TEKSTY 

Mickey Rourke: facet któremu się nie chce

Był bożyszczem tłumów obwołanym następcą Humphreya Bogarta, potem stoczył się na samo dno, wrócił w glorii w „Zapaśniku” a potem znów upadł. Teraz  niczym kot o kilku żywotach Mickey Rourke powraca z aktorskich zaświatów z filmem „Ashby”, w którym wciela się w postać umierającego agenta CIA.

Ashby Holt zabił dziewięćdziesiąt trzy osoby. Nie przyznaje się do tego każdemu i nie uważa za jakieś specjalne osiągnięcie. Ot robota jak każda. W końcu całe życie był zabójcą pracującym na zlecenie CIA. Teraz jednak Ashby postanowił powiedzieć dość. Kiedy lekarz diagnozuje u niego guza mózgu, nasz bohater decyduje się rzucić pracę i w spokoju ducha czekać na śmierć. Ale jak to zazwyczaj bywa – spokój nawet w obliczu śmierci okazuje się towarem deficytowym. Najpierw okazuje się, że trzeba zabić jeszcze trzy osoby, a jakby tego było mało, sąsiad Ashbyego, nastolatek Ed uzna byłego zabójcę za swojego kumpla i zacznie opowiadać o problemach w nowej szkole.

„Ashby” czarna komedia o dojrzewaniu i zabijaniu to drugi kinowy film Tony’ego McNamary – na co dzień scenarzysty specjalizującego się właśnie w opowieściach o dojrzewaniu (m.in. serial „W pogoni za szczęściem”). Jej twórcy rok zajęło nakłonienie Rourke do wcielenia się w postać podstarzałego zabójcy. Aktor bowiem bał się, że opowieść o Ashbym i jego nastoletnim przyjacielu zostanie wrzucona do młodzieżowego worka tuż obok takich produkcji jak „Gwiazd naszych wina”. Obawy te były nie bezpodstawne. W końcu w rolę nastolatka wciela się tu Nat Wolff, któremu sławę przyniosła rola w tym filmie. Na szczęście filmowi McNamary daleko do ckliwości „Gwiazd…” a bliżej do słodko-gorzkiej opowieści, w której kino Richarda Linklatera spotyka się z gangsterskimi opowiastkami rodem z „Zabijanie na śniadanie”. A i tak najważniejszy jest tu Ashby – czy raczej Rourke, który podobnie jak w „Zapaśniku” Aronofsky’ego nie tyle gra, co po prostu na ekranie jest sobą – zniszczonym przez życie i złe wybory podstarzałym facetem, z którego wszyscy się śmieją, a on zrobi wszystko aby udowodnić, że skreślanie go to najgłupszy z możliwych pomysłów. Z tą jednak różnicą, że o ile bohater „Zapaśnika” marzył o powrocie na ring, aby udowodnić światu, że wciąż jest coś wart, tak Ashby nie chce wracać w szereg CIA, a udowodnić światu, że poza zabijaniem potrafi coś jeszcze – być dobrym, opiekuńczym kumplem choćby.  I robi to w równie mistrzowski sposób co w dziele Aronofsky’ego. Ostatnim wielkim filmie w jakim zagrał Rourke.

„Zapaśnik” tylko pozornie był filmem o sporcie (o wrestlingu, amerykańskich zapasach), tak naprawdę był to wstrząsający film o człowieku, który przegrał życie. Stracił karierę, zdrowie, rodzinę i bliskich. Żeby opłacić rachunki podejmuje się dorywczych prac, a w głębi serca wciąż marzy o powrocie na scenę.

Aronofsky twierdził, że tylko Mickey Rourke, który w rzeczywistości stoczył się na dno, mógł pokazać wiarygodnie dramat skazanej na klęskę postaci. Miał rację. Dzięki czemu jego Randy „Ram” Robinson to jedna z najbardziej elektryzujących kreacji aktorskich ostatnich lat. Zresztą docenił to także nagrodzony wówczas Oscarem Sean Penn, który publicznie przyznał, że nagroda powinna trafić w ręce Rourke’a.

Ostatnim tak tryumfalnym powrotem z aktorskiego niebytu był przypadek Johna Travolty i jego roli Vincenta Vegi w „Pulp Fiction” Quentina Tarantino (1994). I choć może nie widać tego na pierwszy rzut oka postacie płatnego mordercy Vegi i podstarzałego zapaśnika Robinsona są do siebie bardzo podobne. Tak jak w filmie Tarantino Travolta sprytnie wykorzystał swój wizerunek boskiego tancerza z „Gorączki sobotniej nocy”, tak Rourke wrócił do swojego wizerunku twardziela znanego z mocnego, męskiego kina lat 80., przy okazji nawiązując do meandrów własnych losów.

Bo filmu Aronofsky’ego nie da się oglądać bez odniesień do życia aktora. Rourke podobnie jak filmowy zapaśnik Robinson okres największej popularności przeżywał w latach 80.

Warto w tym miejscu wspomnieć, że zanim Rourke zainteresował się aktorstwem był bokserem amatorem. W latach 70. zresztą ustanowił bokserski rekord Ameryki pośród amatorów wygrywając pod rząd dwadzieścia walk.  W wyniku kontuzji musiał jednak porzucić marzenia o sporcie i tym sposobem trafił na plan filmowy.

Zaczynał skromnie od epizodów u Spielberga (w „1941”), Kasdana („Żar ciała”) czy Coppoli („Rumble Fish”). Przełom nadszedł w roku 1984 wraz z główną rolą w dramacie kryminalnym „Papież z Greenwich Village”. Po sukcesie tego filmu posypały się propozycje prawdziwych hitów: „Rok smoka” (1985), „Dziewięć i pół tygodnia” (1986), „Harry Angel” (1987) czy „Ćma barowa” (1987). Krytycy filmowi uznali go za godnego następcę Humphreya Bogarta i Marlona Brando, zaś kobiety na całym świecie za najseksowniejszego mężczyznę dekady.

U szczytu sławy Rourke nie ograniczał swojej aktywności artystycznej tylko do grania w filmach. Pod pseudonimem Sir Eddie Cook pisał scenariusze, a na podstawie jednego z nich „Home Boy” powstał film, który dziś śmiało można uznać za prekursora „Zapaśnika”. Była to opowieść o bokserze, który najlepsze lata na ringu ma już za sobą, ale nie potrafi z niego zejść.

Niestety dobra passa aktora nie trwała długo. Pierwsza rysa na wizerunku pojawiła się w roku 1989 gdy po zagraniu św. Franciszka, Rourke swoją gażę przekazał IRA (w „Zapaśniku” w tym samym roku łamie się kariera Randy’ego). Potem zdarzenia potoczyły się lawinowo. Procesy w związku z  biciem partnerek (Carrie Otis która zagrała z nim w „Dzikiej orchidei” wylądowała po jednej ze sprzeczek w szpitalu), pijackie awantury, konflikty z reżyserami (Alan Parker jako pierwszy nazwał Rourke’a niezrównoważonym psychopatą),  aż wreszcie porzucenie kariery filmowej na rzecz zawodowego boksu. „Musiałem zacząć boksować, bo czułem, że zmierzam prostą drogą na dno, a jako aktor straciłem do siebie cały szacunek” – wspominał po latach swoją decyzję.

W efekcie nadużywania sterydów i połamania kości twarzy niegdyś przystojny Rourke zamienił się w potwora (tuż przed rozdaniem Oscarów publicznie przyznał się, że oszpecono go w wyniku źle przeprowadzonych operacji plastycznych). Stracił cały swój majątek i (podobnie jak „Ram” Robinson) musiał zamieszkać w wynajętej przyczepie. Żeby zarobić na życie grywał w tanich filmach sensacyjnych klasy „D” i nędznych horrorach jak choćby „Zabójcze karaluchy”.

I kiedy wydawało się, że wszyscy już o nim zapomnieli nagle powrócił. Najpierw w epizodycznej, ale jakże charakterystycznej roli w „Dawno temu w Meksyku: Desperado 2” (2002) Roberta Rodrigueza, potem wcielił się w postać Marva w „Sin City”, również Rodrigueza (2005) (za którą po raz pierwszy od lat zaczął być wyróżniany nagrodami), mentora tytułowej bohaterki w „Domino”, a potem zaskoczył wszystkich „Zapaśnikiem”.

We współczesnym kinie niewiele jest filmów, które autentycznie łapią człowieka za trzewia i długo nie puszczają. „Zapaśnik” Aronofsky’ego to przykład  takiego kina. Film jest skromny, nie epatuje widza efektami specjalnymi, nie ma tu zbyt wielu pobocznych wątków. Za to są czyste emocje. Randy „Ram” Robinson w wykonaniu Rourke raz wzrusza, raz irytuje, ale nikogo nie zostawia obojętnym.

Upadłemu aktorowi udało się stworzyć na ekranie niezwykle przekonywującą postać życiowego straceńca, który powoli zmierza ku własnemu końcowi. „Ram” bowiem spełnić się może tylko poprzez własną śmierć. Rourke na szczęście umierać nie musiał. Choć otrzymanej od losu drugiej szansy nie wykorzystał należycie. Owszem pojawił się w „Iron Man 2” i „Niezniszczalnych”, ale trudno nazwać te filmy udanymi (nie mylić z kasowymi – bo owszem sporo zarobiły). Podobnie zresztą jak „Immortals: Bogowie i herosi” czy kontynuacja „Sin City”.

Na pierwszą dobrą rolę od „Zapaśnika” Rourke musiał czekać siedem lat. Co prawda „Ashby” tak wielkim hitem jak film Aronofsky’ego nie będzie (zresztą już dziś można oglądać go na amerykańskich kanałach VOD m.in. amazon), ale to nie jest istotne. Liczy się Mickey. Ten pan z dziwną fryzurą, który gdy tylko pojawia się na ekranie widz na chwilę przestaje oddychać. To on sprawia, że prosta historia o chłopcu szukającym ojca staje się opowieścią o pogodzeniu ze śmiercią i odkupieniu. To on sprawia, że Ashby zaczyna być jak Ram – zagubionym dzieciakiem w ciele dojrzałego mężczyzny, który odkrywa tylko jeden sposób na dojrzałość. Śmierć.

I szkoda tylko jednego – że Rourke nie chce się w życiu częściej tak wysilać. Tydzień temu również na VOD w USA miał premierę inny film z jego udziałem – „War Pigs”, nudna, niskobudżetowa kalka „Furii”, w której aktor ewidentnie nudzi się na planie.  Przy odrobinie jego dobrej woli większość złych filmów, w których zagrał zamieniła by się w złoto, bo co jak co ale grać potrafi. Zresztą „Ashby” z innym aktorem w roli głownej, byłby kolejną sztampową komedią o dojrzewaniu i śmiertelności.  A nie jest. Jest za to kolejnym filmem, z którym Mickey pokazuje, że najlepszy jest w rolach facetów, którym wydaje się, że nie mają już nic do stracenia. Kiedy rozumieją jak bardzo się mylą jest już dla nich za późno. Oby Rourke nie skończył jak jego bohaterowie, a z aktorskiego marazmu budził się częściej i równie efektownie.

Nasza Księgarnia
Poprzedni

Opowieści tajemnicze i szalone - upiorny duet [recenzja]

Dream Works
Następny

„Krąg”, czyli sto twarzy czarnowłosej dziewczynki

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz