TEKSTY 

Rocky – to nie koniec, póki się nie skończyło

„It’s not over, until it’s over” – cytat, służący również jako hasło reklamowe pierwszej części „Rocky’ego”, spokojnie mógłby powiedzieć Jezus. Znaczy tyle, co „Nie ma przegranych dopóki ringo w grze”. Czy, bardziej banalnie: „Nie poddawaj się, póki to zależy od Ciebie”.

Wyobraźcie sobie taką scenkę: Trwają Harcerskie Mistrzostwa Polski w Ringo w Byczynie. A, bo nie wiecie co to gra w ringo? Mówiąc najkrócej i upraszczając powiem, że to taka niby siatkówka, tyle, że z gumowym kółkiem, gdzie można grać w duetach, trójkach, czwórkach lub solo. W naszej scence trwa właśnie taki mecz jeden na jeden. Po lewej gra wysoki, wysportowany chłopak zwany przez wszystkich Makumbą – tak się zgrało, piosenka Big Cyc i kolor skóry chłopaka – a po lewej krągły, pyzaty i już solidnie zasapany Radek Pałka. Współczuliśmy mu tego meczu jak mało komu, bo to pierwszy, eliminacyjny, a on trafił na faworyta, właściwie pół zawodowca przynależącego do ogólnopolskiej ligi tego sportu. My wszyscy byliśmy amatorami grającymi tylko czasem na rajdach, obozach czy zbiórkach, bez kondycji, bez treningu, techniki. Bez szans. No ale ambicji, zwłaszcza gdy już stoisz na boisku, do rozsądku nie przekonasz.

Napisałem wcześniej „gra”, ale to nie do końca oddaje to, co działo się na boisku. Makumba raz za razem, spokojnie spacerując po swojej połowie, przechwytuje łatwe kółka i posyła je to w jedną, to w drugą stronę przeciwnego pola, a Radek czerwony, spocony i słaniający się na nogach jak Mikołaj z końcem grudnia próbuje je wyłapać. Gdy mu się udaje, co samo w sobie zdarza się rzadko, jest tak  dumny, że po prostu przerzuca kółko na drugą stronę, ot, by się go pozbyć. Makumba łapie i tak w kółko. Trzynaście do zera, gra się do piętnastu.

I nagle nasz drużynowy, ni to żartem, ale jednak jakoś poważnie złożył ręce w tubkę i woła do Radka: „Dawaj Radziu, nie poddawaj się. Nie ma przegranych dopóki ringo w grze!”

Uznaliśmy to wtedy za strasznie śmieszne. Co więcej, rozbawiło to również sędziego i czarnoskórego chłopaka, który odwrócił się do nas, by coś powiedzieć. I wtedy poszybowało ciśnięte przez Radka kółko. Punkt. Jedyny jaki zdobył w tym meczu i w ogóle turnieju. Ale, cholera, punkt u Makumby!

Przypomniałem sobie tę sytuację stojąc w Filadelfii na szczycie schodów Rocky’ego. Tak, tych, które, gdy stoisz na ich szczycie, zziajany, spocony, sprawiają, że masz wrażenie jakbyś latał. Jestem trochę zziajany, bo zupełnie nie w formie, a na potrzeby filmu kręconego przez Patryka Jurka w ramach „Przez Stany w Popświadomości” wraz z Agatą Kozłowską i Bartkiem Czartoryskim pokonywałem te znane niemal każdemu stopnie raz po raz dobrych kilka razy. A potem jeszcze podskakiwałem wymachując rękami na lewo i prawo i krzyczałem coś, nie bacząc na kontrolę oddechu. I teraz wyobraźcie mnie sobie tam, w szarej bluzie z kapturem, pożyczonych od Bartka spodniach od dresu i obowiązkowych Conversach. Stopy na odciśniętych w betonie śladach stóp Stallone’a. Wydają się małe. Stoję tam i patrzę na Filadelfię, na ciężarówki sprzętu i rozmontowywane konstrukcje na polach parku przed sobą. Dwa dni wcześniej był tu papież i zastanawiamy się wszyscy, czy też wbiegał i skakał. Albo choć czy nawiązał w kazaniu do Rocky’ego. Łatwo sprawdzić, ale jakoś nikt z nas tego nie robi. Wolimy wiedzieć, że tak.

„It’s not over, until it’s over” – przecież ten cytat, służący również jako hasło reklamowe pierwszej części, spokojnie mógłby powiedzieć Jezus. Znaczy tyle, co „Nie ma przegranych dopóki ringo w grze”. Czy, bardziej banalnie: „Nie poddawaj się, póki to zależy od Ciebie”.

Nie pamiętam kiedy pierwszy raz oglądałem „Rocky’ego” ale doskonale tkwi w mej pamięci to wrażenie, że oto zostałem oszukany. Bo jak to, myślałem tym swoim szczeniackim umysłem, tak się starał, tyle pracował i przegrał?! Przecież to bez sensu. Obejrzana zaraz potem kontynuacja sprawiła, że odetchnąłem, potraktowałem oba obrazy jako połączone części. Jedynka, uznałem wtedy, nie istnieje bez dwójki, bo dobro zwycięża zawsze, a przecież to Rocky jest dobry. Miły, skromny, trochę zagubiony i mówiący niewyraźnie, co dawało się słyszeć nawet przez lektora. Nie znałem wtedy angielskiego w ogóle, więc nie wiedziałem co Stallone mówi, ale dało się słyszeć różnicę. U innych to były słowa doprawione akcentem. U niego bełkot. Ale z tego bełkotu wyłaniał się człowiek jakiego chciałbym poznać. Nieśmiały, skryty, skromny, a jednocześnie niebywale silny i wytrwały. No i otwarty, przekonany, że świat może nie jest idealnym miejscem, ale życzliwością ugrasz całkiem sporo. I nawet praca jaką podówczas wykonywał bokser – osiłek na usługach lokalnego mafioza – nie znaczyła w mych oczach tego szlachetnego obrazu. Z drugiej strony Creed czyli pewny siebie, arogancki typek, który w sporcie osiągnął wszystko, a teraz znudzony szuka sensacji. Jakim cudem Rocky przegrał?

Jak napisałem wyżej, dwójka dała mi poczucie sprawiedliwości, choć jak pamiętacie, o włos. Stałem przed telewizorem, gdy sędzia odliczał, a obaj przewróceni bokserzy usiłowali się podnieść. Skakałem, gdy udało się to właśnie Rocky’emu. Zasłużył, cholera! Zasłużył jak mało kto.

I wtedy, znowu w moim przypadku niedługo później, bo przecież wszystkie te filmy widziałem już na VHSach, przyszła trójka i tam kolejne zaskoczenie. Rocky przegrywa z aroganckim, wrednym i brutalnym pretendentem? Creed zastępuje Mickeya? Chce uczyć Rocky’ego i nauczyć go swoich technik? Nawet nie zauważyłem, że fabuła znowu poszła po tym samym co wcześniej schemacie, bo przecież tyle ją od wcześniejszych części różniło. Rocky natomiast stanął przed nowym rodzajem strachu – kiedy zaczynał, mógł bać się tego, że nie wyjdzie i zmarnuje swoją szansę. Teraz , gdy ową szansę wykorzystał, gdy osiągnął wszystko i w jednej chwili stracił, mógł sobie powiedzieć, że to przecież przypadek i zostać w tej bańce iluzji. I tak miał z tym skończyć, więc może lepiej, że tak? Ale to, co obok cytatu o końcu jest motywem przewodnim, największą mądrością tej filmowej sagi tego filmu (słowa o tym, z kim naprawdę mierzy się bokser w ringu) kolejny raz objawia się widzowi. Rocky przełamuje strach i wraca. To nie koniec, póki się nie skończyło.

Ale, myślę sobie teraz, co to znaczy „skończyło”? Kiedy tak naprawdę przychodzi koniec? Od trzeciej części, z każdym kolejnym epizodem Rocky kogoś lub coś traci. Najpierw Mickey, potem Creed, cały majątek,  ukochaną Adrianne czy wreszcie Pauliego – marudnego, opryskliwego, ale wiernego przyjaciela. I każda taka strata to nowe okoliczności na które prosty chłopak z włoskiej dzielnicy nie był przygotowany. Nowe wyzwanie. Nowy ring. I Rocky może się wahać, może się zastanawiać, ale my wiemy, że to nie wymóg scenariusza pcha go do walki, która będzie zwieńczeniem filmu. To dusza wojownika, który doskonale wie, że przegrywasz tylko wtedy, gdy nie podejmujesz wyzwania,  gdy odrzucasz szansę. I wtedy, za każdym razem, stawką jesteś tylko ty. Czy będziesz mógł ze sobą żyć, wiedząc, że się poddałeś, nie sprawdzając co na ciebie czeka?

Nie jestem sportowcem. Wieki temu (z szesnaście lat wstecz) trenowałem boks, ale dziś po tamtych czasach została mi jedna rękawica i parę wspomnień. Mogę jednak powiedzieć, że doskonale rozumiem powody, dla których Balboa raz za razem wystawiał się na łomot. I nawet gdy słyszę jego naiwne słowa o zgodzie, skierowane do radzieckiej wierchuszki w odstającej od reszty części czwartej, myślę nie: ale bzdura, a tylko: chciałbym mieć taką wiarę w ludzi i w to, że świat jest dobry. Czasem mam i wtedy coś zmienia się w moim życiu. Zwykle na lepsze.  Dlatego podejmuję ryzyko, dlatego tak często, naiwnie i głupio mówię sobie „Nie da się? To potrzymaj mi kurtkę i patrz!” Tak jak kiedyś, za dzieciaka, nie płakałem gdy złamałem rękę, bo McClane by nie płakał, tak teraz robię wszystko, co innym się wydaje szalone, bo Rocky. To nie koniec, póki się nie skończyło.

Szósta część filmu była nieomal idealna. Miałem wątpliwości po piątce, ale Stallone wiedział czego trzeba tak widzowi, jak i samemu Rocky’emu. Trzeba mu domknięcia kręgu. Wyzwania rzuconego tym razem starości, bólowi związanemu z tym, że wraz z odejściem żony życie stało się takie… zwyczajne, codzienne. Wojownikowi nie powiesz po prostu: to była choroba, jej śmierć -nie mogłeś wygrać tej walki. Walczył do końca, bo tak trzeba. A potem powoli pogodził się z losem. Do następnego wyzwania. Co z tego, że pozornie niemożliwego? Rocky kolejny raz zmierzył się z sobą samym. Tego przeciwnika znał jak nikogo innego.

I wreszcie „Creed”. Bałem się tego filmu. Długo rozmawialiśmy na ten temat z Bartkiem Czartoryskim, który zna i kocha tę serię jak mało kto. Długo z Maćkiem Linke, który jest wojownikiem i podobnie jak jego brat Mariusz, idą ścieżką Rocky’ego w swoim życiu. Mówiłem, że niby fajnie, ale po co? Przecież ta szóstka tak ładnie się domknęła. Że ten krąg i nie jestem pewien czy warto to wszystko poszerzać, tworzyć następne pokolenie…

A potem zobaczyłem film i zdałem sobie sprawę z dwóch rzeczy: Rocky nigdy nie spłacił długów wobec Creeda i Stallone nie mógł go takim zostawić. Musiał dać mu szansę, pamiętając jednocześnie, że żeby świat był taki, jakim widzi go Rocky, takich długów nie spłaca się osobie, u której go zaciągnąłeś, a komuś innemu. Tak tworzy się siatka dobra. I to też jest zasada, zgodnie z którą staram się żyć. Drugi powód jest jeszcze ważniejszy. Jest jedna walka, której Balboa nigdy nie stoczył. To walka z rezygnacją. Z poczuciem, że wszystko co miałeś przeżyć już za tobą, że przygoda życia, że to co dobre minęło i teraz zostaje tylko trwanie. Ale, cholera jasna, nie jest tak. Do ostatniego gongu w cholerę daleko…
Pisząc te słowa zdałem sobie sprawę, że to siódma część tego cyklu. I że zaczął się on w latach siedemdziesiątych, zupełnie jak inna saga święcąca w tej chwili ogromny tryumf. Tam, w odległej galaktyce też dokonuje się zmiana warty, nowe pokolenie dostaje prawo głosu. I choć rzeczywiście ciekawi mnie co powiedzą, Creed uświadomił mi, że to jednak nie moja bajka. Nie potrzebuję mądrości i potęgi Mocy, by w kolejnym kluczowym momencie życia wziąć sprawy w swoje ręce i odmienić swoje życie. Wystarczy mi świadomość, że to nie koniec. Póki się nie skończyło.

Successbl / Dzika Banda
Poprzedni

Najlepsze książki 2015 [podsumowanie roku]

Universal Pictures
Następny

10 filmów grozy – przewodnik dla absolutnego amatora

Jakub Ćwiek

Jakub Ćwiek

Jakub Ćwiek – publikując od dekady, miksuje różne podgatunki fantastyki z mediami innymi niż literatura. Tak powstał filmowo-serialowy "Kłamca", ukazujący kult gwiazd jako nową mitologię, rockowy "Dreszcz" będący komiksem zaserwowanym w postaci prozy, tworzący wizerunek polskiego superbohatera czy "Chłopcy", którzy nawet z najwygodniejszego fotela zabierają czytelnika na pustą drogę ciągnącą się aż po horyzont. Łącznie szesnaście tytułów. A gdy książki trafiają już do wydawnictwa, Kuba preleguje, podróżuje po świecie, grywa na gitarze, pisze teksty piosenek, scenariusze i felietony. Jego bohaterowie doczekali się komiksów, LARP-ów, filmów krótkometrażowych, adaptacji teatralnych, słuchowisk, gry karcianej i serii koszulek. Rock&Read Festival pokazało nowy sposób zabawy literaturą i rockiem, a gdzieś pomiędzy tym wszystkim Ćwiek znalazł jeszcze czas, by uścisnąć ręce Bruce'a Willisa, Jossa Whedona i Stephena Kinga oraz by założyć Browncoats of Poland. Za opowiadanie "Bajka o trybach i powrotach" otrzymał Nagrodę Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz