TEKSTY 

Milczenie Owiec – Uczta, która mogła wyglądać inaczej…

W lutym fani świętowali 25 rocznicę premiery „Milczenia owiec”. Oscarowa adaptacja książki Harrisa zawładnęła wyobraźnią Hollywood, zgarnęła statuetki w najważniejszych kategoriach, utrwaliła pozycję Hopkinsa jako giganta kina i… mogła się skończyć zupełnie inaczej.

„Milczenie owiec” okrzyknięto jednym z najlepszych thrillerów psychologicznych końca XX wieku. Trzymał w napięciu, niepokoił, zostawiał z ogromnym poczuciem dyskomfortu. Buffalo Bill straszył prawdopodobieństwem istnienia, Lecter czarował, uwodził i przerażał . Teraz wyobraźcie sobie, że „Milczenie owiec” mogło być jeszcze bardziej przytłaczające. Wszystko za sprawą zakończenia, które w pierwotnej wersji scenariusza wyglądało odrobinę inaczej.

Ekranizacja powieści Harrisa jest bowiem jednym z tych filmów, które przebyły długą i wyboistą drogę, nim pomysł przerodził się w obraz. Najpierw do pomysłu zapalił się Gene Hackman, ale zrezygnował za namową córki, która po przeczytaniu książki stwierdziła autorytarnie, że nie weźmie udziału w realizacji czegoś takiego. Scenarzyści są jej za to wdzięczni do dziś. Drogę „Milczenia…” na ekrany znaczyło jeszcze kilka zakrętów, a wisienką na torcie były zmiany w zakończeniu (co jednak ciekawe, oprócz tego nie wprowadzano wielkich modyfikacji do scenariusza).

Jeśli się zastanowić, to właśnie one powinny przykuć naszą uwagę najbardziej. Co ciekawe, obie wersje odbiegają od propozycji z książki, gdzie Hannibal żegna się z agentką za pośrednictwem listu. Scenarzysta, Ted Tally uznał takie rozwiązanie za niezbyt klimatyczne i widowiskowe. Nie od razu zaproponował jednak znaną z kin scenę, w której Lecter gratuluje Starling awansu i uznania, jakie zgarnęła, łapiąc Buffalo Billa. Kanibal ostrzegał ją również, by odpuściła pościg. Siedząc w ogródku przydrożnej knajpy obserwował lotnisko i wypatrywał człowieka, któremu chciał podziękować za czułą opiekę podczas odsiadki – doktora Chiltona. W tle szumią palmy, a ludzie przechodzą obok, nie wiedząc, że mijają słynnego kanibala. Gdy oprawca Lectera wysiada z samolotu, ten ostatni żegna się słowami „I have a friend for dinner”, odkłada słuchawkę i idzie śladem przybysza.

Ładne, zgrabnie spuentowane zakończenie. Obrazowe. Mimo przekornego, czarnego humoru, rozładowuje napięcie, a nawet daje Chiltonowi – podłemu, ale jednak człowiekowi – szansę na walkę i ucieczkę. Pozwalało wyjść widzom z kina we względnym spokoju ducha i trafić kluczami w zamek samochodu za pierwszym podejściem.

A teraz wyobraźcie sobie, że film, który przyprawia Was o palpitację przez cały seans, w finale dorzuca jeszcze do pieca.

Oryginalny pomysł Tally’ego wyglądał następująco. Kiedy Lecter rozmawia ze Starling, widzimy go w  biurze wypełnionym książkami. Przyciskając słuchawkę do ramienia, kroi pomarańczę na drobne, równe kawałki. Odjazd kamery pokazuje najpierw ciało martwego strażnika, później zaś unieruchomionego, skrępowanego Chiltona – w sposób, jaki wcześniej przytrafił się Lecterowi.

Hannibal podchodzi do doktora spokojnym krokiem, z ostrym nożem w garści, mierząc ofiarę tym swoim charakterystycznym spojrzeniem i pyta, czy mogą zaczynać?

Wyobrażacie sobie taką petardę na do widzenia? Coś takiego zostawiłoby ludzi bez ukojenia, bez katharsis. Zero litości dla widza i bohaterów. Po seansie prawdopodobnie siedzieliby wbici w fotele, jak po pokazie teledysków zespołu Little Big. Pozostawieni z wrażeniem, że od pewnych rzeczy nie ma ucieczki. A już na pewno nie od upiornie uprzejmego Anthony’ego Hopkinsa.

Byłoby to rozwiązanie bliższe typowym „szokującym” zakończeniom. Zaspokajałoby podstawową potrzebę zemsty, jaką odczuwał widz empatyzujący z więzionym przez Chiltona Lecterem. Sam reżyser, Jonathan Demme, przyznał, że nie chciał zostawiać podobnego finału, bo byłby zbyt typowy i niewystarczająco widowiskowy jak na obraz kinowy. Bał się też, że „Milczenie owiec” wyewoluuje w coś zupełnie innego, niż twórcy na początku zamierzyli. To prawda, że przybliżyłoby powstający film do gatunkowej sztampy. Tally zakasał więc rękawy i, choć nie był zachwycony, dostarczył ikoniczne zakończenie z tekstem, który pamiętamy do dziś. Perfekcyjne, przemyślane, niejednoznaczne. Największy problem, jaki można dostrzec w odrzuconym rozwiązaniu to nadmierna dosłowność w porównaniu do tego, co otrzymaliśmy. Między oczy dostajemy okrucieństwem, którego raczej musieliśmy się domyślać. A o to w kreacji Hopkinsa między innymi chodziło – o niepewność, jaką wzbudzał. W końcu najbardziej przerażające zło to to, którego działań jedynie możemy się domyślać. „Hannibal” Ridleya Scotta pokazał, jak łatwo zepsuć ten efekt.

Niemniej, chciałbym zobaczyć, jaki efekt wywołałby występ Lectera w wariancie z Chiltonem zajmującym miejsce w kolejce do pokrojenia zaraz za pomarańczą. Na chwilę obecną możemy jedynie gdybać. Czy zakończenie położyłoby wydźwięk filmu, czy jednak wzmocniło? Uznano by je za bardziej „kultowe”, porządne przykręcenie śruby, czy uznano za rysę na obrazie całości? Sądząc po odniesionym sukcesie – zmiana wyszła dziełu na zdrowie.

Zwierzogród
Poprzedni

Zwierzogród - czarny kryminał od Disneya [recenzja] [animacja]

Nieracjonalny_mezczyzna_dvd
Następny

Nieracjonalny mężczyzna - Woody Allen na jedną noc [recenzja]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz