TEKSTY 

Mark Z. Danielewski – Nie dla Ciebie

Gdzieś tam, w odległej Ameryce pewien pan o swojsko brzmiącym nazwisku i polskich korzeniach powoli rewolucjonizuje współczesną powieść. Jego najnowsze dzieło „The Familiar vol. I” to 880-stronnicowa historia o dziewczynce, która znajduje kota. Do 2030 roku autor planuje wydać kolejne 26 części.

Podobno nie powinno się oceniać książki po okładce, ale trzymając w dłoni którąkolwiek z powieści Marka Z. Danielewskiego ciężko nie ulec wrażeniu, że obcuje się z czymś więcej niż papierem nasączonym tuszem. Jego książki to małe, trójwymiarowe dzieła sztuki, dopracowane wizualnie i przemyślane po ostatni szczegół. Weźmy na przykład debiutanckie „House of Leaves” z 2000 roku opowiadające historię domu, który jest większy wewnątrz niż na zewnątrz. Jeśli przyjrzymy się okładce, zauważymy, że jest ona nieco mniejsza niż kartki powieści. „OnlyRevolutions” z 2006 roku ma dwa fronty, bo książkę można zacząć czytać obojętnie z której strony, a najnowsze „The Familiar” ma wyciętą w okładce dziurę, przez którą widać kosmos – dość bezpośrednie zaproszenie do zgłębienia uniwersum powieści i zwiastun tego, co czeka nas dalej.

Danielewski balansuje swoim pisaniem pomiędzy literaturą a designem, zwiedza nieeksplorowany przez nikogo obszar leżący w miejscu, w którym font staje się nie tyle nośnikiem myśli, co znakiem graficznym, wzmacniającym znaczenie słów, wzbogacającym ich ładunek emocjonalny. Te wszystkie zabiegi na zewnątrz i wewnątrz jego powieści, zagadki, przypisy prowadzące do istniejących lub kompletnie wymyślonych dzieł, rozszerzające wykreowany świat daleko poza okładki książek, wzdłuż i wszerz wizualnych i dźwiękowych mediów towarzyszących literaturze, wymagają ogromnej uwagi, chęci i zaangażowania ze strony czytelnika. Pewnie dlatego dedykacja otwierająca „House of Leaves” brzmi „Nie dla Ciebie”. Bo to nie są książki dla każdego.

Od momentu debiutu krytycy na zmianę nazywają go geniuszem i pozerem, człowiekiem, który zmienia nalane i zmęczone oblicze nowoczesnej powieści i masturbującym się słowami nihilistą, który zabiera swoich czytelników na wyboistą drogę przez labirynty znaczeń, na końcu której nie czeka absolutnie nic. Niezależnie od tych opinii czytelnicy nie tylko w USA traktują Danielewskiego jak autora kultowego, poświęcając mu panele dyskusyjne i fora, analizując najdrobniejsze szczegóły powieści i dochodząc do zaskakujących teorii, w których świat rzeczywisty przenika się z tym wykreowanym. Prawda jest taka, że jest naprawdę niewielu autorów na tym świecie, którzy równie misternie konstruują swoje fabuły. I być może nie ma nikogo, kto nie bałby się położyć na szali całej swojej kariery i rozpocząć przedsięwzięcie o skali podobnej do The Familiar.

Danielewski balansuje swoim pisaniem pomiędzy literaturą a designem, zwiedza nieeksplorowany przez nikogo obszar leżący w miejscu, w którym font staje się nie tyle nośnikiem myśli, co znakiem graficznym, wzmacniającym znaczenie słów, wzbogacającym ich ładunek emocjonalny.

Pierwsza część cyklu opisuje historię jednego deszczowego dnia w maju widzianego z perspektywy dziewięciu bohaterów. Wśród nich znajdziemy Xanther – dwunastoletnią dziewczynkę chorą na epilepsję, Luthera Pereza – ulicznego gangstera z Los Angeles, czy mężczyznę przedstawiającego się jako JingJing – narkomana z Singapuru, który wraz ze swoją ciotką uzdrowicielką zostaje zaproszony do apartamentu zdesperowanego biznesmena. Nawigację po książce ułatwiają kolorowe rogi stron wyróżniające konkretne postaci, oraz sposób sformatowania tekstu i kroje pisma, które odzwierciedlają charakter bohaterów. Policjant zapisuje swoje kartki w formie notatek jedynie do połowy, programista używa kwadratowych nawiasów przerywając ciąg zdań wtrąceniami modyfikującymi czy doprecyzującymi ich znaczenie, a teksty ulicznego zabijaki są zapisane boldem. Niby ozdobniki i teoretycznie książka mogłaby sobie poradzić bez tego – tak jest zróżnicowana językowo – ale zabiegi Danielewskiego są dobrze przemyślane i co najważniejsze działają. Gdy akcja przyspiesza na stronach pojawiają się pojedyncze słowa, co sprawia, że tempo przewracania kartek dodatkowo potęguje wrażenie gonitwy. Teksty nakładają się w nieczytelny bełkot, gdy bohaterowie gubią kontakt z rzeczywistością, nierzadko spotykamy przekreślone akapity zdradzające konsekwencje niepodjętych czynów. W pierwszym rozdziale, gdy poznajemy świat oczami Xanther balansującej na krawędzi kolejnego ataku padaczki, dziewczynka w akcie desperacji podejmuje niemożliwe zadanie policzenia wszystkich kropli deszczu. Tekst nagle pionizuje się zalewając czytelnika ulewą słów spośród których wychwytujemy pojedyncze, wyrwane z kontekstu zdania, reszta jest zagłuszona przez miarowy szum. Jak znacie inne książki, w których znajdują się podobnie sugestywne i efektywne zabiegi, dzwońcie do mnie o dowolnej godzinie.

Pozornie niezwiązane ze sobą epizody z czasem zazębiają się na tyle, by dać czytelnikowi wrażenie w miarę spójnej historii, w której możemy się odnaleźć. Ale talent Danielewskiego przejawia się także w tym, że jest on w stanie dokładnie przewidzieć moment, w którym czytelnicy poczują, że oswoili „The Familiar” i wywalić wszystko do góry nogami. 563 strona jest śnieżnobiała, nie posiada żadnego kodu kolorystycznego. Właśnie tam przedstawia nam się Narrative Construct, w skrócie Narcon – sztuczny(?) inteligentny(?) byt(?), który organizuje dla nas wydarzenia opisane w powieści opatrując niektóre z nich stosownym komentarzem. Czy przemawia do nas z dalekiej przyszłości, w której po ludziach zostały już tylko zarejestrowane wspomnienia, czy jest aspektem teraźniejszości, o którym nie mamy pojęcia, a może jest bogiem – to wie już chyba tylko sam autor. Albo jeszcze nie, bo jest dopiero w trakcie pisania dziesiątej części, a jak wiadomo powieści lubią żyć własnym życiem.

Dla kogo pisze Danielewski? Pewnie dla osób, które lubią degustować słowa i zauważać szczegóły. Dla tych, którzy wiedzą o co chodzi w scenie z reklamówką w „American Beauty”.

Jeśli nie dla mnie, to dla kogo pisze ten Danielewski? Pewnie dla osób, które lubią degustować słowa i zauważać szczegóły. Dla tych, którzy wiedzą o co chodzi w scenie z reklamówką w „American Beauty”. Danielewski tkwi w momentach, nie goni, rozciąga sekundy i brnie głęboko pod powierzchnię swoich bohaterów dając sobie wystarczająco dużo przestrzeni na piękne, szczegółowe opisy, które budują jego świat atom po atomie. Brakujący numer na stronie jest jak ledwie zauważalny gest dłonią czy uśmiech, który może oznaczać tak wiele rzeczy. Pewnie jeśli jesteś dobry w interpretowaniu tych subtelności w codziennym życiu (i chce ci się to robić) przeczytasz Danielewskiego i już nigdy żadna literatura nie będzie smakowała tak samo. Bo jeśli liczysz, że autor poprowadzi cię za rączkę do konkluzji, albo chcesz po prostu poczytać o BOHATERACH, którzy biorą udział w WYDARZENIACH – nie próbuj.

Mark Z. Danielewski jest w u nas znany jedynie w wąskim kręgu akademickim, wśród studentów filologii angielskiej i ewentualnie fanów eksperymentalnej literatury. Mimo, że w Polsce wydaje się głównie przekłady, tłumaczenia jego książek, o ile mi wiadomo, nikt nie planuje, bo po pierwsze nie ma u nas rynku na tego typu pisanie, a po drugie byłoby to karkołomne, o ile nie niemożliwe wyzwanie dla tłumacza. I tak sobie czasem myślę, że fajnie byłoby móc powiedzieć kiedyś, że na międzynarodowej scenie literackiej jest ktoś taki, kto reprezentuje Polskę, bo coś licho u nas z tym towarem eksportowym, a jeszcze gorzej z ludźmi, którzy eksperymentują z formą powieści, ale wiem, że gdyby Danielewski urodził się w naszym pięknym kraju, świat nigdy by o nim nie usłyszał. Na szczęście tworzy w miejscu, gdzie są jeszcze wydawcy, dla których książka to coś więcej niż produkt, który trzeba pogonić żeby hajs się zgadzał. I niech tworzy dalej, bo choć dziś trudno sobie wyobrazić, że można wałkować jeden temat przez 15 lat i nie stracić rozpędu, to ja mu szczerze kibicuję. Literatura może rozwijać się tylko dzięki zmianie.

„The Familiar Vol. 2” już w październiku.

FX
Poprzedni

Sex&Drugs&Rock&Roll - przebrzmiała, muzyczna legenda [recenzja]

ABC Circle Films
Następny

Nazajutrz - maksymalny realizm postapo [recenzja]

Rafał Cichowski

Rafał Cichowski

Rafał Cichowski – dziennikarz, copywriter, tłumacz i pisarz. Absolwent Wydziału Anglistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Pochodzi z Kutna, obecnie mieszka w Warszawie, gdzie pracuje w dziale kreacji jednej ze stołecznych agencji reklamowych. Twórca kampanii, spotów i haseł dla wielu rozpoznawalnych marek w Polsce i za granicą. W 2015 roku zadebiutował powieścią „2049” (Novae Res). Amator trudnych gier, amerykańskiej prozy i starych, niemieckich aut.

3 Comments

  1. 2015-07-28 at 11:11 — Odpowiedz

    Czytałeś w oryginale?

  2. 2015-07-28 at 12:05 — Odpowiedz

    Tak.

  3. Dibbler
    2015-08-05 at 15:39 — Odpowiedz

    MAG ma w planach „House of leaves”

Dodaj komentarz