TEKSTY 

Miami Vice – marketingowy haczyk (Jakub Ćwiek)

Chcę wierzyć, że kinowe „Miami Vice” było socjologicznym eksperymentem, tudzież wynikiem jakiegoś szalonego zakładu zawartego w tanim barze gdzieś w Miami właśnie między szóstą a siódmą kolejką taniego bourbona. Wtedy bowiem mógłbym odetchnąć, uśmiechnąć się nawet na myśl o tym jakim wyluzowanym gościem jest bodaj największy specjalista na świecie od prawdziwie męskiego kina i ze spokojem w sercu zająć innymi sprawami.

Chcę wierzyć… ale niespecjalnie mogę, bo jakoś mi takie czy to eksperymenty czy zakłady do Michaela Manna, biorącego świat nad wyraz serio zwyczajnie nie pasują. Więc co? Autosabotaż? Trudna sytuacja i naciski ze strony studia? Kryzys wieku średniego? Serio, szukam jakiegokolwiek powodu dla którego Mann tak bardzo utrudnił sobie sprawę z tym filmem już na starcie.

Żebyśmy nie mieli wątpliwości. Uważam kinowych „Policjantów z Miami” za film dobry, solidny i nie przynoszący reżyserowi wstydu jak jego najnowsze dzieło czyli film „Haker”. Nie jest oczywiście tak dobry jak wybitna przecież „Gorączka”, nie jest tak sprawnie zrealizowany jak wyśmienity „Zakładnik”, ale gęsta atmosfera, stonowane, surowe zdjęcia i oszczędna, nieprzeszarżowana gra aktorska w połączeniu z prostą, ale i na swój sposób przewrotną historią dają satysfakcjonujący efekt. To mocne, brutalne, bezkompromisowe kino policyjne, współczesny noir z tą właściwą dla chociażby Jamesa Ellroya niechęcią do ludzi i świata w ogóle. Brudna, plugawa i skorumpowana rzeczywistość w pigułce. Gdzie więc problem?

Otóż w odwołaniu do sentymentu. Michael Mann jest współtwórcą niezapomnianych „Policjantów z Miami” z Donem Johnsonem i Philipem Michaelem Thomasem, serialu uwielbianego przez całe pokolenie, którego muzyczny motyw przewodni (autorstwa Jana Hammera) wciąż wielu z nas pobrzmiewa w uszach. Kolorowe koszule, dziewczyny w bikini, szybkie samochody i podszyta humorem relacja bohaterów – to były znaki szczególne tej serii. Owszem, zrobionej na poważnie, ale z tym właściwym telewizji sznytem, z dziś już typowymi fabularnymi uproszczeniami i uładzeniami. Z jasnym, konkretnym i wyrazistym podziałem na dobro i zło. Bo nawet, gdy bohaterowie naginali zasady, nawet gdy inni mieli wątpliwości co do ich motywacji, widz wiedział kto jest kim.

Czy opowiedzenie tej historii odbarwionej byłoby czymś złym? Nie sądzę. Zresztą tak właśnie wyobrażałem sobie film Manna – jako uwspółcześniony obraz, w którym na kolory nałożony zostanie stosowny filtr, motywacje trochę się rozmyją, a humor ucieknie. Że Mann powie: tak, jak mówiliśmy w serialu mówiło się wtedy, dziś dorośliście do prawdy. Ale nie, on sprzedaje nam zupełnie inną opowieść, w zupełnie nowej mitologii właściwej, jak wspomniałem, dla jego innych produkcji, równie odrealnioną, równie pełną uproszczeń, tyle, że zupełnie w inną stronę. Zapowiedziane na etapie produkcji zabiegi w postaci odwołania się do starej obsady czy twórcy muzyki, nawet gdyby się ostatecznie udały, byłyby tylko pogłębieniem oszustwa dokonanego na widzu. Ten film nie jest hołdem dla kultowego serialu (jak szpiegowskie Mission Impossible czy ostatnio Man from U.N.C.L.E) nie jest jego parodią, pastiszem (jak „Starsky i Hutch”) ale też nie jest, na co liczyłem najbardziej inteligentną, może przewrotną dyskusją z tamtą produkcją. Nie, jest po prostu innym filmem. Bohaterowie nazywają się tak samo i pracują jako policjanci, miasto jest to samo. Ot i tyle, w zasadzie koniec podobieństw. Równie dobrze, przy minimalnych zmianach, mogłaby to być kontynuacja, czy bardziej spin-off „Człowieka z blizną”.

I to jest mój zarzut do Manna. Oszukał widza lub pozwolił, by zrobili to za niego spece studia, co w tym przypadku wychodzi na jedno. Zagrał na sentymencie, do którego w żaden sposób nie chciał się szerzej odnieść. Zanęcił nas kłamstwem, byśmy zobaczyli jego nowy film zupełnie jakby się bał, że bez tego obraz sobie nie poradzi, że go nie kupimy.

Przez to musiałem obejrzeć „Miami Vice” dwa razy, w tym drugi po dłuższym czasie, gdy minął mi niesmak i rozczarowanie. I dopiero wtedy przekonałem się, że to dobry film. Szkoda, że mało kto da mu taką szansę.

CZYTAJ TEŻ OPINIĘ ROBERTA ZIĘBIŃSKIEGO

NBC
Poprzedni

Miami Vice - współczesny klasyk (Robert Ziębiński)

Storm King Productions
Następny

Made in USA: Przegląd komiksów (XXI) - listopad 2015

Jakub Ćwiek

Jakub Ćwiek

Jakub Ćwiek – publikując od dekady, miksuje różne podgatunki fantastyki z mediami innymi niż literatura. Tak powstał filmowo-serialowy "Kłamca", ukazujący kult gwiazd jako nową mitologię, rockowy "Dreszcz" będący komiksem zaserwowanym w postaci prozy, tworzący wizerunek polskiego superbohatera czy "Chłopcy", którzy nawet z najwygodniejszego fotela zabierają czytelnika na pustą drogę ciągnącą się aż po horyzont. Łącznie szesnaście tytułów. A gdy książki trafiają już do wydawnictwa, Kuba preleguje, podróżuje po świecie, grywa na gitarze, pisze teksty piosenek, scenariusze i felietony. Jego bohaterowie doczekali się komiksów, LARP-ów, filmów krótkometrażowych, adaptacji teatralnych, słuchowisk, gry karcianej i serii koszulek. Rock&Read Festival pokazało nowy sposób zabawy literaturą i rockiem, a gdzieś pomiędzy tym wszystkim Ćwiek znalazł jeszcze czas, by uścisnąć ręce Bruce'a Willisa, Jossa Whedona i Stephena Kinga oraz by założyć Browncoats of Poland. Za opowiadanie "Bajka o trybach i powrotach" otrzymał Nagrodę Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla.

2 Comments

  1. Corn
    2015-08-31 at 17:33 — Odpowiedz

    Niby się zgadzam z większością argumentów, ale warto zaznaczyć, że współczesne Miami nie jest już tak kolorowe i komiksowe jak to z lat 80tych. To jednak brutalne miasto targane wojnami gangów i zalewem narkotyków. Zmieniły się czasu, zmienił się klimat. Dzisiaj film nakręcony w stylu Miami Vice skończył by jak Bad Boys 2 czyli byłby pewnie nieoglądalną szmirą w przestylizowanych kadrach. Mann miał do wyboru albo nakręcić samoistną historię albo niewiadomoco. Ze wszystkich remake’ów seriali udał się tylko Mission: Impossible które w pierwszym filmie jest niemal całkowitym zaprzeczeniem oryginału. Przypadek? :)

  2. 2015-09-01 at 12:48 — Odpowiedz

    Kuba. Zgadzam się z Tobą, że MV kinowe w niczym nie przypomina telewizyjnego oryginału. Że jest brudniejszy. Chropowaty i niejednoznaczny. Ale wydaje mi się, że „niesmak i rozczarowanie” to zbyt wiele dla tego – jak sam piszesz – dobrego przecież filmu. Przyznaję – nie jestem obiektywny, bo gwiazda „Heat” tegoż reżysera jaśniejsze zbyt silnym blaskiem by cokolwiek (w moim pojęciu) mogło się zbliżyć do takiego poziomu mistrzowstwa. Ale. No właśnie. Nie wyobrażam sobie jakoś tego irlandzkiego łobuza Farrella jako lajtowego Sonnego Crocketta czy Jamiego Foxxa jako dowcipkującego wingmana. To inna rzeczywistość, inne miasto i inne problemy. Ale chłopaki jednak mimo wszystko próbują być „good guys”, mimo, że granica trzeszczy już jak cholera. Podsumowując: podobał mi się bardzo ten film i za pierwszym i za drugim razem. MM odniósł się do sentymentu ’80 (pastelowych lat, hej), ale na swój, Mannowski, przewrotny sposób. Tak to widzę.

Dodaj komentarz