TEKSTY 

„Narcos”, czyli krwawa i pouczająca baśń o Pablo Escobarze

Netflix znowu zaskoczył. Po doskonałym „Daredevilu” i kontrowersyjnym „Sense8” wypuścił jeśli nie najlepszy, to z pewnością najciekawszy jak dotąd serial tego roku. „Narcos” to filmowa biografia Pablo Escobara, narkotykowego barona z Kolumbii. Trochę sucho to brzmi, prawda? Biografia? Filmowych biografii gangsterów było przecież multum. Tyle że takiej jak w „Narcos”, naprawdę jeszcze nie widzieliśmy.

Kilkanaście lat temu, czyli jeszcze na długo przed wielkim boomem na książkowe reportaże czytałem „Raport z pewnego porwania” Gabriela Garcia Marqueza. Książka była wówczas dla mnie objawieniem, szokowała i przede wszystkim pokazywała ogromną skalę talentu Kolumbijczyka, który na potrzeby opisu dramatycznych wydarzeń z przełomu 1990 i 1991 roku zmienił o sto osiemdziesiąt stopni swój słynny, składający się ze świadomie cyzelowanych, długich zdań styl pisania. W książce, w dynamiczny, gwałtowny wręcz sposób opowiadał o losach kilkunastu porwanych osób, głównie dziennikarzy, którzy stali się taryfą przetargową narkotykowego bossa w walce z państwowymi organami. Było to znakomite studium zniewolenia i zarazem świadectwo niespokojnych czasów w Kolumbii, które Marquez bez ogródek nazywał biblijnym holocaustem. Nie ma w tym określeniu ani krzty przesady, a najlepiej obrazują to liczby, przytaczane często zarówno w serialu Netflixa, jak i w książce noblisty. Przykłady?

W pierwszym półroczu 1990 roku w Kolumbii zginęło gwałtowną śmiercią 10488 osób. W kolejnym roku, w jego dwóch pierwszych miesiącach, popełniono w Medelin tysiąc dwieście zabójstw – wśród tych zabitych było czterystu pięćdziesięciu siedmiu policjantów. I w końcu, na Escobara w najgorętszym okresie polowało jedenastu płatnych zabójców wynajętych przez konkurencyjny kartel z Cali. Ponoć to ostatecznie ów fakt, nawet bardziej niż przepychanki z państwem o ustawę dotyczącą ekstradycji do USA, skłonił narkotykowego bossa do oddania się – jak wiemy z serialu całkowicie na własnych warunkach – w ręce władz. Jak się o tym wszystkim pomyśli na spokojnie, porówna ze zdarzeniami z naszego rodzimego kraju, niech nawet będzie, że z tymi z okresu stanu wojennego to człowieka ogarnia wrażenie, że nie znamy prawdziwego życia. Tak naprawdę, dzisiaj szczególnie, mimo narastających zewnętrznych zagrożeń prowadzimy całkiem bezpieczną egzystencję. W naszym polskim grajdołku histerię mediów może spowodować zamachnięcie się na prezydenta państwa jajkiem. W Kolumbii, już sami kandydaci na najwyższy urząd w państwie ginęli wówczas praktycznie hurtem, a w dwudziestym pierwszym wieku niewiele się tam zmieniło. Serial Netflixa jest nie tylko biografią Escobara, ale właśnie opowieścią o walce o zmianę. Walce, która niestety przypomina tę z wiatrakami.

„Narcos” miał być początkowo filmem fabularnym, ale w scenariuszu było zbyt dużo atrakcyjnego materiału jak na pełnometrażowy, dwugodzinny film. I rzeczywiście – nagromadzenie niesamowitości którymi wypełniona jest telewizyjna, składająca się z dziesięciu odcinków produkcja mogłoby nie wyjść dwugodzinnemu filmowi na dobre. I tak uważam, że pierwszy sezon pokazuje zbyt dużo skondensowanych wydarzeń z tych kilkunastu, najważniejszych lat z życia Escobara. Na kolejne sezony, których ponoć Netflix ma w planach dwa, pozostaje raptem półtora roku z życia narkotykowego barona. Chyba że twórcy będą bawić się w retrospekcje, co nie byłoby  znowu takim złym pomysłem. Bo to właśnie forma, w którą zapakowano serial powoduje, że wyróżnia się on w natłoku innych telewizyjnych produkcji. Twórcy w świadomy sposób nawiązują do klasyki gangsterskiego kina spod ręki Martina  Scorsese – dzięki obecności narratora od razu przypominają się „Chłopcy z ferajny”, czy „Kasyno”. Ale to nie wszystko.  Z racji samego miejsca akcji i historycznych okoliczności, ta gangsterska gawęda przeradza się w pewnym momencie w krwawą i miejscami  przekraczającą granice absurdu i groteski baśń. A tak, baśń, ponieważ dzieją się tu rzeczy naprawdę nie do uwierzenia. Zresztą zapowiedź tego co nas może tu czekać, twórcy serwują już na samym początku.

Twórcy w świadomy sposób nawiązują do klasyki gangsterskiego kina spod ręki Martina  Scorsese – dzięki obecności narratora od razu przypominają się „Chłopcy z ferajny”, czy „Kasyno”.

Po pierwsze dostajemy informację, ze serial jest inspirowany prawdziwymi wydarzeniami, ale pewnym faktom, postaciom, wydarzeniom, dla celów dramatycznych nadano znamion fikcji. W scenariuszu twórcy nie tylko pomijają wiele historycznych wątków, ale także zmieniają, umniejszają znaczenie, czy po prostu przystosowują fakty do filmowej do narracji (trochę razi choćby marginalizacja roli partyzanckiego ruchu  M-19). Po drugie i chyba najistotniejsze, na wstępie dostajemy także krótką definicję realizmu magicznego (w realny, uporządkowany świat wdziera się element osobliwy, dziwny, fikcyjny, nie do uwierzenia), która ma zaintrygować widza i ukierunkować jego myślenie. Ironią jest, że historyczne fakty zebrane w książce Marqueza były jeszcze dziwniejsze,  bardziej dosadne i nie do uwierzenia niż te, przedstawione w serialu.

Zabrakło choćby  wzmianki o roli  pewnego astrologa w łańcuchu wydarzeń, a przede wszystkim nie pojawił się pewien natchniony ksiądz, prowadzący w telewizji program „60 sekund dla Boga” – to ostatecznie za jego sprawą mediacje państwa z Escobarem znalazły w pewnym momencie pożądany dla obu stron finał. Bo historia Pablo Escobara to realizm magiczny pełną gębą, bardziej nieprzewidywalny, a przede wszystkim bardziej krwawy niż ten znany ze „Stu lat samotności”. To biografia, która kryje w sobie drugie dna i jeszcze więcej poszczególnych, niesamowitych historii. „Raport z pewnego porwania” jest tego dobrym przykładem. Marquez na szczegółowe opisanie perypetii porwanych i porywaczy poświęcił trzy lata pracy. W serialu zostały one nie tylko zmienione, ale po prostu zepchnięte do roli jednego z wielu epizodów.  Marquez napisał książkę by dać świadectwo strasznym wydarzeniom w udręczonym przemocą kraju. Książkę, która miała uświadomić światu, że mamy tu do czynienia z czymś, co nigdy nie powinno było mieć miejsca. No cóż, tak to jest z atrakcyjnym, historycznym materiałem. Po latach okazuje się, że to co nie powinno się zdarzyć, to wymarzony temat na świetny, biograficzny serial. I raczej nikogo nie powinno to dziwić.

Oglądanie „Narcos” skłania do refleksji, że historię, tak współczesną, jak minioną znamy w większości  z ruchomych obrazów. Współczesną z wiadomości, z newsów, minioną właśnie z filmów, które przekształcają prawdziwe wydarzenia na własną modłę. Kino rządzi się swoimi prawami i dlatego nigdy nie otrzymamy lustrzanego odbicia historycznych wydarzeń. Ważniejsze jest to, co chcą osiągnąć twórcy poprzez taki właśnie wybór tematu. Czasem chodzi o danie czemuś świadectwa. Czasem o pokazanie historycznych i społecznych mechanizmów. A czasem chodzi po prostu o dostarczenie porządnej dawki rozrywki. Rozrywki, która jeśli twórcom na tym specjalnie zależy,  może też dawać sporo do myślenia.

W „Narcos” mamy wszystkiego po trochu, aspekty poważne i te mniej  poważne zostały w znakomity sposób wyważone. Dostaliśmy zatem  kawałek świetnej, sensacyjnej produkcji, w temacie i w formie przypominającej kultowy „Breaking Bad”. Dostaliśmy przekrój historycznych wydarzeń i poznaliśmy charakter mechanizmów, które nimi rządzą, a nawet więcej –  w szczególnych, dziejowych momentach mogą przemożnie wpłynąć na kształt świata. Bo przecież prawdą jest, że skutki nielegalnego eksportu kokainy z Kolumbii do USA, miały pokaźny wpływ na politykę i przemiany społeczne w obu tych krajach. No i ważna jest tu sama postać Pablo Escobara, który rzucił wyzwanie strukturom państwa i sprawił, ze jeden człowiek o pospolitej powierzchowności, ale za to z charyzmatyczną osobowością był w stanie sterować historycznymi wydarzeniami. Gdy następuje splot takich okoliczności, takich elementów składowych, od razu wiadomo, że nie trzeba będzie długo czekać na moment, kiedy popkultura rzuci się na taki temat jak wygłodniały pies na kość.

Oglądanie „Narcos” skłania do refleksji, że historię, tak współczesną, jak minioną znamy w większości  z ruchomych obrazów. Współczesną z wiadomości, z newsów, minioną właśnie z filmów, które przekształcają prawdziwe wydarzenia na własną modłę.

Przypatrzmy się grającemu rolę Escobara Wagnerowi Maura. Toż to prawdziwy ziomal o aparycji wąsatego wuja, z obowiązkowym, wystającym z koszulki polo brzuszkiem. Sprytny, bystry, inteligentny, w pewien sposób nawet sympatyczny, przerażający na samym końcu. Człowiek posiadający fortunę wprost nie do wyobrażenia (w szczytowym etapie rozwoju, handel narkotykami przynosił kartelowi z Medelin 60 milionów dolarów dziennie), a nawet więcej – nie do wyprania, stąd w serialu groteskowe sceny z zakopywanymi gdzieś na polach stosami pieniędzy. Bawiący sie w kotka i myszkę z władzami Kolumbii, z równie morderczymi jak jego kartel partyzanckimi ruchami i wreszcie z gringos z USA, czyhającymi i szukającymi na niego haka z pomocą wszelkich dostępnych środków, z ziemi, z powietrza, zewsząd. Charakter tej „zabawy” świetnie oddaje gawędziarski styl narratora, w którego roli występuje tu grający agenta DEA Boyd Holbrook. Są też wydarzenia, które szokują – jak atak wynajętych przez Escobara bojowników z M-19 na Pałac Sprawiedliwości, czy wysadzenie samolotu pasażerskiego, którym miał lecieć kandydat na prezydenta. Dodajmy, że te właśnie wydarzenia specjalnie na potrzeby serialu podkoloryzowano. Wszystko po to, aby na naszych oczach odbyło się to, co dla popkultury jest zawsze najważniejsze – tworzenie mitu, umacnianie legendy, nawet jeśli ta legenda jest czarna.

Ale „Narcos” to też pouczająca opowieść o nienasyceniu dawnego chłopaka z przedmieść, który tak jak wielu przed nim i po nim, był na początku zwykłym złodziejem. Złodziejem, który nagle dostał prezent od losu, a potem kolejnymi jego zrządzeniami został władcą narkotykowego imperium. A tego rodzaju prezenty od losu mają to do siebie, że zazwyczaj przerastają każdego z obdarowanych beneficjentów i powodują, że człowiek z prostego bandyty może przerodzić się w przerażającego zbrodniarza. Zbrodniarza, który manipulując otoczeniem i nie znając umiaru kończy w efekcie tak, jak wiele mu podobnych, historycznych postaci. Nienasycenie bowiem zbyt często prowadzi do tego szczególnego etapu, na którym cudze, ludzkie życie ma się za nic.  A to już przecież etap, z którego nie ma powrotu do normalności. No właśnie, na koniec jeszcze parę słów o ludzkim życiu.

W Ameryce Łacińskiej wydaje się mieć ono inną cenę, inną wartość niż na Starym Kontynencie. Zamiast Kolumbii, ostatnio zainteresowanie filmowców szczególnie budził Meksyk, choćby z jego przerażającą statystyką zabójstw i zaginięć w przygranicznym Juarez. W zeszłym roku, również w Meksyku porwano i prawdopodobnie zamordowano czterdziestu trzech studentów-aktywistów, zamierzających zakłócić wiec pozostającego w układach z mafią burmistrza miasta Iguala. Skąd bierze się ta charakteryzująca się brakiem poszanowania ludzkiego życia, jak to kiedyś określił Artur Domosławski – gorączka latynoamerykańska? Z niezwykłego koktajlu komunistycznno-socjalistycznych ideologii i przesadnie manifestowanej religijności? Z poczucia fatalizmu, które tworzy zarówno arogancja i bezradność rządzących?

Realizm magiczny narodził się w Kolumbii, jak przytaczają twórcy na samym początku „Narcos”. Prezentują nam jego krwawą odmianę w znośnej dla zwykłego widza,  oswajającej prawdziwe wydarzenia atrakcyjnej, filmowej formie. O tak, z formą i z historią można pogrywać, można eksperymentować, można choćby zrobić z Hitlerem to, co zrobił Tarantino w „Bękartach wojny”.  Ale te zabawy, zwłaszcza kiedy opowiada się o prawdziwych postaciach,  powinny mimo wszystko mieć jakiś cel. Czy „Narcos” taki ma? W tych niespokojnych dla świata czasach, warto przypatrzyć się roli wspomnianego wyżej Boyda Holbrooka jako agenta DEA. Będąc przybyszem z bardziej cywilizowanego świata (świata, który notabene wciąga przez tysiące nosów tony wyprodukowanej w Kolumbii kokainy), z poczucia bezradności w tej nie mającej końca walce zaczyna powoli ulegać czarowi życia na krawędzi, czarowi skuteczności drogi przemocy, czarowi latynoamerykańskiej gorączki. Tak, to wcale nie Escobar, tylko jego postać, plus postać towarzyszącej mu w Kolumbii żony i życiowe wybory ich dwojga, powinny być dla nas najważniejsze w całym serialu. Kto tego nie widzi, kto pogrążył się bezrefleksyjnie w tej realistyczno-magicznej wizji, jest na straconej pozycji, bo nie rozumie istoty przesłania. Można czarować, można oswajać historię, ale czar w końcu zawsze pryska, seans się kończy.  Ważne, żeby zostało po nim coś więcej, choćby malutki powiew nadziei na morzu zwątpienia i przemocy, niż jedynie nowy diabeł w miejscu starego.

SQN
Poprzedni

Dzieci gniewu – zbrodnia po Berlińsku [recenzja]

Columbia Pictures
Następny

5 filmów, które zyskały drugie życie na DVD

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

1 Comment

  1. olek
    2016-09-14 at 23:15 — Odpowiedz

    W jaki sposób niby „podkoloryzowano” wysadzenie samolotu na zlecenie Escobara???

Dodaj komentarz