TEKSTY 

Przewodnik po Mrocznej Wieży w świecie komiksu

Wydawnictwo Albatros właśnie wydało ostatni z zapowiadanych komiksów z cyklu „Mroczna Wieża” opartych na powieściach Stephena Kinga. Nim zaczniemy rozważać, czy seria będzie kontynuowana, przyjrzyjmy się dotychczasowym albumom.

„Narodziny rewolwerowca”, oryginalnie wydany w 2007 roku, w Polsce pojawił się w roku 2010. Dziś jest, niestety, już niemal niedostępny. Opasły tom w twardej oprawie zawiera siedem zeszytów składających się na opowieść Rolanda, którą znamy z powieści „Czarnoksiężnik i kryształ”. Poznajemy więc same początki młodego rewolwerowca, jego słynny pojedynek z Cortem, zdradę matki, pierwsze przyjaźnie, misje i przede wszystkim miłość. Od razu muszę zwrócić uwagę na znakomite rysunki Jae Lee i Richarda Isanove’a, którzy perfekcyjnie połączyli klimat westernów Sergio Leone ze średniowieczną tradycją, całość naznaczając mistrzowsko upiorną atmosferą dark fantasy. Kunszt rysownika i kolorysty podkreślają jeszcze dodatkowe czterdzieści cztery strony zawierające szkice, grafiki koncepcyjne oraz alternatywne okładki do poszczególnych zeszytów. Jest to niewątpliwa gratka dla każdego miłośnika komiksów, bo w sumie do nich właśnie skierowano wydawnictwo. Nie ma co ukrywać, że wstrząsająca, przejmująca i dramatyczna historia miłości Suzan Delgado i Rolanda została tutaj straszliwie spłycona i choć twórcy wycisnęli z niej co się dało na dwustu stronach komiksu, trudno nie zauważyć, że język rysunkowy nie podołał ciężarowi tematu. Przyznaję, pojedynki i walki wyglądają fenomenalnie, Eldreda Jonasa nie będę mógł już sobie wyobrazić inaczej, ale fakt, jak została spłycona miłość głównych bohaterów, jak pominięto liczne wątki ukazujące rozwój tej zażyłości, czy też ile innych wątków wzbogacających powieść zostało tu przemilczanych powoduje, że mamy do czynienia z wersją dla leniwych, którzy nie chcą czytać książki, lub tych, którzy zechcą sobie całość odświeżyć. Tak czy inaczej, polecamy najpierw zapoznać się z oryginałem.

„Długa droga do domu” to tom znacznie krótszy (120 stron plus dwadzieścia parę z grafikami koncepcyjnymi i alternatywnymi okładkami), zawierający pięć zeszytów wydanych w 2008 (w Polsce również w 2010). Tym razem twórcy (Robin Furth i Peter David) mogli w pełni rozwinąć skrzydła wyobraźni i dopowiedzieć historię powrotu Rolanda do Gilead po tragicznych wydarzeniach opisanych w poprzednim tomie. Nie musieli oglądać się na oryginał Kinga, a rysownicy zrobili co mogli, by opowieść o zatraceniu się młodego rewolwerowca poruszyła czytelnika. Fenomenalnie ukazano tu przenikanie się światów technologicznej przeszłości z archaiczną współczesnością, szalone wizje Rolanda to już klasa sama w sobie, a zmutowanych wilków i Karmazynowego Króla zapomnieć się nie da. Oto wspaniały dowód, że seria może żyć własnym życiem, nie oglądając się na oryginał, jednocześnie pozostając mu wierną i dopowiadając liczne wątki.

„Zdrada” (wydawana w latach 2008-2009, w Polsce zebrana w jeden tom w roku 2011) na 150 stronach (plus ponad dwadzieścia dodatków) zawiera opowieść przygotowań do obrony Gilead przed atakiem Farsona Dobrego Człowieka. Z jednej strony jest to chwila oddechu po ekscytującej „Długiej drodze do domu”, z drugiej, klimat i napięcie jest tu tak gęste, że atmosferę można kroić nożem. I tym razem udało się twórcom świetnie uzupełnić fabułę opowiedzianą przez Kinga, wzbogacając je swoimi pomysłami i obrazami, nadając nowe znaczenie „powieści graficznej”. Zdecydowanie mus dla miłośników nie tylko komiksów, ale i całego cyklu książkowego.

„Upadek Gilead” oryginalnie ukazał się w 2009 roku w sześciu zeszytach (polscy czytelnicy mogli się nim cieszyć od roku 2012), w ponad dwustustronicowym albumie (z czego dwadzieścia stron stanowią klasycznie dodatki). Zgodnie z tytułem stajemy się tutaj świadkami epickiej i z góry skazanej na niepowodzenie walki ostatnich obrońców Gilead z hordami wściekłych zastępów Farsona. Tym razem prym wiodą scenarzyści skutecznie trzymający w napięciu do ostatnich niemal chwil, a rysownikom zdarzają się lekkie niedopatrzenia w postaci kilku mniej starannych plansz z finalnym szturmem mutantów. Tak czy inaczej, fani otrzymują jeden z najbardziej ponurych i brutalnych albumów w serii.

Cykl marvelowskich komiksów o Mrocznej Wieży zamknął album „Bitwa o Jericho Hill”, w Polsce wydany w 2013 roku, zawierający pięć zeszytów z lat 2009-2010. Tutaj następuje domknięcie przeszłości Rolanda, dowiadujemy się o tragicznej w skutkach tytułowej bitwie i ostatecznym zwycięstwie Farsona, oraz śmierci ka-tet rewolwerowca. Z jednej strony nie ma tu nic, co nie zostałoby wcześniej wspomniane w powieści, z drugiej, jest to znów perfekcyjne, wyraziste i brutalne dopełnienie cyklu książkowego.

Wszystkie zachwycają oprawą, kolorami, w większości grafikami i niesamowitym dopełnieniem historii opowiedzianych przez Stephena Kinga.

Posługując się frazesem, że natura nie znosi próżni, koniec serii „Mroczna Wieża” nie oznaczał wcale, że Marvel zamierza zrezygnować z kury znoszącej złote jajka. Tak więc powstała kolejna seria: „Mroczna Wieża: Rewolwerowiec”. Serię zaczęto wydawać w roku 2010, a pierwsze pięć zeszytów w Polsce zebrano w jeden tom w 2014.

„Początek podróży” nosi wszystkie znamiona opowieści pisanej dla pieniędzy. Pomijam fakt, że zawiązanie fabuły, jak i jej rozwinięcie są dość naciągane. Zmilczę nawet wątki nadętych retrospekcji, czy nagłego pojawienia się dziewczyny podobnej do Susan Delgado (jak to się ma do późniejszych losów Rolanda, to już twórcy nie myśleli). Niestety, zdarzyło się tu kilka błędów logicznych, a już motyw z Alleen powoduje, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy twórcy czytali wcześniej swoje poprzednie opowieści. Jakim cudem bowiem dziewczyna, która w „Bitwie pod Jericho Hill” została przebita włócznią i zmarła, tutaj jednak żyje, a jej obrażenia nie wskazują, co się z nią wcześniej stało? Poza tym, w magiczny sposób odrastają jej włosy, a wszystko po to, by chwilę później znów zginęła. Czyżby zabrakło pomysłów, jak jeszcze bardziej sponiewierać Rolanda? Wreszcie ostatni, ale wcale nie najmniejszy zarzut. Zaszła zmiana na stanowisku rysownika i Jae Lee zastąpił Sean Phillips. Zmiana ta jest nad wyraz odczuwalna, nie chodzi bowiem tylko o przyzwyczajenie, ale fakt, że nowy rysownik momentami starał się nazbyt mocno nadać realizmu swym pracom, jednocześnie hołdując niezwykłemu stylowi poprzednika. Skutek tego jest taki, że momentami wygląda to wszystko karykaturalnie. Zdecydowanie najsłabsza odsłona serii. Można się zastanowić, czy w ogóle jest sens kontynuować serię, ale…

„Siostrzyczki z Elurii” pokazały, że da się to zrobić ciekawie. Przede wszystkim zmieniono znów rysownika. Został nim Luke Ross, któremu daleko do eterycznego realizmu Jae Lee, ale jego kreska jest znacznie pewniejsza i mniej karykaturalna niż ta, którą Sean Phillips popsuł „Początek podróży”. Fabularnie zaś mamy tu zmieszczone na 120 stronach zobrazowane opowiadanie Kinga o tym samym tytule. Adaptacja wyjątkowo udana i dająca nadzieję na przyszłość. To tu, jak nigdzie indziej w cyklu, Roland wpada w sidła prawdziwego horroru. Wątek miłosny jest sztampowy do bólu, ale czyż nie takich oczekuje się od bohaterów pokroju rewolwerowca? Wydana oryginalnie w latach 2010-2011 opowieść miała właśnie swą premierę w Polsce i umożliwia zapoznanie się z serią bez oglądania się na literacki pierwowzór, czy poprzednie części. Jeśli ktoś chce sprawdzić, czy go od Mrocznej Wieży nie odrzuci, może zacząć z tego miejsca…

Albo jeszcze lepiej od „Bitwy o Tull”. Wydana właśnie zbiorcza wersja serii zeszytów publikowanych w 2011 roku to w zasadzie rysunkowe streszczenie pierwszego tomu powieści. O tyle udane, że przemawiające nieco innym językiem niż literacki pierwowzór, co wcale nie znaczy, że gorszym. „Roland” był powieścią unikalną, bardzo oniryczną i niesamowitą, „Bitwa o Tull” stawia na naturalizm i brutalność. Może to być zasługa nowych rysowników (Michael Lark, Stefano Gaudiano), ale również uatrakcyjnienia fabuły, która dla niektórych czytelników mogłaby się okazać zbyt monotonna i za mało dynamiczna. Jeśli więc nie czytaliście jeszcze nic ze świata Mrocznej Wieży, a macie obawy, czy będzie on Wam pasował, zaryzykujcie spotkanie z tym komiksem. Jest duża szansa, że znajdziecie się na drodze, z której ciężko już zejść.

I to już. Wszystkie wydane przez Albatros do tej pory albumy z komiksami ze świata „Mrocznej Wieży”. Wszystkie zachwycają oprawą, kolorami, w większości grafikami i niesamowitym dopełnieniem historii opowiedzianych przez Stephena Kinga. Pozostaje mieć nadzieję, że pozostałe pięć albumów również doczeka się polskiego wydania.

Fox Games
Poprzedni

Bitwa o Tortugę - piraci na planszy [recenzja]

Amerykańska liga sprawiedliwości
Następny

Amerykańska Liga Sprawiedliwości: Najbardziej niebezpieczni - Liga nieścisłości [recenzja]

Łukasz Radecki

Łukasz Radecki

Pisarz, nauczyciel, poeta, muzyk, redaktor, publicysta. Autor zbiorów opowiadań - "Kraina bez powrotu: Opowieści Niesamowite" (2009), "Horror klasy B" (2015), oraz cyklu „Bóg Horror Ojczyzna” (do tej pory dwa tomy: „Złego początki” i „Wszystko spłonie”) (2013). Wraz z Kazimierzem Kyrczem Jr wydał zbiór "Lek na lęk" (2011), z Robertem Cichowlasem zaś „Pradawne zło” (2014) oraz powieści "Miasteczko" (2015) i "Zombie.pl" (2016). Muzyk zespołów ACRYBIA, DAMAGE CASE i WILCY. Prowadzi własny blog literacki, stale pisze dla Horror Online, Grabarza Polskiego, Atmospheric Magazine i Dzikiej Bandy. Szczęśliwy mąż, ojciec dwójki dzieci.

1 Comment

  1. 2015-11-13 at 10:56 — Odpowiedz

    Tylko, że w polskim wydaniu poleciały dodatki Robina Furtha opisujące historię świata i genezę Karmazynowego Króla. Nie wyszły także dwa zeszyty wydane w ramach serii. Albatros wydaje tylko tłumaczenia komiksów, skrzętnie pomija teksty.

Dodaj komentarz