TEKSTY 

Schody do nieba, czyli Led Zeppelin oskarżeni o plagiat (znów)

Według amerykańskiego sądu –  podobieństwa są wystarczające, aby uzasadnić proces o plagiat przeciwko Robertowi Plantowi i Jimmy’emu Page’owi. O co poszło? O legendarny utwór „Stairway to Heaven”, który jak się okazuje niebezpiecznie przypomina część  „Taurus” zespołu Spirit. 

 

To zamieszanie ciągnie się za legendą rocka od lat. Dawno temu Led Zeppelin i Spirit grali wspólną trasę koncertową. To wtedy chłopaki mieli wysłuchać utworu „Taurus” i mocno się nim zainspirować. Czy Led Zeppelin przegra sprawę dowiemy się w maju. Dziesiątego rusza proces w sądzie w Los Angeles. Jeśli duet Page/Plant przegra – na kultowej piosence pojawi się mała zadra (a jej nowi współautorzy będą zarabiać kokosy, bo „Schody do nieba” to jeden z najczęściej granych w radiach na świecie utworów).

Żeby było zabawniej – to nie pierwszy proces o plagiat w jaki zamieszane jest Led Zeppelin. Poza „Schodami…” o sądy ocierali się bodaj dziewięć razy. A to jak się okazywało przywłaszczając sobie piosenki Blind Willie Johnsona (m.in. „Nobody’s Fault but Mine”) a to zapominając o autorce („Baby I’m Gonna Leave You” – Anne Bredon), autorze („Whole Lotta Love” – Willie Dixon) czy wreszcie bezczelnie kradnąc riff („Dazed & Confused” – Jake Holmes). Ale czy to kogoś zaskakuje? Raczej nie. W branży muzycznej pozwy o plagiat to przecież smutna norma.

Raptem rok temu w Polsce mieliśmy awanturę o plagiat dotyczący Justyny Steczkowskiej i to sięgający głębiej niż tylko kopia muzyki.   Do nagrania piosenki „Kto wciska mi kit” zaprosiła do współpracy serbskiego muzyka Bobana Markovicia. Nie byłoby w tym nic zdrożnego, gdyby nie pewien drobny szczegół. Otóż utwór duetu polsko-serbskiego promuje teledysk… przedstawiający wiejskie wesele, któremu przygrywa bałkańska muzyka. Pierwsze skojarzenie było naturalne – „Prawy do lewego” czyli wielki przebój Kayah i Gorana Bregovicia. Piosenka która szesnaście lat temu podbiła serca Polaków stając się gigantycznym hitem i pozycją obowiązkową na każdym weselu. Nikt a na pewno nie Kayah, nie ma monopolu na bałkańskie melodie i weselne aranżacje, ale w klipie „Kto wciska mi kit” przekroczono subtelnie granicę między inspiracją a zwyczajną kopią.

A ujęcia biesiadników wyglądają dokładnie tak samo jak ujęcia z klipu Kayah. Internet zawrzał. Posypały się oskarżenia o plagiat i odcinanie kuponów od dawnego przeboju, a panie na łamach tabloidów zaczęły wymieniać się ciosami. O ile w przypadku tego drugiego zarzutu z jego prawdziwością trudno dyskutować. Piosenki mają podobny klimat a nawiązanie do „Prawy do lewego” miało zapewne wzmóc zainteresowanie utworem i klipem. Nie udało się, bo „Kto…” jak do tej pory miało raptem 300 tysięcy odsłon na youtube – niezwykle mało jak na gwiazdę. A czy był to plagiat? I tu znów Steczkowskiej się nie udało. „Kto wciska mi kit” poza dęciakami i klipem nie ma nic wspólnego z przebojem Bregovicia. A zatem mimo oskarżeń jakie posypały się na wokalistkę – do panteonu polskich plagiatorów nie udało się jej dostać. Ba, nie załapała się nawet na poczekalnię. A szkoda, bo przecież ogromna część polskich przebojów to…  bardzo często rzeczy niebezpiecznie ocierające się o plagiat.

 

Dziwny jest ten orła cień

 

Weźmy dla przykładu największy polski przebój w historii naszej muzyki – „Dziwny jest ten świat”. Choć powszechnie mówi się o tym, że Niemen inspirował się piosenką Jamesa Browna „It’s a Man’s Man’s Man’s World”, to nikt nigdy nie dopisał amerykańskiego wokalisty do listy płac. A powinien – otwarcia obu piosenek są identyczne… Przez co zresztą do dziś w muzycznej branży „Dziwny jest ten świat” bywa zarówno obiektem zachwytu, jak i nigdy niewymawianych głośno kpin. Mniej szczęścia i o wiele niższy status w branży posiada Robert Janson, dlatego też o jego kompozycji „Orła cień” i jej podobieństwie do „Lost for Words” Pink Floyd mówi się głośno. Zresztą podobieństwa między tymi dwoma utworami są ogromne. Dlaczego zatem nigdy nikt z Pink Floyd (zespołu słynącego ze swojego nabożnego podejścia do pieniędzy) nie oddał muzyka do sądu? Chyba z tych samych powodów dla których Sting nigdy nie oddał do sądu Ryszarda Rynkowskiego („Wypijmy za błędy” to kopia „Wrapped Around Your Finger” The Police), David Byrne nie ścigał Sztywnego Palu Azji („Wieża radości, wieża smutku” jest niebywale podobna do „Road to Nowhere” Talking Heads) a twórcy musicalu „Grease” nie pozywają Wojciecha Gąssowskiego („Gdzie się podziały tamte prywatki” brzmią jak piosenka „Beauty School Drop-Out”, choć akurat w tym wypadku najpierw powinni ścigać Shakin’ Stevensa za „Teardrops”). Po pierwsze Polska zawsze była marginalizowana, bo jest zbyt małym rynkiem (w kontekście świata anglojęzycznego). Po drugie co bardziej istotne – plagiat jako taki bardzo trudno udowodnić, a batalie sądowe o uznanie kradzieży intelektualnej potrafią ciągnąć się latami i kosztować fortunę, którą najpierw należy wydać, by ewentualnie potem odzyskać.

 

Plagiat, czyli właściwie co?

Najprościej powiedzieć, że plagiat to kradzież własności intelektualnej i przypisanie sobie jej autorstwa. O ile w przypadku tekstu jest to dość proste do ustalenia (w Polsce chyba najbardziej spektakularnym plagiatem, który kosztował 70 tysięcy złotych Michała Wiśniewskiego, było przywłaszczenie sobie przez niego wierszy więźnia, które wykorzystał w piosence „Jeanny”), tak z melodią sprawa nie jest już tak łatwa. Jest oczywiście mityczna opowieść o ośmiu powtórzonych taktach, powracająca jak mantra w wielu dyskusjach dookoła plagiatowych, ale prawda jest taka, że w kodeksie karnym nie ma o niej wzmiance, zaś uznanie linii melodycznej za plagiat nie ma nic wspólnego z jej czasem trwania. Z aranżacją, kontekstem w jakim została użyta i tym jaką pełni funkcję w całej piosence – owszem tak. Dlatego też (poza pozycją w świecie muzyki) trudno byłoby udowodnić Niemenowi plagiat piosenki Jamesa Browna. On „pożyczył” z niej tylko otwarcie, potem utwór podąża zupełnie inną ścieżką. Co oczywiście nie zmienia faktu, że Brown dla przyzwoitości (i zakończenia spekulacji) powinien być do „Dziwny jest ten świat” dopisany. Jako źródło inspiracji, albo współautor. Jak zresztą większość kompozytorów wyżej wymienionych piosenek.

Inaczej sprawa miała się z piosenką Dody „To jest to” – słynnym przeboju, który zaśpiewała premierowi Tuskowi. Tuż po premierze płyty „Diamond Bitch” (2007) na policję doniesienie o kradzieży złożyła norweska grupa Fountainheads. Muzycy uznali, że „To jest to” brzmi identycznie jak ich kompozycja „Circles”. I zaczęła się awantura. Doda wszystkiemu zaprzeczyła, Universal Music Polska wystosowało oświadczenie odcinające się od afery, a piosenka w magiczny sposób zniknęła z reedycji albumu. Efekt? Podobno plagiatu dopuścił się kompozytor utworu,  Tyle. Piosenka zniknęła, a warunki ugody (jeśli do takowej doszło) są tajne. Zresztą album „Diamond Bitch” nie był dla Dody zbyt szczęśliwy. Wcześniejszy singiel pochodzący z krążka pieśń „Katharsis” dedykowana Janowi Pawłowi II okazał się być bardzo podobny w jednym fragmencie do piosenki „Heaven” Bryana Adamsa… Internet sprawę opisał, ale bez tak wielkiego echa jakim odbiła się sprawa „To jest to”. Zresztą w przypadku tej kompozycji mieliśmy do czynienia z najprawdziwszym plagiatem – polska i norweska piosenka różnią się tylko tekstem.

Podobne problemy z publicznymi oskarżeniami o plagiat miał zespół Feel. Najpierw ich wielki przebój „Jest już ciemno” oskarżono o plagiat utworu Carly Simons „Coming Around Again”, a kiedy sprawa ucichła (sąd oddalił pozew), wybuchła kolejna afera. Tym razem o utwór „Pokonaj siebie”, który okazał się być bliźniaczo podobny do „Before You Were Young” grupy Travis. Najpierw Piotr Kupicha twierdził, że awantury o plagiat to efekt działania zawistników, którzy zazdroszczą 300 tysięcy płyt, ale kiedy okazała się to zła linia obrony… winę zrzucono na kompozytorkę Patrycję Kosiarkiewicz.  Sprawa finalnie wylądowała w sądzie a zespół podpisał ugodę na mocy której zrzekł się praw i wykonywania utworu.

 

Pharell i Robin utrzymują rodzinę Marvina Gaye’a

 

Oczywiście nasze rodzime awantury o plagiaty to nic w porównaniu z tym co dzieje się na świecie. Najbardziej spektakularnym osiągnięciem w materii plagiatów ostatnich lat jest wielki międzynarodowy hit Robina Thicke’a i Pharella Williamsa „Blurred Lines”. W 2013 roku tę piosenkę nucił cały świat a obok „Get Lucky” Daft Punk była najchętniej puszczanym i kupowanym utworem muzycznym. Okazało się, że niestety nie należącym do obu panów. Kiedy utwór trafił do spadkobierców geniusza soulu Marvina Gaye’a ci odkryli, że brzmi on zupełnie jak… „Got to Give it Up”. To uderzające podobieństwo mocno uderzyło w portfele muzyków. Sąd nakazał im wypłacić rodzinie Gaye’a 7,4 milionów dolarów. Sprawa jest o tyle zabawna, że zarówno Thickle jak Williams nigdy nie ukrywali swojego uwielbienia dla Marvina Gaye’a, a wywiadach często wspominali o tym, że zależało im na tym aby nagrać piosenkę podobną do… „Got to Give it Up”. Podświadomy plagiat? Owszem istnieje takie zjawisko. Psychologicznie nosi nazwę kryptomnezji i na nią powoływał się podczas procesu o plagiat były Beatles, George Harrison. Posżło o jego wielki przebój „My sweet Lord”, który okazał się brzmieć identycznie jak „He’s So Fine” grupy Chiffons. Zresztą kryptomnzja nie była linią obrony Beatlesa a pojawiła się w uzasadnieniu wyroku sędziego, który uznał, że Harrison skopiował piosenkę podświadomie. Sprawa zakończyła się na ugodzie i dopisaniu autorów do piosenki.

Niestety na podświadomy plagiat nie mógł powołać się Johnny Cash, kiedy w 1971 roku wytoczono mu proces o plagiat „Folsom Prison Blues”. Muzyk country Gordon Jenkins udowodnił w sądzie, że Cash znał i mocno ispirował się jego pieśnią „Crescent City Blues”. Cash zapłacił 75 tysięcy dolarów za umorzenie sprawy. MC Hammer zaś nawet nie próbował bronić się w procesie z Rickiem Jamesem. Cała linia melodyczna hitu „U Can’t Touch This” została bezczelnie przepisana z piosenki „Super Freak”. Prawnicy Hammera co prawda próbowali zasłaniać się samplingiem ale na ich niekorzyść działał fakt iż Hammer zapomniał dopisać w prawach choćby wzmianki o „Super Freak”. Teraz już jest dopisane. „U Can’t Touch This” było do końca życia Jamesa jego głównym źródłem utrzymania. Podobnie o współautorze muzyki zapomniał Rod Steward. Rzecz dotyczyła kompozycji „Da Ya Think I’m Sexy” a pominięto brazylijskiego kompozytora Jorge Ben Jora. Ale on o sobie nie zapomniał. Podpisał bardzo korzystną ugodę. Steward podpisywał takowe dwa razy. Drugi raz z niebyle kim a samym Bobem Dylanem. Przez przypadek bowiem wokalista napisał piosenkę „Forever Young” – bliźniaczo podobną do piosenki „Forever Young” Dylana.

 

Królowie rocka i plagiatów

Jeśli kogoś na początku tego tekstu zmroziło przywołanie Czesława Niemena w kontekście plagiatu – od razu uspokajam. To nie próba wywołania skandalu, a raczej pokazania, że problem z prawem autorskim mieli nie tylko pomniejsi muzycy popowi. O plagiaty ocierały się również ikony, jak wspomniani na początku Led Zeppelin. „Whole Lotta Love” podwędzone Williemu Dixonowi zakończyło się ugodą w sądzie, do „Dazed and Confused” Holmes został  dopisany, „Bring It On Home” pożyczone do Sonny Boy Williamsa (ugoda), „The Lemon Song” od Howling Wolfa (ugoda), „Boogie with Stu” Ritchiemu Valensowi (ugoda). Oczywiście w przypadku Led Zeppelin dochodzą pewne okoliczności łagodzące – niemal każda z tych piosenek to wariacja na motywy bluesowe, które wydawało się należą do domeny publicznej. Niespodzianka – nie należą.

 

Litanię wielkich gwiazd, które popełniły plagiat moglibyśmy ciągnąć tu autentycznie bez końca. Ten sam Bob Dylan, który podpisywał ugodę z Rodem Stewardem kilka razy sam tłumaczył się z podobieństw do standardów bluesowych, Radiohead przegrało proces o „Creep” (podobieństwo do piosenki zespołu Hollies), Oasis lądowało w sądach jakieś cztery razy…

Wbrew temu co wielokrotnie czytamy – plagiat nie musi oznaczać śmierci artystycznej, skazania na banicję, a przydarzyć może się dosłownie każdemu. Świat muzyki rozrywkowej to ograniczony zestaw dźwięków i nagrania takich samych nie można wykluczyć. Siła oddziałania plagiatu na karierę zależy de facto od reakcji na owe zdarzenie. Można jak Kupicha unosić się pychą i przepaść w odmętach historii. Można też zachować się jak Tom Petty, który po wysłuchaniu piosenki „Dani California” Red Hot Chili Peppers odkrył, że brzmi ona jak jego kompozycja „Mery’s Jane Last Dance”. A co zrobił? Powiedział szefom wytwórni namawiających go złożenia pozwu: „dajcie spokój, takie coś może zdarzyć się każdemu.” I zapomniał o sprawie. „Dani California” było jednym z największych i najbardziej charakterystycznych hitów RHCP. Proces z Pettym nie odebrał by im ich brzmienia. I pewnie dziś nikt poza dziennikarzami by o nim nie pamiętał. Podobnie zresztą jak o większości procesów o plagiat.

 

 

johnny-depp-as-george-boston-george-jung-in-the-film-blow
Poprzedni

Przestępcy, którzy wpłynęli na popkulturę

IT movie cover
Następny

To - Stephen King i zły klaun [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz