TEKSTY 

Miami Vice – serialowa rewolucja, której nie zauważyliśmy

Mężczyzna włamuje się nocą do domu. W łóżkach śpi rodzina. Mężczyzna chodzi po kuchni, wysypuje mąkę, zostawia po sobie ślady. Czerwoną szminką rysuje na ścianie dziwny kształt. Wygląda jak rozmazana krew… Znacie tę scenę? Niemal bliźniacza znajduje się w „Czerwonym smoku” Thomasa Harrisa. W 1986 roku Michael Mann zekranizował powieść Harrisa pod tytułem „Manhunter”. Powieść wstrząsnęła nim na tyle mocno, że nie ograniczył się tylko do filmu. Jako producent serialu „Miami Vice” zlecił wprowadzenie do serialu odcinka, który niezwykle mocno nawiązuje do „Czerwonego smoka”. Powyższy opis pochodzi właśnie z niego.

Kiedy mówimy „Miami Vice” myślimy – kiczowaty serial o policjantach z lat 80. Don Johnson chodził w nim w mokasynach bez skarpetek i miał podwinięte rękawy marynarki. To wszystko racja. Ale powiedzieć o „Miami Vice” że było kiczowate, to nie powiedzieć nic. Estetyka, kolory, moda – wszystko w tym serialu było nie tyle kiczem, co po prostu odwzorowaniem tego jak wyglądały tamte czasy. Oglądane po latach „Miami Vice” szokuje i konfuduje. Nie nagromadzeniem pstrokatych kolorów. Nie kiczem epoki. A mrokiem i programową beznadzieją jaka bije z każdego kolejnego odcinka.

Jak to? Przecież to była zabawna opowiastka o facecie, który ma aligatora na łodzi i czarnego kumpla. Nie była. Wszystko można o „Miami Vice” powiedzieć ale nie to, że był to zabawny serial. Mann jeszcze przed swoimi największymi sukcesami kinowymi, pragnął zrealizować serial, który z jednej strony zaskakiwałby nowatorskim, jak na tamte czasy, montażem, z drugiej stanowiłby społeczny i polityczny komentarz do Ameryki ery Reagana.

Stąd w „Miami Vice” odcinki o ukrytej współpracy amerykańskiej władzy z Contras. Stąd umoczone w przemyt narkotyków elity, sprzedajni politycy i prokuratorzy. Kiedy oglądaliśmy w Polsce końcówki lat 80. odcinki „Miami Vice”, pozbawieni byliśmy społecznego i kulturalnego kontekstu serialu. Nikt nie mówił w mediach o kokainowych kowbojach, nikt nie przekazywał informacji o rasizmie i problemach na Kubie. A przecież Miami w latach 80. stało się kokainowym i rasowym tyglem. Wyrzutem sumienia Ameryki, który ukrywano pod zdjęciami pięknych plaż i rozebranych pań. Stąd zapewne bierze się wrażenie, że był to serial zabawny, który trudno traktować serio. Nic z tych rzeczy. „Miami Vice” z sezonu na sezon pogrążało się w mroku i rozpadzie, aby w finale (którego TVP wówczas nie pokazało) doprowadzić do końca zaskakującego – rezygnacji z pracy bohaterów. Dopiero oglądany po latach serial pokazuje swoje prawdziwe oblicze. I mimo różowych flamingów w słynnej czołówce wcale nie jest ono pstrokate.

Wydaje wam się, że w „Grze o tron” wprowadzono model narracyjny – nigdy nie wiesz kto zginie a kto przeżyje? To obejrzyjcie ciągiem kilka odcinków trzeciego sezonu „Miami Vice”. Co odcinek trup. Każda sympatyczna postać, którą wprowadzają scenarzyści ginie. Bohaterowie (Sonny Crockett i Ricardo Tubbs) są tu upadlani, wiele spraw, które prowadzą kończą na półce z opisem „nierozwiązana”, a świadkowie giną. Nawet jeśli udaje im się złapać złych, to zazwyczaj kosztem ofiary pozytywnej postaci. I chyba najważniejsze – głównych bohaterów trudno lubić. To nie są mili gliniarze. Granice moralności przekroczyli dawno temu i obaj funkcjonują w szarej strefie. Do tego dochodzą jeszcze kobiety. Żaden z bohaterów nie ma prawa zaznać szczęścia  (konsekwencja wyborów życiowych). Dziewczyny, żony, kochanki – giną, ćpają, albo odchodzą. Ten typ narracji dziś w serialach bije rekordy popularności. Tyle, że wymyślono go dawno temu, a my o tym zapomnieliśmy.

Jest jeszcze wspomniana polityka. Dziennikarze giną tu mordowani przez agentów rządowych. Politycy i wielkie korporacje czerpią korzyści z handlu kokainą i bronią. Rasizm jest czymś naturalnym jak kawa do śniadania. To nie jest kraj dla miłych ludzi. Warto też wspomnieć o łamaniu obyczajowego tabu. „Miami Vice” pokazywało narkotyki, nie uciekało od uzależnień i ich konsekwencji. Kiedy powstał odcinek o tym jak pewna matka narkomanka, wysyła do burdelu jedenastoletnią córkę stacja zdjęła go z wizji. Za dużo i za mocno.

W czasach swojej emisji „Miami Vice” w Stanach biło rekordy popularności, a każdy kto w branży rozrywkowej się liczył, chciał pokazać się na planie. Od Milesa Davisa po Franka Zappę. Budżet serialu zaś sięgał budżetu regularnej produkcji kinowej. Plan Manna wówczas był prosty. Jeśli kino nie daje mu możliwości realizowania swoich pomysłów – przeniósł kino do telewizji. Dzięki czemu powstał także serial „Crime Story” – równie mroczny, równie depresyjny i drogi. Sezon pochłaniał majątek i dlatego stacja zrezygnowała z jego produkcji po drugim sezonie.

Oglądając dziś „Miami Vice” i przyglądając się tamtej epoce w telewizji trudno nie zauważyć pewnej prawidłowości. Zachwycamy się współczesnymi serialami. Powielamy jak małpki frazy w stylu – telewizja to nowe Hollywood, nie bacząc na to, że to co dzieje się dziś z telewizją to tylko czkawka rewolucji, której nigdy nie zauważyliśmy.

Czy „Vinyl” to rzeczywiście tak mocny i wstrząsający serial? Czy HBO wzbiło się na wyżyny scenograficzne tworząc nową jakość w telewizji? Cofnijmy się do roku 1990 kiedy HBO wyprodukowało film „Gotti”. Rewolucja wydarzyła się wtedy. To „Gotti” był szokiem i dowodem a to, że można w telewizji nie tylko opowiedzieć mięsistą historię, ale szarżować ze scenografią. „Vinyl”, „Zakazane imperium” to tylko echo. Mocniej podbite nowoczesnym sprzętem, ale echo. I nieważne jest, że dziś w telewizji pracują wielcy filmowcy. To naturalny wynik wzbogacania się medium a nie rewolucji. Dziś stacje telewizyjne stać na gigantyczne gaże. Żeby osiągnąć ten pułap musiały (analogiczne do Hollywood) przez dekady sprzedać szajs.

Prawdziwa rewolucja w telewizji zaczęła się gdzieś w połowie lat 70.  Wraz z powstaniem „Sierżant Anderson” – pierwszego serialu o policjantce w historii.  Tuż po nim na początku lat 80. Michael Gleason i Robert Butler wymyślili „Remington Steele” – pierwszy serial w historii, którego bohaterką była kobieta prywatny detektyw.  Poza tymi dwoma serialami kobiety do tej pory nie dostawały innych ról jak panie domu i bizneswoman. A feminizm rósł w siłę. „Remington Steele” był tego gatunkowym następstwem. Tuż po nim powstał serial „Cagney & Lacey” a panie podbiły małe ekrany. Rewolucją w telewizji był też serial „Na wariackich papierach”. Dziś pamiętamy go ze względu na rolę Bruce’a Willisa, ale w 1985 roku uznawany był za pierwszy telewizyjny serial z gatunku comedy-drama i wytyczył drogę rozwoju dla całej masy innych seriali – od „Przyjaciół”, przez „Seks w wielkim mieście” po „Dziewczyny”. No i „Miami Vice” – mrok, beznadzieja i tony kokainy.

Pewnie, że każdy z tych seriali nie pokazywał nagości, że seks był wycinany. Ale nie o to co pokazywano na ekranie chodzi, a jak. Każdy ze wspomnianych seriali łamał zasady gatunku, każdy wprowadzał telewizję na zupełnie nowe wody. Bez nich nie byłoby „Wire”, „24”, „Nowojorskich gliniarzy”, „Banshee” i nawet rzeczonej „Gry o tron”.

To jak to się stało, że o tamtej rewolucji nic nie słyszeliśmy, a seriale podbiły serca widzów dopiero dekadę temu? Kiedyś ładnie o tym opowiedział mi Tom Fontana – twórca jednego z najważniejszych seriali w historii „Oz” (HBO 1997)  – Widzi pan, na świecie dużo mówi się o renesansie serialu, że są one lepsze niż filmy. Ale zazwyczaj owe opinie wygłaszają ludzie z poza Stanów. Kiedy się tu żyje, ogląda telewizję codziennie trudno mówić o renesansie. Seriali jest masa, bo powstała masa prywatnych stacji, które je produkują. Jedne są lepsze, drugie gorsze. Ale na pewno jest ich tyle, że trudno się w nich połapać. I teraz jak odnieść sukces swoim serialem, jak zdobyć decyzję o przedłużeniu na drugi sezon? Najważniejszy jest budżet jaki stacja ma na reklamę. Im serial jest bardziej głośny, wszędzie reklamowany, ma wielkie szanse przyciągnąć przed ekrany widzów a co za tym idzie zdobyć oglądalność i nowy sezon. Ale seriali powstaje tak dużo, że tylko kilka ma szanse na dobry budżet reklamowy. I one najczęściej zostają na kolejny sezon.

Kiedyś brak internetu i dostępu do wiadomości spowalniał rozpowszechnianie się mód. Dziś byle jaka produkcja, bez dobrze wymyślonej kampanii jest wstanie dotrzeć do nas w pół minuty. Kiedyś trwało to tygodnie, jak nie lata. Globalizacja zmieniła zasady gry i szybkość w dostępności danych. Ale nie zmieni historii. Rewolucja serialowa odbyła się dawno temu.

Czasomierze
Poprzedni

Czasomierze - rzeczywistość to za mało [recenzja]

Techland
Następny

Layers of Fear - w paszczy szaleństwa [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz