TEKSTY 

Nieśmiertelny, czyli zawiłe losy rodu MacLeod

Nazwisko Gregory’ego Widena raczej nic nie powie przeciętnemu widzowi. Tymczasem zawdzięczamy temu scenarzyście dwie kultowe opowieści, które odcisnęły głęboki ślad na popkulturze: „Nieśmiertelnego” i „Armię Boga”.

Jak głosi anegdota, pomysł na „Nieśmiertelnego” wpadł Widenowi podczas zwiedzania zbrojowni w londyńskiej Tower (w innej wersji zdarzenie to miało miejsce w muzeum w Edynburgu). Dodatkową inspirację stanowił „Pojedynek” Ridleya Scotta, oparty na opowiadaniu Josepha Conrada. Scenariusz o żyjącym od wieków szkockim góralu, toczącym sekretną walkę z sobie podobnymi o mityczną Nagrodę, to w zasadzie współczesny mit kultury popularnej – Connora MacLeoda można by postawić obok takich postaci jak Dracula, potwór Frankensteina, czy Talbot z „Wilkołaka”. Nie stanowi on co prawda zagrożenia dla ludzi, wśród których żyje (czego nie da się powiedzieć o jego głównym przeciwniku, Kurganie), ale jego historia niesie uniwersalne przesłanie. MacLeod jest obdarzony wiecznym życiem, jednak wiąże się ono z samotnością – reguły Gry, w której uczestniczy, mówią jasno, że w ostatecznym rozrachunku pozostanie tylko jeden z nich. Nieśmiertelni przez większość czasu żyją zatem w izolacji od sobie podobnych, a dodatkowo nie mogą mieć potomstwa, a wiązanie się z ludźmi prędzej czy później prowadzi do tego, że będą musieli oglądać śmierć swoich bliskich. Paradoksalnie, jednym z elementów wspomnianej Nagrody, jest to, że jej zdobywca stanie się śmiertelnikiem. Ciekawie w tym kontekście wypada porównanie nieśmiertelnych z wampirami.

Film nie zapowiadał się na przyszły klasyk. Za jego reżyserię odpowiadał Russell Mulcahy – australijski reżyser, który poza teledyskami muzycznymi nie miał liczącego się dorobku. Dla francuskiego aktora Christophera Lamberta, który wcielił się w tytułowego bohatera, był to dopiero drugi (po „Greystoke. Legendzie Tarzana –władcy małp”) anglojęzyczny film i wciąż jeszcze nie posługiwał się on płynnie tym językiem. Rola jego przeciwnika, barbarzyńcy Kurgana, przypadła Clancy’emu Brownowi i właściwie dopiero od tego występu jego kariera nabrała rozpędu. Tu drobna dygresja: „Kurgan” to nie tyle imię, co przydomek pochodzący od nazwy hipotetycznego ludu zamieszkującego tereny Rosji, który pozostawił po sobie charakterystyczne kurhany. Największą gwiazdą filmu był Sean Connery, występujący jako Ramirez – przyjaciel i mentor MacLeoda. Jednak i jego prawdopodobnie udało się pozyskać głównie dzięki temu, że był to punkt zwrotny w jego karierze – aktor po występie w nieoficjalnym Bondzie „Nigdy nie mów nigdy więcej”, zniechęcony doświadczeniami z Hollywood, zrobił sobie dwuletnią przerwę od występów. Role w „Nieśmiertelnym” i w tym samym roku w „Imieniu róży” były jego powrotem na ekrany, w całkiem odmienionym image’u.

Być może pierwsi poznali się na „Nieśmiertelnym” muzycy zespołu Queen, którzy mieli skomponować piosenkę do filmu. Film zachwycił ich do tego stopnia, że z jednej piosenki zrobił się praktycznie cały album, a każdy z członków zespołu wybrał jedną ulubioną scenę, do której sam skomponował utwór. Chociaż płyta „A Kind of Magic” nie ukazała się jako oficjalny soundtrack, jest tak postrzegana przez wielu fanów. Nota bene, początkowo kompozytor Michael Kamen zaproponował to grupie Marillion, jednak na przeszkodzie – jak się okazało na szczęście – stanęła ich trasa koncertowa.

„Nieśmiertelny” miał premierę kinową 7 marca 1986 roku. Okazał się finansową klapą – na całym świecie zarobił niespełna 13 milionów dolarów, co przy 19 milionach budżetu oznaczało niebagatelną wtopę. Wkrótce jednak nabrał kultowego statusu i zyskał drugie życie. Na dobre i na złe.

W 1991 roku Russell Mulcahy popełnił drugą część „Nieśmiertelnego”. Do głównych ról powrócili Christopher Lambert i Sean Connery – aktorom tak dobrze pracowało się przy pierwszej części, że Lambert wciągnął Connery’ego do sequela, co wymagało od scenarzystów niezłej ekwilibrystyki, biorąc pod uwagę losy Ramireza w pierwszym filmie. Kontynuację bardzo trafnie podsumował Roger Ebert, przyznając filmowi notę pół gwiazdki: „Aby uwierzyć w ten film, trzeba go zobaczyć. Z drugiej strony, może to być zbyt wysoka cena”.

Akcję „Nieśmiertelnego 2” przeniesiono w przyszłość. Z bohaterów uczyniono wygnańców z planety Zeist, odzierając całość z mistycznej otoczki. Reszta była kumulacją niedorzeczności fabularnych i żenujących efektów specjalnych, zaś wisienkę na torcie stanowiła fatalna rola dobrego skądinąd aktora, Michaela Ironside’a, który wcielił się w rolę zloczyńcy, generała Katany. Całość okazała się tak potwornie zła, że cztery lata później Mulcahy podjął próbę uratowania z filmu ile się da i stworzył wersję reżyserską znaną jako „Renegade Version”. Miejsce planety Zeist zajęła bliżej nieokreślona przeszłość Ziemi; część scen wycięto, dodano i radykalnie przemontowano inne. Dla ludzi związanych z tym tytułem był on jak wyrzut sumienia – kolejny raz poprawili go producenci William Panzer i Peter S. Davis w 2004 roku. Efekt końcowy jest bardziej znośny, ale nawet nieortodoksyjni fani, którzy dopuszczają istnienie franczyzy poza pierwszym „Nieśmiertelnym” (hasło „There can be only one” często jest odnoszone również do samego filmu), starają się drugi film wyprzeć z pamięci.

Rok po koszmarnym sequelu, producencki duet Panzer i Davis postanowili przenieść opowieść o Nieśmiertelnych na mały ekran. Christopher Lambert nie chciał jednak pracować w telewizji – trzeba pamiętać, że były to czasu, w których produkcje telewizyjne i ich obsadę traktowano jako „drugi sort”, więc dla aktora kinowego byłaby to swoista degradacja. W tej sytuacji powołano do istnienia innego MacLeoda – Duncana, w którego rolę wcielił się angielski aktor Adrian Paul. Lambert pojawił się tylko w pilotowym odcinku, można zatem mówić o symbolicznym przekazaniu pałeczki następcy. Serial, międzynarodowa koprodukcja, odniósł sukces – był wyświetlany przez sześć lat i doczekał się 119 odcinków.

Lata wcześniej Gregory Widen spoglądał na średniowieczną zbroję w muzeum, zadając sobie pytanie: co by było, gdyby jej właściciel żył współcześnie? Serial z jednej strony miał odcinki z typowymi „złoczyńcami tygodnia”, z drugiej jednak bardzo ciekawie eksplorował różne aspekty nieśmiertelności i odpowiadał na podobne pytania, które mogli sobie zadawać fani. Co by było, gdyby nieśmiertelnym był ośmiolatek? A gdyby był to ktoś upośledzony umysłowo? A może słynna postać historyczna? Kim był najstarszy nieśmiertelny? I tak dalej… Wzbogacił również mitologię „Nieśmiertelnego” o ciekawe elementy, nie rujnując przy tym całej zagadkowej otoczki. Właśnie w serialu po raz pierwszy pojawili się Obserwatorzy – istniejąca od wieków sekretna organizacja ludzi zajmujących się prowadzeniem kronik poczynań Nieśmiertelnych. Z pierwszego filmu wiedzieliśmy, że w Grze obowiązuje zakaz pojedynkowania na świętej ziemi, jednak dopiero tutaj pojawiła się informacja, że jedyny znany z historii przypadek, gdy doszło do złamania tej reguły i dekapitacji miał miejsce w 79 roku n.e. w Pompejach – trudno się zatem dziwić, że później już nikt tego nie próbował. Również w serialu utrwaliła się żartobliwa zasada dotycząca tzw. „K’Immies” – przyjęło się, że miano każdego liczącego się złoczyńcy wśród Nieśmiertelnych zaczynało się od głoski „K”: Kurgan, Katana, Kane, Kell, Quince, Kalas, Kronos… Jedynym elementem z oryginału, który konsekwentnie ignorowano bez prób wyjaśnienia, był fakt, że przecież doszło do wydarzeń w Nowym Jorku, w wyniku których Connor zdobył Nagrodę – skąd zatem wzięli się ci wszyscy Nieśmiertelni, skoro powinien pozostać już tylko jeden?

W 1998 roku podjęto próbę nakręcenia spin-offu serialu. „Highlander – The Raven” (u nas emitowanego pod tytułem „Nieśmiertelna”) opowiadał losy jednej z drugoplanowych postaci z otoczenia Duncana MacLeoda – liczącej 1200 lat złodziejki, Amandy (w tej roli wystąpiła Miss Ameryki z 1982 roku, Elizabeth Gracen). Niestety, nowa produkcja została przyjęta chłodno i zakończono ją po jednym sezonie.

Równolegle do serialu z Paulem, podjęto kolejną próbę wprowadzenia Nieśmiertelnego na duży ekran. W 1994 roku Christopher Lambert powrócił do roli Connora w filmie „Nieśmiertelny III: Mag”. Tym razem główny bohater musi stawić czoło pochodzącemu z Mongolii Kane’owi (Mario Van Pebbles), który posiadł moc tworzenia realistycznych iluzji. Film nie wnosił do całokształtu franczyzy nic szczególnie nowego – nie był tak dotkliwie zły, jak druga odsłona, ale też trudno było powiedzieć o nim cokolwiek dobrego. Krytycy zarzucali mu, że w dużej mierze stanowi powtórkę z pierwszego „Nieśmiertelnego”, tylko w gorszym wykonaniu. Ja osobiście nie darzę „Maga” ani szczególną sympatią, ani wielką niechęcią. Trzeba jednak przyznać, że po zakończeniu serialu dalsze opowieści o Nieśmiertelnych weszły na równię pochyłą.

W 2000 roku Connor i Duncan MacLeodowie, wraz z paroma postaciami drugoplanowymi z serialu, spotkali się w czwartym filmie, noszącym podtytuł „Ostateczna rozgrywka”. Przeciwnikiem bohaterów jest Jacob Kell – fanatyk religijny prowadzący od stuleci wendettę przeciw Connorowi i mordujący kolejne bliskie mu osoby. Ogólne założenia scenariusza i relacje między głównymi postaciami dramatu były bardzo ciekawie pomyślane, jednak gdzieś po drodze wszystko poszło strasznie nie tak. Palce maczała w tym również wytwórnia, która wymogła na twórcach przycięcie wersji kinowej, aby uczynić ją bardziej dynamiczną – zamiast tego fabuła stała się niespójna i mętna, szczególnie dla osób nieobeznanych z całą franczyzą. W efekcie „Endgame” stał się kolejnym filmem z serii, który trzeba było mocno przemontować na potrzeby wydania DVD. Dało się to zresztą odczuć już oglądając zwiastuny, w których pojawiały się fragmenty, których późniejsza nieobecność w kinie była wręcz rażąca.

„Ostateczna rozgrywka” jest zarazem ostatnim występem Christophera Lamberta w roli Connora MacLeoda – bohater ginie z ręki swojego krewniaka, Duncana, w dramatycznych okolicznościach. To zresztą nie jest jedyny motyw, którego zwyczajnie szkoda na tak nieudolnie zrealizowaną produkcję. Jak łatwo przewidzieć, film okazał się porażką, zarówno w oczach krytyków, jak fanów serii.
Kolejne lata trzymały miłośników „Nieśmiertelnego” w niepewności. Coraz głośniej mówiło się o potrzebie reaktywacji franczyzy, zaczęły krążyć plotki o remake’u, ale też o filmie, który miałby poprowadzić cykl w zupełnie nowym kierunku, być może także z całkiem nowymi postaciami. Gdy z produkcyjnego piekiełka wyłoniły się wreszcie konkrety, zrobiło się ciekawie: nowy film miał opowiadać o grupie Nieśmiertelnych poszukujących mitycznego Źródła – ich odpowiednika Świętego Graala, z którego pochodziła moc Ożywienia, zapewniająca im wieczne życie. Do obsady powrócili znani aktorzy z serialu, z Adrianem Paulem na czele. Wreszcie nadszedł 2007 rok – po długim oczekiwaniu piąty film ujrzał światło dzienne. I chociaż trudno w to uwierzyć, „Nieśmiertelny: Źródło” okazał się nawet gorszy od osławionej drugiej części.

Serio – ten film to abominacja. Już w scenie otwierającej, gdy rozlega się koszmarny cover piosenki „Princes of the Universe” Queenów, widz instynktownie czuje, że coś, w czym reżyser był gotów umieścić takiego potworka, nie może być udane. Jeśli zlekceważy pierwsze objawy, zostaje (podobnie jak w „dwójce”) narażony na kolejną wyprawę w zrujnowaną przyszłość świata. Głównym przeciwnikiem jest Strażnik tytułowego Źródła – postać tak kuriozalna, że ze świecą szukać drugiej takiej. W tym filmie złe jest dosłownie wszystko: żenująca scenografia, groteskowa charakteryzacja, tandetne efekty wizualne, fatalne aktorstwo – nawet w wykonaniu obsady serialu, która wcześniej nie prezentowała się nigdy tak źle. Piąty film zdekapitował serię i nasikał na jej trupa.

Gdzieś po drodze był jeszcze serial animowany i film anime, powieści, komiksy, słuchowiska i gry – uzbierało się tego całkiem sporo. Teraz jednak nadeszła pora na całkowite odświeżenie konwencji. Niestety, mówi się o tym wyłącznie w kontekście remake’u – a jest to film z wielu powodów niepowtarzalny. Szkoda, że właściciele praw, dysponując franczyzą, która daje tak ogromne pole do popisu, trzymają się utartych szlaków. A wystarczyłoby wprowadzić nowe postacie i można by pokierować serię na zupełnie nowe tory. Czy można mieć nadzieję, że ktoś decyzyjny pójdzie po rozum do głowy? Patrząc na dotychczasowe losy „Nieśmiertelnego”, śmiem wątpić. Ale nadzieja umiera ostatnia.

Marcin_Przybyłek_Wywiad_Dzika_Banda
Poprzedni

Marcin Przybyłek - człowiek, który pamiętał przyszłość [wywiad]

Jaguar
Następny

Niepowszedni. Porwanie - świetne i swojskie młodzieżowe fantasy [recenzja]

Jerzy Rzymowski

Jerzy Rzymowski

Jerzy Rzymowski (JeRzy) - redaktor, dziennikarz, okazjonalnie pisarz i tłumacz. Członek Klubu Tfurców. Członek-założyciel Polskiego Towarzystwa Badania Gier. Niegdyś redaktor magazynów „Kruk” i „Magia i Miecz” oraz tygodnika internetowego „GameStar”. Był współscenarzystą cyklu programów dla dzieci „Łowcy przygód” dla TVP1. W latach 2000-2002 współprowadził na antenie Radiostacji audycję „Dzikie Pola”. Jego opowiadania ukazały się m.in. w magazynie „Fenix” (1997) oraz w antologiach „Niech żyje Polska, hura!, t.2” (2006) i „Wizje alternatywne 6” (2007). Obecnie redaktor naczelny miesięcznika „Nowa Fantastyka”.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz