TEKSTY 

Sense8, czyli jak prawda ekranu stała się prawdą czasu

Rodzeństwo Wachowskich i J. Michael Straczynski wymyślili i zrobili taki serial, że nie wiadomo od której strony go ugryźć. Są tu rzeczy, których jeszcze w telewizji nie widziałem. Są też rzeczy, które widziałem i w kinie i w telewizji setki razy. Z tego połączenia wyszła naprawdę nowa jakość i jak to z nowościami bywa, na pewno nie przemówi ona do wszystkich.

Policjant, didżejka, hakerka, kierowca, złodziej, kobieta biznesu, aktor i farmaceutka. Albo inaczej i może nie w tej samej kolejności: facet z burzliwym dzieciństwem, kobieta po traumatycznych przejściach, sympatyczny i honorowy miłośnik filmów Van Damme’a, gej o wyglądzie macho, mistrzyni sztuk walk, transseksualista w związku z atrakcyjną kobietą, pobożna i hołdująca tradycji  Hinduska i jeszcze pewien bardzo porządny facet. Wszyscy razem tworzą niezwykły krąg połączonych mentalnie osób, które przebywając w wielkiej odległości od siebie i nie znając się, nagle potrafią ze sobą nie tylko rozmawiać, ale widzieć się nawzajem, a nawet wejść w rolę kogoś innego z kręgu. Ośmioro ludzi, albo raczej nie-ludzi, jakiś inny gatunek, mentalni mutanci, obcy, a przecież od pierwszego odcinka tak zwyczajni, niczym specjalnie się nie wyróżniający, że wchodząc w tę historię jakoś trudno się do nich przekonać i zainteresować bardziej ich losami. Bo przecież chcemy dobrego, rozrywkowego serialu, a nie jakichś migawek z przeciętnych, podobnych naszym ludzkich losów. Niby ma to być serial z gatunku fantastyki, ale jest taki jakiś… Jak to leciało w „Gdzie jest Nemo?”? „Coś nieśmieszny ten błazenek”. Ano właśnie, coś nie fantastyczna ta fantastyka.

J. Michael Straczynski to ceniony twórca telewizyjny i komiksowy, specjalista od przemyślanych od początku do końca fabuł. Rodzeństwo Wachowskich to z kolei specjaliści od pop-filozofii, miksowania różnych idei, których wtłoczenie w fabularne ramy ma na ekranie wyglądać przede wszystkim efektownie i widowiskowo. No i jeszcze Netflix, czyli platforma internetowa, która staje się wyznacznikiem światowych, serialowych trendów i miejscem dla filmowych eksperymentów i prowokacji. A co z tych prowokacji (bo te chyba są w dzisiejszych czasach najważniejsze) mamy w „Sense8”? Między innymi rodzaj mentalnego seksu grupowego i kilka naturalistycznych scen porodów. Natomiast formalnie serialowi bardzo blisko do przedostatniej produkcji Wachowskich (o ostatniej bardzo chciałbym już zapomnieć), czyli do „Atlasu chmur”. Mieliśmy tam kilka powiązanych ze sobą historii rozgrywających się na przestrzeni wieków. W „Sense8” mamy osiem indywidualnych historii każdego z bohaterów, dziejących się tu i teraz (czasem też zaglądamy w przeszłość postaci), plus dość sztampowy wątek główny (do naszej ósemki będzie się chciała dobrać się pewna diaboliczna organizacja). Ów wątek główny na razie jest raczej w tle, bo pierwszy sezon twórcy poświęcili na rozwój historii każdego z bohaterów, które to historie w pewnym momencie zaczynają się zazębiać, kiedy cała ósemka zaczyna zdawać sobie sprawę ze swoich zdolności. W pierwszych odcinkach trudno złapać rytm tej opowieści, dopiero poznajemy poszczególne postacie, ale z każdym kolejnym epizodem powoli się do nich przyzwyczajamy i przekonujemy. Wyżej napisałem o „naszej ósemce”, ale z pewnością nie wszyscy podzielają to odczucie, choćby z racji, że niektóre intymne sceny z serialu mogą być dla części widzów nie do przełknięcia. W tym miejscu warto zadać pytanie, czy chodziło jedynie o zaszokowanie widza, czy też, parafrazując klasyka – o połączenie prawdy czasu z prawdą ekranu?

„Sense8” to po prostu serial o dwudziestym pierwszym wieku. Tak naprawdę nie wiem, czy twórcy zadali sobie w ogóle takie pytanie – w jaki sposób opowiedzieć dobrze o naszych czasach – ale z pewnością bardzo chcieli wytworzyć silną więź nie tylko między samymi bohaterami, ale także między nimi a widzem. Mamy nawet ciekawe, intuicyjne wyjaśnienie i założenie w jednym, w myśl którego wszystkie postacie, pochodzące przecież z różnych stron świata porozumiewają się w języku angielskim. Mamy ósemkę młodych aktorów z nieopatrzonymi jeszcze twarzami, a dwójka pobocznych, ale niezwykle istotnych dla fabuły postaci granych przez Daryl Hannah i znanego z „Lost” Naveena Andrews, to też w jakimś stopniu symboliczny wybór. Mamy opowieść o świecie tu i teraz, o globalnej wiosce, o marzeniach i złudzeniach, które zderzają się z brutalnością życia. Trudno mi też powiedzieć, czy serial jest dobry, bardzo dobry, bo miejscami drażni, miejscami jest wyjątkowy, jest trochę o niczym i trochę o wszystkim, a najłatwiej określić mi go jednym słowem – ciekawy. Dlaczego?

Bo twórcy nie idą na skróty („Na skróty” – skojarzenie „Sense8” z filmem Roberta Altmana też jest wcale trafne), a złożoność fabuły służy równocześnie do budowania jej wiarygodności. Przy pomocy płynnego, budzącego podziw montażu opowiadana jest tu historia zaplanowana w każdym szczególe, a na dodatek w przypadku „Sense8” pragnąca objąć swym zasięgiem cały świat (zwróćcie uwagę na czołówkę!) Ostatnio zauważyłem, że w ten sposób – czyli z pomocą złożonej, szczegółowej fabuły – tworzone są najlepsze seriale (przykładowo „Breaking Bad” i z tegorocznych nowości „Daredevil”). W efekcie rozmywa się ich przynależność gatunkowa, ale ów formalny zabieg twórcy obracają na korzyść swojego dzieła. W takich serialach, ujmując to najprościej, raz bywa śmiesznie, a raz strasznie, jak to w życiu. „Sense8” jest na dobrej drodze żeby osiągnąć poziom wymienionych produkcji, bo twórcy i do swojego dzieła i do widza podeszli nad wyraz szczerze i uczciwie. Mamy tu całkiem wierne odbicie naszego świata, jest też strasznie i śmiesznie, szczególnie właśnie humor sytuacyjny jest w serialu pierwszej klasy. Czuć tu też ambicję pokazania czegoś prawdziwego, unikalnego, to portret młodych ludzi na tle pędzącego do przodu świata, pędzącego także w sferze idei i obyczajowości. Choć miejscami twórcy portretują niektóre sfery życia nazbyt łopatologicznie, to liczą się ich chęć i intencje. No i  przede wszystkim odwaga. O tak, bo bez twórczej odwagi bylibyśmy pewnie skazani jedynie na „M jak miłość” i jego klony. Bo czego mi trochę żal, to że w migawkach z czołówki nie zobaczyłem (tak mi się przynajmniej wydaje) chociaż jednego skrawka Polski. J. Michaelu Straczynski, drodzy Wachowscy i przede wszystkim kochany Netflixie, my Polacy również istniejemy, nie jesteśmy wcale jakimś zaściankiem i nie oglądamy jedynie „M jak miłość” i wieczorów kabaretowych! Tylko kto z was mnie zrozumie, jak będę tak krzyczał po polsku…

Egmont
Poprzedni

Superman: Czerwony syn [recenzja]

M80
Następny

100 najlepszych popowych piosenek #30-21

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

1 Comment

  1. Kartezjański dualizm to bzdura
    2015-06-19 at 13:00 — Odpowiedz

    To nie jest dobre sci-fi – za mało naturalistyczne, fizykalistyczne i redukcjonistyczne. Kompletne ignorowanie współczesnej filozofii umysłu, kognitywistyki i neuronauk. Śmierdzi metafizyką, nadprzyrodzonością i czarowaniem rzeczywistości. I chyba to jest nie do naprawienia w kolejnych sezonach, nawet jakby oprzeć cały koncept na panpsychizmie.
    Dlaczego wzajemne spojrzenie w oczy Willa i Whispersa spowodowało, że Whispers ma dostęp do umysłu Willa? Dlaczego nie wzajemne spojrzenie na uszy? Bo oczy to zwierciadło duszy? Ale przecież dusza to pojęcie puste, umysł ma podłoże czysto fizyczne.

Dodaj komentarz