TEKSTY 

Nick Nolte – Na dno i z powrotem

Lata ’80 i ’90 należały do niego. Grał w wielkich przebojach, uchodził za niesamowitego przystojniaka, a jego nazwisko elektryzowało widzów. Po drodze wiele się zmieniło. W tym roku Nick Nolte obchodzi 75 urodziny i jego kariera wygląda zupełnie inaczej.

I choć najnowsze filmy, takie jak „Walk in the woods” dowodzą, że nie złożył broni, to jednak aktor wciąż zmaga się z niektórymi demonami z przebogatej galerii. Sukces nigdy nie pomagał mu w wyegzorcyzmowaniu choćby jednego z nich.

Niemniej, jego lista dokonań obfituje w spektakularne sukcesy. Otwierają ją nominacje do rozmaitych nagród, w tym trzy do Oscara – za „Księcia przypływów” (1991), „Prywatne piekło” (1997) i „Wojownika” (2011). Za rolę w „Księciu przypływów” zgarnął też Złoty Glob. Stąpał pośród gigantów kina – jako równy z nimi. Jego filmy torowały drogę dla debiutantów, takich jak Eddie Murphy, z którym podbili kina za sprawą „48 godzin”. Miał bardzo uniwersalny styl gry, występował zarówno w dynamicznym kinie przygodowym („Głębia”) i kryminalnym („Przylądek strachu”), jak również kameralnych dramatach („Książę przypływów”) czy filmach niepozbawionych komediowego sznytu.  Drugie tyle obiecujących ról – odrzucił (np. w „Gwiezdnych Wojnach” i „Supermanie”). Generalnie najlepiej sprawdzał się w rolach dojrzałych facetów po przejściach, mentorów, nauczycieli, bardziej-doświadczonych-policjantów, prowadzących rekruta.

Nic zresztą dziwnego, życiorys ma bogaty – także w mroczne karty. Za listą tytułów, które odniosły sukces, kryje się bowiem człowiek, który nigdy do końca nie pokonał największych słabości. Były momenty, kiedy te demony zwyciężały.

Miał normalną, wspierającą rodzinę, która pozwalała na wiele. Matka i ojciec akceptowali jego rebelianckie nastawienie, nie zmuszali do intensywnej edukacji, pozwalali, by rozwijał się w najbardziej odpowiadającym kierunku. A za taki uważał football. Na ołtarzu sportu składał zajęcia w szkole, spóźniał się na lekcje czy wykłady. Rodzina często się przeprowadzała, dlatego zawsze był trochę z zewnątrz.
Zawsze też szedł pod prąd. Nawet w czasach, gdy ze sportem było mu najbardziej po drodze, po godzinach przesiadywał nie z kumplami z szatni, lecz ze znajomymi aktorami. Nolte oglądał ich spektakle, oni zaś przychodzili kibicować na co ważniejszych meczach. To właśnie za sprawą kolegów sam postanowił zacząć grać. Oraz coraz częściej sięgał po butelkę i narkotyki.

Na tamtym etapie nie przeszkadzało mu to jednak w profesjonalnym podejściu do tematu. W 1961 roku trafił pod skrzydła Bryana O’Byrne’a ze studia z Los Angeles. Nie rzucił się jednak od razu na karierę filmową, a grywał na deskach teatru, m.in. na scenach Pasadena Playhouse, Old Log Theatre w Minneapolis, nowojorskiej Café La Mama oraz w Los Angeles. W tamtych czasach pracował jako model.
Wrażliwa natura dawała znać o sobie. W trakcie nauki aktorskiego rzemiosła zaliczył nerwowy zjazd i potrzebował udać się na przechowanie do rodziców. Załamanie wynikało z faktu, że musiał się gwałtownie przestawić z uroku i prostoty życia sportowca na trudy aktorskiej egzystencji. Koniec końców najlepsze ukojenie znajdował jednak na dnie butelki.

Wrażliwość na własnym punkcie szła jednak w parze z oślim, rebelianckim uporem i skłonnością do skupiających uwagę psot. Jeszcze jako dwudziestoparolatek zajmował się podrabianiem dokumentów tożsamości, które pozwoliłyby młodym chłopakom uniknąć poboru do wojska. Działo się to w czasach wojny w Wietnamie, więc interes Noltego przyciągnął spojrzenie stosownych służb. Został zatrzymany z podejrzeniem o zdradę. Przyszły gwiazdor stanął z tego tytułu przed sądem i tylko dzięki temu, że wzbudził sympatię prawników, grzywnę w wysokości 75000 dolarów i 45 lat pozbawienia wolności otrzymał w zawieszeniu.

To jednak były tylko początki problemów z prawem i z samym sobą. Mimo rosnącego zamiłowania do butelki, od lat 70 powoli piął się powoli na szczyt aktorskich możliwości. Zaczynał od epizodycznych występów w produkcjach telewizyjnych. Prawdziwy rozgłos przyniósł mu serial „Pogoda dla bogaczy” (1976), gdzie wcielił się w buntowniczego Toma Jordache. Dzięki tej roli publiczność ujrzała potencjał i temperament aktora. Po tym punkcie zwrotnym lawina ruszyła, sukces gonił sukces.

Jednak nawet u szczytu sławy wychodziło, jak trudnym był człowiekiem. Popisami bezczelnego i niezbyt subtelnego humoru zrażał do siebie innych. Tak stracił na przykład rolę w „Supermanie” Richarda Donnera. Publicznie ogłosił, że uważa głównego bohatera za schizofrenika. Poróżnił się też z inną wielką gwiazdą przełomu lat ’80 i ’90, Julią Roberts. Ich konflikt rozgorzał na planie „Kocham kłopoty” z 1994. Od tego czasu regularnie wymieniali się publicznymi uprzejmościami, które wygenerowały więcej plotek, niż którekolwiek z zainteresowanych by sobie życzyło.

I jest też alkohol, zmora artystów. Nie omijała Noltego już w czasach, kiedy schodził na złą drogę i powoli rezygnował z footballu. Apogeum nałogu przypadło jednak na przełom wieków. Wtedy rozpił się ostatecznie. Policja zgarniała go za jazdę po pijanemu. Raz na lotnisku doznał też alkoholowej zapaści, o której wieść wraz z fanowską dokumentacją obiegła portale plotkarskie lotem błyskawicy. Już w 1990 zapracował na podsumowanie wygłoszone przez Katherine Hepburn. Stwierdziła, że gwiazdor zaliczył już wszystkie możliwe rynsztoki. Nolte z właściwym sobie dystansem odparł, że kilka mu jeszcze zostało. Przez długi czas zachowywał się tak, jakby na wyjściu z kłopotów mu nie zależało. Ostatnio doszły też pogłoski o tym, że przestał dbać o higienę. O image zaś przestał dbać na pewno, gdyż chodzi w łachmanach godnych lumpengwardii. To ostatnie można wprawdzie złożyć na karb kolejnego przejawu niezbyt subtelnego buntu i tupania nogą. Nolte zwyczajnie porzucił w którymś momencie wizerunek przystojniaka, eleganta i byłego modela.

Żadna partnerka nie wytrzymywała z Noltem przesadnie długo. Rozwodził się trzy razy, miał wiele niepoślubionych partnerek, a najmłodszego dziecka, córki, dorobił się całkiem niedawno.
W tym momencie możecie nazwać go starym dziwakiem i trudnym człowiekiem. Zdaje się, że nie będziecie daleko od prawdy. Kiedy jednak przeczytać dowolny wywiad z aktorem, wychodzi, że mamy do czynienia z myślącą, wrażliwą osobą, która zdążyła pochylić się nad większością swoich wpadek i przeanalizować, co poszło nie tak. Przede wszystkim jednak Nick Nolte nie zapomniał jak się gra. Po kilku latach posuchy i niezbyt szczęśliwego doboru angaży, trafił w nową niszę. Teraz, gdy znowu gra w naprawdę dobrych filmach, na dobre chyba porzucił wielkie kino z dużą ilością broni i wybuchów – skupił się na filmach małych, refleksyjnych – z jego punktu widzenia wręcz autorefleksyjnych – kameralnych, jednak uzbrojonych w doborową obsadę. Nawet jeśli z nałogiem wychodzi ledwie na remis, to wystarczy, by dalej występować. Wykorzystuje podłe doświadczenia, by wzmocnić swoje kreacje. Przydały mu się  w „Warriorze”, gdzie zagrał wyniszczonego życiem i alkoholem, upadłego trenera MMA, do którego po latach zgłasza się syn. Kiedy obserwujemy, jak razem z potomkiem wygrzebują się z dołka, czujemy autentyczność skazanych na przegraną zmagań. Nolte sportretował starego, parującego gorzałą, upodlonego samotnika z prawdziwą, autentyczną goryczą, jakby prawie nie musiał grać.

Z kolei w „Walk in the woods”, które niebawem zostanie w Polsece wydane na DVD, partneruje mu inna ikona kina, a prywatnie przyjaciel –  Robert Redford. W tej adaptacji podróżniczych felietonów pisarza Billa Brysona, Nolte wciela się w postać najlepszego kumpla pisarza, ale tak naprawdę gra siebie. Casanovę i twardziela po przejściach. Czułego twardziela, który ukrywa swoją delikatność pod skórą niedźwiedzia. I robi to tak znakomicie, że kradnie show wszystkim pojawiającym się tu gwiazdom.  75 lat na karku i pasmo upadków najwyraźniej nie przekreśla możliwości podniesienia się i powrotu do formy. Nie u kogoś tak upartego jak Nick Nolte.

Nagi instynkt
Poprzedni

Wyrachowane, bezwzględne, niebezpieczne - 12 złych kobiet ekranu [ranking]

Studio Lain
Następny

Stickleback #1: Chwała Anglii - steampunk, Lovecraft i tajna historia Anglii [recenzja]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz