TEKSTY 

Phil Collins – król kochanego kiczu

Phil Collins jest ikoną popkultury i legendą muzyki pop. Należy także do elitarnego grona trzech muzyków, którym udało się sprzedać ponad sto milionów płyt na świecie. I choć jest już na muzycznej emeryturze, to nie znaczy, że odpoczywa i nic nie robi. Właśnie ukazały się reedycje dwóch jego solowych albumów „Face Value” i „Both Sides”. Prace nad nimi nadzorował osobiście.

W 2008 roku po zakończeniu trasy koncertowej z grupą Genesis, Phil Collins oświadczył na łamach magazynu „New Musical Express” i przechodzi na emeryturę. – Koniec z trasami, koncertami i płytami, nie mam już nic do powiedzenia i nich tak zostanie. – twierdził wówczas. O ile tego typu oświadczenia gwiazd należy zawsze przyjmować z pewną dozą rezerwy, wszak młodszy o dwie dekady Jay-Z odchodził już dwa razy na emeryturę i zawsze z niej wracał, to w przypadku Collinsa wydawało się ono prawdziwe. Podczas trasy z Genesis muzyk powiem uszkodził sobie kręgi szyjne, które sparaliżowały jego ręce i uniemożliwiły mu granie na perkusji. Mimo operacji, jaką przeszedł w 2009 roku wyrok lekarzy był jednoznaczny. Nigdy nie odzyska pełni władzy w lewej dłoni i nigdy nie sięgnie już po pałeczki. Dla muzyka, który na domiar złego kilka lat wcześniej dowiedział się, że traci słuch ta informacja powinna być druzgocąca. Ale Collins należy do wąskiego grona facetów, którzy się nie poddają.

Zamiast płakać nad utraconymi zdolnościami, postanowił wtedy nagrać nowy album. – To tak naprawdę nie tyle nowy co stary  – mówił na spotkaniu artysta. – zaśpiewam na nim piosenki, które pamiętam z dzieciństwa. A na jakich utworach wychował się twórca hitu „In The Air Tonight”? Ano na standardach soulowych nagrywanych w kultowej wytwórni Motown. Tak powstała jego ostatnia studyjna płyta „Going Back”.

Niemal wszystkie partie perkusyjne na płycie, mimo swojego upośledzenia zagrał Collins. Jak mu się to udało? W prosty, a zarazem przejmujący sposób. Aby utrzymać pałeczkę w niewładnej dłoni, przykleił ją sobie do palców taśmą klejącą.

Poświęcenie dla muzyki artysty docenili krytycy na całym świecie. Po miażdżących recenzjach poprzedniego krążka Collinsa „Testify”, gdzie pisano, iż muzyk się skończył i nie ma już nic do powiedzenia, „Going Back” okrzyknięto odrodzeniem. Płyta zebrała przyzwoite recenzje i całkiem nieźle się sprzedała. Ale wbrew plotkom, które wówczas pojawiły się w prasie jej sukces nie oznaczał powrotu na scenę. – Nie mam potrzeby pisania własnych piosenek, bo wydaje mi się, że już wszystko napisałem. Czasami po prostu warto powiedzieć sobie dość – twierdził w rozmowie.

Deklarację tę powtarzał potem w wielu wywiadach. A co bardziej złośliwi krytycy przyjęli ją z uśmiechem i niekłamaną radością. „Nareszcie Phil Collins zrozumiał, że mamy już dość piosenek Phila Collinsa” –  pisano w niektórych brytyjskich periodykach. Bo chociaż były perkusista Genesis, kojarzony jest głównie z przyjemnymi popowymi piosenkami, mimo to  jest na Wyspach muzykiem wywołującym spore kontrowersje, a jego kompozycje bardzo często były dosłownie mieszane z błotem i okrzykiwane mistrzostwem kiczu. Stało się tak, bowiem Brytyjczycy wciąż nie mogą wybaczyć Collinsowi porzucenia art-rockowej estetyki, z jaką kojarzona była grupa Genesis w latach 70. na korzyść prostego popu.

Nie przeszkadza to jednak fanom Collinsa na całym świecie. I tak więc podczas kiedy krytycy muzyczni wieszali na autorskich produkcjach Collinsa psy, publiczność je masowo wykupywała.  Jego solowe krążki sprzedały się w nakładzie ponad stumilionowym nakładzie, co zagwarantowało mu trzecie miejsce w panteonie najpopularniejszych  gwiazd popu, tuż za Michaelem Jacksonem i Paulem MacCartney’em.  Zaś jego drugi solowy album „No Jacket Required” w 1985 roku zdetronizował z pozycji najlepiej sprzedającej się płyty w Stanach Zjednoczonych „Thriller” Michaela Jacksona.

Warto dodać, że Phil Collins jest bogiem muzyki nie tylko w środowisku wielbicieli muzyki pop. Otóż cieszy się on niezwykłym szacunkiem w środowisku… muzyków hip hopowych. Znany raper DMX sięgał po jego przebój „In the Air Tonight” dwa razy przerabiając go na rapową wersję. Raz przerobił go Jay-Z. Podobnie z piosenkami Collinsa robili Ol’ Dirty Bastard (nieżyjący członek Wu Tang Clanu), raperka Lil’ Kim czy świętej pamięci 2Pac. W 2001 roku gwiazdy rapu i muzyki R’n’B oddały hołd wokaliście nagrywając płytę  „Urban Renewal” na której przerobili znane przeboje artysty.

Co ciekawe mało brakowało a Phil Collins nigdy nie zostałby muzykiem. Matka przyszłej gwiazdy popu całe życie pragnęła, aby jej syn był aktorem. A że z zawodu była dziecięca agentką teatralną, wpychała małego Phila na wszelkie możliwe castingi. W wieku sześciu lat występował już w telewizyjnych reklamówkach, zaś mając lat jedenaście w słynnym musicalu „Olivier!” zagrał rolę Artful Dodgera. Występował na londyńskim  West Endzie przez blisko dziewięć miesięcy. Na szczęście aktorstwo szybko znudziło się Collinsowi, który w tym samym czasie odkrył uroki grania na perkusji, zaś w 1963 roku postanowił poświęcić swoje życie muzyce. Uczęszczając do szkoły w londyńskiej dzielnicy Chiswick założył swój pierwszy zespół The Real Things, oraz napisał pierwszą piosenkę „Lying, Crying, Dying”, która mimo pokładanych w niej nadziei nie odniosła sukcesu.

Podobnie było z pierwszą poważną grupą rockową w której grał – Flaming Youth. Mimo iż podpisali w 1969 roku, kontrakt z wytwórnią płytową a nawet wydali krążek „Ark 2” dziś pamiętają o niej tylko najwięksi fani perkusisty. Flaming Youth szybko się rozpadło. – Nikt z nas nie traktował grania na poważnie, znaczy traktowaliśmy je na poważnie tylko zamiast na graniu koncentrowaliśmy się na kłóceniu – wspomina po latach. I kiedy wydawało się iż Collins pozostanie kolejnym bezrobotnym brytyjskim perkusistą, do muzyka nagle uśmiechnęło się szczęście. W 1970 roku George Harrison tuż po rozpadzie The Beatles nagrywał swój słynny solowy album „All Things Must Past” i do zagrania na perkusji zaprosił m.in. Collinsa.

Dwudziestoletni wówczas muzyk był tak przejęty tym wyróżnieniem, że z wrażenia nie zapamiętał nic ze swojej gry. Tym większe było jego rozczarowanie, gdy po wydaniu albumu nie znalazł swojego nazwiska na liście płac. Gdy zapytał Harrisoan dlaczego nie został uwzględniony ten puścił mu fragment jakiejś koszmarnej kakofonii. Dopiero w 2000 roku Collins dowiedział się iż padł wówczas ofiarą okrutnego żartu Harrisona. To co puszczono Collinsowi było zapisem próby technicznego. Jego partie perkusyjne były bardzo dobre i znalazły się na płycie, tyle  że niepodpisane jego nazwiskiem. Zapytany dla czego tak się stało Harrison z rozbrajającą szczerością odparł, iż o nim zapomniał.  Nazwisko Phila pojawiło się w rozpisce muzyków biorących udział w sesjach dopiero przy reedycji płyty w 2000 roku.

Na szczęście o talencie Collinsa nie zapomniał Peter Gabriel wówczas lider zespołu Genesis, który po przesłuchaniu na próbie perkusisty zaproponował mu angaż w zespole. W zasadzie od tego momentu zaczyna się wielka kariera Collinsa, który po tym jak w 1975 roku Gabriel opuścił szeregi grupy stał się jej liderem. Pięć lat później rozpoczął solową karierę, zaś jego pierwszym wielkim hitem okazał się piosenka odrzucona przez kolegów z zespołu czyli „In the Air Tonight”. Jeden z nielicznych utworów w historii muzyki pop, który stał się kanwą miejskiej legendy. Otóż enigmatyczny tekst śpiewany przez  Collinsa wiele osób zinterpretowało, jako opowieść o tym jak widział on popełnianą zbrodnię –  tonącego człowieka, któremu celowo ktoś nie pomógł. Po latach Collins uciął plotki, iż nie jest to piosenka o zabójstwie. – Sam dokładnie nie wiem, o czym ona jest. Przechodziłem przez ciężki rozwód i ten numer był wyrazem mojej wściekłości, niczym innym – tłumaczy.

W tym roku Phil Collins skończy sześćdziesiąt pięć lat. Na koncie ma już Oscara za piosenkę do filmu („Tarzan”), dwa Złote Globy, siedem nagród Grammy, osiemnaście nominacji i status międzynarodowej gwiazdy. Nie tęskni za sceną, a niezdolność do grania rekompensuje sobie pracując nad takimi remasterami jak wydane właśnie „Face Value” i „Both Side” – Czasy, w których piłem na umór z Erikiem Claptonem do tego stopnia, iż nie poznaliśmy się na trzeźwo mam już za sobą – opowiadał. Dziś pije tylko wino, słucha soulu i opiekuje się dziećmi (a z trzech małżeństw trochę mu się ich uzbierało). Pytany o to czy nie ma żalu do dziennikarzy o to iż mówią o nim król kiczu odpowiada z uśmiechem na ustach – życie jest zbyt krótkie, żeby przejmować się bzdurami.

jeruzalem.40702
Poprzedni

Jeruzalem - izraelski horror demoniczny [recenzja]

sup unchained
Następny

Superman: Wyzwolony - Superman, na jakiego czekaliśmy [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

1 Comment

  1. Szymon
    2016-01-31 at 17:24 — Odpowiedz

    „No jacket required” było trzecim solowym albumem Phila, nie drugim. Poza tym sporo literówek i błędów interpunkcyjnych. Ale mimo wszystko tekst ciekawy i czyta się go dobrze.

Dodaj komentarz