TEKSTY 

R. L. Stine – większy od Stephena Kinga

Halloween to praktycznie jego święto. Sprzedał o 50 milionów więcej książek niż Stephen King, jest popularniejszy od Johna Grishama. Nowa „Gęsia Skórka” rządzi w amerykańskich kinach – choć do nas dotrze dopiero w lutym. A przecież to nie jedyne powody, by przypomnieć bestesllerowego autora horrorów dla młodzieży, R. L. Stine’a.

W świat grozy wchodziłem powoli i nieufnie. Nim moją wyobraźnią zawładnęło „Z archiwum X”, kojarzące się z horrorową terapią szokową, minęło wiele księżyców. Któregoś razu, nieświadomym dziecięciem będąc odpaliłem bodaj TV4 i wsiąkłem w serial, który roztaczał aurę grozy, ale nie był tak straszny, jak się przedstawiał. Wystarczył jednak, by odpalić umysł dziesięciolatka. Mowa oczywiście o „Gęsiej Skórce”, młodzieżowym serialu, który gromadził przed telewizorem masę widzów. U nas co prawda kaleczyli go koszmarni aktorzy dubbingujący, ale komu to wtedy przeszkadzało?

R. L. Stine to chodzący paradoks. W Europie mało kto go pamięta czy rozpoznaje, podczas gdy w Stanach sprzedaje się lepiej niż Król Grozy, Grisham czy Koontz.

Przez niego musieliśmy spać przy zapalonym świetle. A i tak kochaliśmy te schematyczne w gruncie rzeczy historyjki. Swoją twórczość unurzał w pulpie rodem z lat ’50 ubiegłego wieku. Dostaliśmy całą plejadę klisz i klasycznych potworów, które wywołują rozczulenie, bo przecież nie strach. Przez historyjki w książkach i serialu przewijali się szaleni naukowcy, UFO, gigantyczne mrówki, żywe trupy, upiorne lalki, potworne mazie, zabójcze lub przeklęte urządzenia, demony i duchy. Na fali popularności przez czytelnicze półki przemknęło nawet kilka książek Stine’a i… od tamtej pory słuch po pisarzu w Polsce zaginął. Chyba nie byliśmy gotowi na zanurzonego w popie pisarza, który tworzył głównie dla dzieci. Na przełomie milenium nikt w kraju nie traktował poważnie takiego twórcy.

Na Zachodzie jest trochę inaczej. Dlaczego? Stine pisze przede wszystkim o Stanach Zjednoczonych i dla Stanów Zjednoczonych. Pomiędzy wierszami zbudowanymi z kiczu, klisz i pulpy portretuje klasę średnią. Tam wszystko to, co u nas wywołało lekceważenie, potraktowano jak zaletę. Stało się fundamentem, na którym urósł prawdziwy gigant.

Można zaryzykować stwierdzenie, że był jednym z tych cudownych dzieciaków, które zaczynają pisać, kiedy tylko uczą się jako tako łączyć znaczki w zdania. Pierwsze literackie próby podjął w wieku dziewięciu lat. To nie jest jakaś rewelacja, ale umówmy się – w tym wieku większość z nas, to oglądała się za komiksami ze Spider-manem lub Tytusem, Romkiem i Atomkiem. Tymczasem Stine dopadł maszynę do pisania – i tak to się zaczęło. Pierwsze próby były historyjkami humorystycznymi, udanymi na tyle, na ile to możliwe w tym wieku.  W trakcie studiów na Uniwersytecie Stanowym w Ohio redagował humorystyczny magazyn, a kiedy zakończył edukację, ruszył do Nowego Jorku. Tam rozwinął skrzydła jako pisarz. Zyskiwał stopniową popularność, tworzył kolejne cykle (poza „Gęsią skórką” – były to między innymi „Mostly Ghostly”, „Fear Street”, „The Nightmare room”). Współtworzył także show „Eurecka’s Castle” dla Nickoleodonu. Były  mniej lub bardziej udane gry komputerowe.

Jego dokonania można by wymieniać w nieskończoność. Po cichu stworzył imperium i chodliwą markę. Dość powiedzieć, że wylądował na liście najbogatszych pisarzy według „Forbes” – i to bez robienia plotkarskiego szumu. Stine nie buduje zresztą jakiegoś konkretnego image’u. Nie wywleka swoich traum, wypije jak równy z równym. Nie musiał poruszać publiczności trudnym dzieciństwem, odwykiem czy gejowskim epizodem. Po prostu robił swoje. Wciąż robi.

Historie opowiadane przez Stine’a rzadko są jednak tylko pustą rozrywką ozdobioną pulpową estetyką. Autor – wybaczcie zgrane określenie – uczy i bawi.  Traktuje swoich odbiorców poważnie. W tym dobrym, wybitnie nie-szkolnym znaczeniu. Chwilami przybiera wręcz pozę starego rebela, który patrzy i nie wierzy własnym oczom. Jako znakomity obserwator, celnie punktuje przywary zmanipulowanej, urobionej przez media klasy średniej, dotkniętej widmem amerykańskiego snu. Doskonale pamiętam odcinek „Gęsiej skórki”, w którym przejechał się po modnych w latach ’90 sposobach tresury młodzieży, serwowanych hurtowo przez telewizyjnych speców i domorosłych pedagogów/psychologów. Pewnie znacie tę zarazę, przenosi się drogą podręcznikową. Stine wykorzystał prostą i dosadną, ale obrazową metaforę podmiany niesfornych, pomysłowych i kreatywnych dzieciaków na posłuszne roboty. Wyłapał tendencję, przez którą cierpiało całe pokolenie jego odbiorców.

A przecież było tego więcej. Stine brał się za bary z konsumpcjonizmem, naiwnością, medialnymi manipulacjami i całą masą przywar toczących jego ukochane społeczeństwo. Zupełnie przy okazji obszedł bezsensowny cenzorski system rządzący telewizją i stworzył swoiste „gore dla młodzieży”, pełne rozpadających się maszkaronów, rozpuszczanych w kwasie upiorów i nadziewanych jak szaszłyki mutantów.

W wielu odcinkach serialu występował jako narrator. R. L. Stine to zresztą facet pełen humoru i dystansu do siebie. W najnowszym filmie, „Gęsia Skórka”, stał się pełnoprawnym bohaterem, sportretowanym przez bezbłędnego Jacka Blacka. Aktor wygłasza zresztą credo pisarza i pokazuje schemat, według którego powstają kolejne powieści. Wstęp, rozwinięcie i twist fabularny. Jak dotąd sprawdzał się doskonale.

Co ciekawe, Stine od czasu do czasu pokazuje inne oblicze. Drapieżne, przeznaczone absolutnie dla dorosłych, przerażające, podlane prawdziwą, ludzką krwią. Tak jak w „Przesądnym”, mało znanej w Polsce powieści grozy.  Zabiera nas w świat przesądów i makabrycznych morderstw. Mocne, mroczne, prezentuje naprawdę brutalne sceny i zostawia nas z prawdziwym, dojmującym niepokojem na wiele, wiele nocy. R. L. Stine to chodzący paradoks. W Europie mało kto go pamięta czy rozpoznaje, podczas gdy w Stanach sprzedaje się lepiej niż Król Grozy, Grisham, czy Koontz.

Wychylmy za jego zdrowie i powspominajmy, jak powoli i systematycznie pozbawiał nas zdrowia psychicznego. Niedawno obchodził zresztą urodziny. Halloween to jego święto. Może nawet bardziej, niż jakiegokolwiek innego pisarza grozy.

strategia mistrza review 02
Poprzedni

Strategia mistrza - Upadek króla dopingu [recenzja]

Starz
Następny

Ash vs Evil Dead - skopać tyłki demonom [recenzja]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz