oszalał na punkcie „Sherlocka”. „Luther” musiał poczekać kolejne dwanaście miesięcy.  No cóż – lepiej odkryć geniusz później, niż wcale.

Natomiast tego pierwszego oglądania „Luthera” nie zapomnę nigdy, bo nieczęsto w życiu zdarza się ten moment, kiedy człowieka coś zaskakuje do tego stopnia, że rzuca wszystko co robi i patrzy oniemiały. Już scena, w której detektyw John Luther przygląda się spadającemu ze schodów pedofilowi, sprawiła, że szczęka opadła mi na podłogę (pamiętajmy, to telewizja). Potem było jeszcze mocniej.

– Przyszedłeś się bzykać? – pyta bohatera serialu pewna kobieta. – Nie – odpowiada stanowczo niemal przy tym całując ją w usta. Nie byłoby nic niezwykłego w tej scence gdyby nie fakt iż mężczyzną jest policjant a uwodzoną przez niego kobietą seryjna morderczyni, psychopatka i socjopatka. Scenka, niby nic wielkiego, ale idealnie pokazywała z kim mamy do czynienia.  Bowiem tytułowy „Luther” to gliniarz, który nie cofnie się przed niczym prowadząc śledztwo. Próbuje zabić pedofila, zamiast zaprowadzić go do sądu, igra z psychopatką, kłamie w raportach i wciąga swoich kolegów z wydziału w przekręty.

We współczesnym kryminale policjantów, których trudno polubić, bo balansują na pograniczu prawa mamy mnóstwo.  Oryginalność Johna Luthera polega zatem nie na próbie stworzenia odpychającego bohatera a na sprawieniu, że lubimy szuję, bo akurat ta szuja ma rację. W świecie, w którym nikt nie gra zgodnie z zasadami, gdzie wrabia się niewinnych, morduje żony, przyjaciół – grzechy Luthera są niczym. Krzywdzą bowiem zazwyczaj tych, którzy powinni zostać skrzywdzeni. A że twórca tej postaci Neil Cross, uznaje, że większości świata nie należy się współczucie i litość… No cóż Luther ma bezustannie ręce pełne roboty.

Zabawne jest w tym wszystkim to, iż Cross tworząc postać Luthera i konstruując świat, w którym żyje (akcja toczy się we współczesnym Londynie) opierał się na bodaj najbardziej klasycznej postaci detektywa jaki istnieje – Sherlocku Holmesie. Z tą drobną różnicą, iż ambicją Crossa było stworzenie postaci super detektywa skażonego współczesnością. I radzącego sobie z nią wedle własnych reguł.

Jeszcze jedna ważna rzecz udała się Crossowi. Tworząc antypatycznego, pewnego siebie i zarozumiałego  gliniarza inteligentnie ograł tu  – wydawało się, że już do cna wyeksploatowany – motyw polowania na seryjnego mordercę. Alice, wspomniana socjopatka i morderczyni z ofiary Luthera, zamienia się szybko w kogoś na kształt alter ego bohatera. Jeśli John posiada skrupuły, ona go wyręcza. Zabija kiedy on zabić nie może, bierze na siebie winę, pomaga i powoli z sezonu na sezon coraz mocniej zakochuje się w Johnie. Jeśli między takimi osobami jak Luther i Alice może istnieć coś na kształt miłości, jeśli w ogóle może istnieć miłość między wyrachowanymi osobnikami rasy ludzkiej, to relacja Alice-John jest jej najbliższa.

Oczywiście w chwili premiery serialu posypały się głosy malkontentów, jakoby Cross nie wymyślał niczego nowego, a przepisywał na nowo relację Starling-Lecter z „Milczenia owiec”. Błąd. Może i założenia są tu podobne – seryjny morderca zaczyna współpracować z policjantem, to już konkluzja zupełnie inna. W świecie Johna Luthera, Alice jest dobrem ostatecznym. Jedyną deską ratunku, w świecie tonącym w otchłani.  Kwintesencja współczesnego noir i odwrócenie roli femme fatale zarazem. Oto zła i występna pani, zamiast przynosić nieszczęście, do życia bohatera wprowadza spokój.

Dziś „Luther” (uczynił z Idrisa Elby gwiazdę), uznawany jest za współczesną ikonę popkultury,  a czwarty sezon, który debiutuje 15 grudnia w BBC jest niemal takim samym wydarzeniem, jak premiera kinowa nowych „Gwiezdnych wojen”. I nikt już nie pamięta, że raptem pięć lat temu nikt z twórców serialu nie spodziewał się takiego sukcesu. „Luther” debiutował mocno, miał dobre recenzje, ale zarówno dziennikarze jak producenci obawiali się czy Cross da radę bezustannie zaskakiwać. Czy serial utrzyma poziom, czy też w pewnym momencie skręci w stronę przerysowania, a co za tym idzie niezamierzonej parodii? Takie niebezpieczeństwo istniało – zwłaszcza, że świat „Luthera” z odcinka, na odcinek nabierał coraz mroczniejszych barw. I wtedy stała się rzecz niezwykła, jak na standardy współczesnego dziennikarstwa i kultury. Otóż ci recenzenci (m.in. z „Guardiana”), którzy głośno wyrażali swoje niezadowolenie z serialu, nagle zmienili zdanie… Pod koniec pierwszego sezonu, gdy było już wiadomo, że John Luther jest kapitalnie wymyśloną i świeżą w panteonie detektywów postacią, pojawiły się teksty, w których, ci którzy krytykowali, odszczekiwali swoje słowa. Ogromna oczywiście w tym zasługa samego Elby, który dał w serialu mistrzowski popis, niemniej jednak, nawet najlepszy aktor nie miał by co grać, gdyby zabrakło scenariusza i pomysłu.

Tuż po wyemitowaniu 3 sezonu prawa do  przeróbki wykupili niemal równocześnie Amerykanie i Rosjanie. Rosyjska wersja serii zatytułowana „Klim” debiutuje w tamtejszej telewizji na trzy dni przed premierą nowego „Luthera” – 12 grudnia. Amerykańska, co ciekawe i sporo mówiące o podejściu do materii amerykańskich producentów , została póki co zawieszona. Trwają prace nad szlifowaniem scenariusza. We współczesnej Ameryce, widać, nie ma  miejsca na miłość psychopatów.

Disney
Poprzedni

Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy [teaser recenzji]

Monolith Video
Następny

Czego dusza zapragnie - Monty Python bez jaj [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz