TEKSTY 

Miami Vice – współczesny klasyk (Robert Ziębiński)

Kiedy w 2006 roku jeden z najpopularniejszych seriali lat 80. „Policjanci z Miami” powrócił w wersji kinowej publiczność podzieliła się na dwa zwalczające się obozy. Powód? Nie było w nim Dona Johnsona i słodkiego kiczu tamtej dekady. Nowe  „Miami Vice” było brutalnym kinem w stylu, do jakiego przyzwyczaił nas Michael Mann, reżyser „Gorączki”. „Miami Vice” obejrzycie na  Ale Kino+ w najbliższy wtorek o 20.10, a u nas  Jakub Ćwiek i Robert Ziębiński spierają się o wielkość filmu Michaela Manna.
 

Dyskoteka, głośna muzyka. Przez tańczący tłum przeciska się przystojny mężczyzna. Podchodzi do baru, zamawia drinka, flirtując z kelnerką. Pozornie kolejny gość na zwykłej imprezie. Ale gdy odwraca się od baru, wymienia spojrzenia z czarnoskórym facetem stojącym po drugiej stronie sali. Obaj zauważyli przybycie gangstera. Ten przy barze odkłada szklankę i rusza za podejrzanym typem. Błyskawicznie zmienia się z podrywacza w zabójcę. Gdy przestępca znika na zapleczu, obaj mężczyźni w kilka sekund masakrują jego ochroniarzy.

Tak właśnie działają Sonny Crocket (Collin Farrell) i Ricardo Tubbs (Jamie Foxx) – policjanci z Miami. Od pierwszej sceny kinowej wersji słynnego serialu „Miami Vice”, zrealizowanej przez twórcę telewizyjnego hitu lat 80. Michaela Manna, widać, że są prawdziwymi twardzielami. Co może zaskakiwać, w filmie kinowym reżyser w żaden sposób nie nawiązuje do tamtej produkcji. Serial pokazywany w Polsce pod tytułem „Policjanci z Miami” zapisał się w annałach popkultury nie tylko tym, że uczynił gwiazdę z Dona Johnsona, ale także tym, że dzięki jego popularności aktorowi udało się wylansować zwyczaj zakładania marynarek na T-shirty i podwijanie ich rękawów. W niektórych kręgach uważano to za szczyt elegancji, w innych za synonim obciachu.

Na etapie planowania filmu miało być w nim sporo nawiązań do serialu. Na przykład rolę szefa policjantów, porucznika Castillo, Mann zaproponował Edwardowi Jamesowi Olmosowi, który grał tę samą rolę w telewizji. Ten jednak odmówił, podobnie jak kompozytor serialowej muzyki Jan Hammer. Z oryginału zostały więc tylko tytuł i nazwiska bohaterów.

Dzisiejsze „Miami Vice” to ponure, ale jednocześnie bardzo nowoczesne kino akcji. Chociaż podobnie jak w serialu Crocket i Tubbs infiltrują środowisko handlarzy narkotyków, są już bohaterami nowych czasów. Nie są luzakami z lat 80., lecz współczesnymi brutalami. Jest to opowieść o dwóch policjantach, którzy wchodząc w mafijne struktury, tracą tożsamość i powoli przechodzą na drugą stronę. Kluczowa jest tu scena finałowej strzelaniny, podczas której granica między dobrem i złem zaciera się, a bohaterowie przypominają bardziej bezwzględnych najemników niż stróżów prawa. Ich konfrontacja z handlarzami narkotyków to po prostu egzekucja.

Mann odwrócił role – policjanci stają się mordercami, a bezwzględni bandyci ofiarami. Klimat okrucieństwa podbija jeszcze nietypowa technika zdjęciowa. Aby uzyskać zimne, niepokojące światło i chropowaty obraz, reżyser użył kamer cyfrowych. Chyba w żadnym współczesnym filmie akcji miasto nie wyglądało tak przerażająco zdehumanizowane – choć przecież pełne ludzi. Efekt jest tym mocniejszy, że wielu widzów wciąż ma w pamięci słoneczne Miami z serialu. Warto na pewno też wspomnieć o jeszcze jednym technicznym zabiegu Manna – sekwencji w której snajper strzela do mężczyzn z samochodzie. Przez zamontowanie kamer w środku pojazdu pierwszy raz w kinie obserwujemy spustoszenie jakie wyrządzają w ciele ludzkim kule – tak realistycznie, jakby ujęcia ktoś podkradł z amatorskich nagrań egzekucji.

Choć film telewizyjny i kinowy łączy nazwisko Manna, to różnice nie powinny dziwić. Pomiędzy tymi realizacjami reżyser nakręcił m.in. „Gorączkę” (1995) i „Zakładnika” (2004), które dzięki brawurowej realizacji i pełnokrwistym bohaterom uczyniły z niego współczesnego klasyka kina akcji. Jego kino porównuje się z filmami Dona Siegela (m.in. „Brudny Harry”) i Williama Friedkina („Francuski łącznik”). Mann jest jednak ich kontynuatorem, a nie epigonem. Stawia sobie za cel portretowanie współczesnego świata, w którym nie obowiązują żadne reguły i często nie wiadomo, kto stoi po której stronie. „Miami Vice” zaś stanowiło swoiste zamknięcie nieformalnej miejskiej trylogii Manna rozpoczętej „Gorączką” a potem kontynuowanej w „Zakładniku”. Mistrzowskie zamknięcie, choć nie ulega wątpliwości, że kontrowersyjne.

CZYTAJ TEŻ OPINIĘ JAKUBA ĆWIEKA

Tech Geeks
Poprzedni

Wes Craven 1939-2015 - śmierć króla horroru

Universal Pictures
Następny

Miami Vice – marketingowy haczyk (Jakub Ćwiek)

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz