TEKSTY 

Ry Cooder – instytut pamięci muzycznej

Właśnie obchodzi pięćdziesięciolecie pracy na scenie, zaś w grudniu 1970 roku ukazała się jego debiutancka płyta. Ry Cooder to jeden z największych gitarzystów współczesnej muzyki. Nie wiecie kto to? Nic dziwnego, bo to człowiek, który od lat stoi w cieniu.

Mało brakowało a zamiast zostać muzyczną ikoną, w wieku czterech lat zasiliłby grono „maleńkich aniołków”. Podczas wygłupów w domu nadział się na nóż. Stracił oko. Od tamtej pory ma wprawione szklane. Od tamtej pory także ma awersję do noży.

Naprawdę nazywa się Ryland Peter Cooder i gra odkąd sięga pamięcią. Miał trzy lata, kiedy w 1950 roku dostał od ojca Billa, pierwszą gitarę. Bill Cooder był pełnoetatowym prawnikiem i folkowym muzykiem w wolnym czasie. I choć podobno miał niebywały słuch i talent, nigdy nie odważył się porzucić zawód i skoncentrować na muzyce. Dlatego też zapewne, wspierał syna odkąd ten pokochał muzykę folk i bluesa.

W 1964 roku siedemnastoletni młody gitarzysta kończy liceum i porzuca studia. Zamiast zasilić szeregi przyszłych prawników, Ry wraz z bluesmanem Taj Mahalem i cenionym jazzmanem Edem Cassidym zakłada zespół Rising Sons. W 1965 roku rejestrują pierwsze nagrania. I choć zespół szybko się rozpadnie, zostawiając po sobie raptem kilka piosenek, dla Coodera był on biletem do wielkiej kariery. To bowiem w Rising Sons wypatrzy go Don Van Vliet, znany w muzycznym środowisku jako Capitan Beefheart.

Dwa lata później Cooder zagra na jednej z najważniejszych płyt w historii psychodelicznego rocka „Safe as Milk”. Tuż po premierze albumu opuści jednak szeregi The Magic Band. Powód? Prozaiczny – narkotyki. Wedle krążących legend podczas jednego koncertu zobaczył jak dziewczyna na widowni przemienia się w gigantyczną złotą rybkę. Dla młodego muzyka był to sygnał ostrzegawczy. Tyle, że z deszczu trafił niemal pod rynnę…

W zespole Beefhearta bowiem odkrył go Keith Richards. A ponieważ mimo młodego wieku, wychowany na bluesie i folku Cooder, grał na gitarze niemal jak czarny podstarzały bluesman, Ry trafił do najniebezpieczniejszego zespołu świata. To dzięki niemu „Love in Vain” brzmi korzennie i staro, i to jego slide gitara nadaje specyficzne brzmienie kompozycji „Sister Morphine”. Kiedy w 1969 roku nagle umiera Brian Jones, Ry dostaje propozycję nie do odrzucenia. Z sesyjnego muzyka, może zamienić się w pełnoprawnego Stonesa. Zapewne każdy gitarzysta na świecie umarłby z rozkoszy słysząc taką ofertę, ale nie Ry.

W 1970 roku podjął najważniejszą decyzję w życiu – odmówił Stonesom i wybrał karierę solową. W podjęciu jej pomógł mu konflikt z Richardsem. Poszło o riff do „Honky Tonk Woman”. Stones uznał, że on jest jego autorem, Cooder twierdził inaczej. Współpraca się zakończyła. Dla wielu byłby to koniec kariery, ale nie dla Rylanda.  W grudniu 1970 roku wydaje sygnowaną swoim nazwiskiem płytę i rozpoczyna trwającą do dziś solową karierę.

Dziś magazyn „Rolling Stone” uznaje go za jednego ze stu najlepszych gitarzystów na świecie (miejsce ósme), ma na koncie sześć nagród Grammy, kilkanaście nominacji, a każdy jego album jest wydarzeniem. A wszystko zaczęło się właśnie od opuszczenia Stonesów.

Cooder jest bowiem jednym z tych muzyków, którzy nie lubią czuć się zdominowani przez zespół. Podąża własnymi ścieżkami i nie ogląda się na mody, trendy i to co jest popularne. Co wcale nie znaczy, że nie potrafi współpracować z innymi. Przeciwnie. To właśnie zdolność do współpracy i niesamowite wyczucie granych przez innych dźwięków sprawiło, że Ry Cooder jest dziś legendą.

Poza komponowaniem własnych utworów, pisania muzyki filmowej (zaczynał od „Performence” czyli słynnego filmu z Mickem Jaggerem, został nadwornym kompozytorem Waltera Hilla, a jego ścieżka dźwiękowa do „Paryż Teksas” Wendersa, słusznie uchodzi za arcydzieło muzyki filmowej), Cooder zamienił się w kogoś w rodzaju muzykologa amatora podróżującego po świecie w poszukiwaniu zapomnianych artystów.

W 1990 roku odkrył dla świata muzykę Ali Farka Touré’a – pochodzącego z Mali muzyka, którego wyprodukowana przez Coodera płyta „Talking Timbuktu” rozpoczęła światową modę na etno muzykę z Mali. W 1997 roku wspólnie z przyjacielem Wimem Wendersem, Ry odkryje dla świata Buena Vista Social Club – staruszków z Hawany, którzy podbiją serca i uszy słuchaczy na całym świecie. Film o nich zostanie nominowany do Oscara, a muzyka nagrana przez Coodera światowym hitem i fenomenem.

W przerwach między poszukiwaniem zapomnianych muzyków, produkcją płyt, Cooder realizował własne projekty, z których najambitniejszym była „kalifornijska trylogia” – czyli trzy albumy na których opowiadał historię Kalifornii od lat 30. do 60. ubiegłego wieku.

Pierwszy utrzymany w latynoskich rytmach „Chavez Ravine”  (2005) opowiadał o zburzeniu przez władze Kalifornii latynoamerykańskiej dzielnicy , „My Name is Buddy” (2007) był folkową historią o czasach Wielkiego Kryzysu. Podsumowujący cykl „I, Flathead” to z kolei muzyczny kalejdoskop brzmień – jest tu country, blues, wczesny rock i rockabilly, muzyka latynoska a nawet jazz.

Na potrzeby tej ostatniej Cooder wymyślił postać Kash Buka – urodzonego w Kalifornii,  szalonego fana Johnny’ego Casha, który  miał zostać wielką gwiazdą country. Ze swoim zespołem The Klowns nagrał kilka świetnych numerów, ale jak to z karierą bywa nie wszystko ułożyło się tak jak należy.  Muzyka nie była jednak jedyną pasją Kasha. Otóż nasz bohater kochał także szybkość i był  rajdowcem, który na kalifornijskich pustyniach w dziwnych bolidach pobijał rekordy prędkości. Kobiety go uwielbiały (nie wiadomo ile pozostawił dzieci), mężczyźni podziwiali a barmani stawiali kolejki na koszt firmy. W zasadzie o życiu Kash Buka mógłby powstać niezły film. Zamiast tego powstała świetna płyta. I przewrotna, bo „I, Flathead” to tak naprawdę opowieść nie o Kash Buku a muzyce, tym jak zmieniała się na przestrzeni lat.

Dla obchodzącego pięćdziesięciolecie pracy scenicznej Coodera, muzyka zawsze była i będzie najważniejsza. Dla niej porzucił używki i szalone życie rock’n’rollowca. W miłości do niej wychował jedynego syna (także muzyka) i całe pokolenie swoich fanów. A należą do nich giganci. Pod niebiosa wychwalał Coodera, nieskłonny do komplementów Eric Clapton. Uwielbia z nim grać Neil Young, który zresztą nie ukrywał że swoje wycieczki w stronę country i folka zawdzięcza Cooderowi. Chwalą go Van Morrison, Randy Newman, a Dave Grohl z Foo Fighters uznaje muzykę do „Paryż Teksas” za swoją ulubioną płytę. Niezłe osiągnięcie jak na faceta, który świadomie zrezygnował z wielkiej kariery, by spełnić marzenia. A te były proste – kochać muzykę, grać ją i troszczyć się o to, aby dźwiękowe perły nie zaginęły w zalewie tandety. Istny żyjący instytut pamięci muzycznej.

Imperial Cinepix
Poprzedni

Marsjanin – filmowa pochwała humanizmu [recenzja]

Forum Film Polska
Następny

Nienawistna ósemka – Quentin Tarantino, Agata Christie i morze krwi [recenzja] [film]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz