TEKSTY 

Serialowe trendy #1: Mindfuck

Oglądamy i nie możemy uwierzyć. Dzieją się bowiem rzeczy nie tyle straszne, niespotykane, czy niemożliwe w prawdziwym życiu, co przede wszystkim – nie do pomyślenia. Sprawiają, że albo to my przestajemy myśleć i przyjmujemy je z dobrodziejstwem inwentarza, albo odwrotnie – myślimy i zaczynamy mieć poczucie, że ktoś z nas robi idiotów. Panie i panowie, a w szczególności wielbiciele seriali – oto mindfuck!

Dla mnie wydarzyło się to dziesięć lat temu, przy okazji pierwszego sezonu „Zagubionych”.  Prawda, wcześniej było „Twin Peaks”, które szczególnie starszym widzom skutecznie robiło wodę z mózgu, a i niektóre odcinki  z „Z Archiwum X” też potrafiły zabić ćwieka. A jednak to nie to samo. No jak to nie – zaprotestują niektórzy. Przecież całe „Twin Peaks” to jeden wielki mindfuck. Czarna Chata, Bob, tańczący karzeł… To nie tak. Pomyślmy. „Twin Peaks” określa się gatunkowo jako mystery. To określenie jak najbardziej adekwatne, bo to przecież serial, w którym tajemnica (śmierci Laury Palmer) zostaje  odkryta, a rozmaite dziwne wydarzenia wytłumaczone, nawet jeśli tłumaczenie to można określić jako zwizualizowaną, symboliczną metaforę archetypicznych gier podświadomości. Wróćmy do 2005 roku. Włodarze publicznej, polskiej telewizji potrafili wtedy jeszcze iść za światowymi trendami i zaszaleć w ramówce.  No tak, bo pierwszy i drugi sezon „Zagubionych” oglądało sie jeszcze w naszej telewizji i to wcale nie tak długo po amerykańskiej premierze. Wówczas jeszcze nie wiedziałem, że po wyemitowaniu całości serialu zostanę właściwie z niczym, bez konkretnych odpowiedzi odnoszących się przede wszystkim do tajemniczego miejsca akcji, czyli wyspy, na której w pamiętnym, pierwszym odcinku rozbił się samolot pasażerski. Prawdą jest, że choć poczułem zawód, nie przeszkadzało mi to jakoś specjalnie, gorsze rzeczy w życiu się wydarzają.  Poza tym zawsze to miło, gdy twórcy zostawiają widzom jakieś pole do dociekań i interpretacji. Tylko że gdy startował serial, nikt chyba nie przypuszczał, że pole to będzie tak szerokie i właściwe nieprzebyte. A do tego stanie się inspiracją dla innych twórców i rodzajem telewizyjnego eksperymentu.

Bo rzeczywiście to był eksperyment. Ciągnąc tego typu fabułę można praktycznie w nieskończoność, a jeśli się nie spodoba, czy znudzi, stacja po prostu skasuje serial. Skala powodzenia „Zagubionych” i jego oddziaływania na popkulturowe trendy wskazywała, że z pewnością znajdą się naśladowcy. Dzisiaj śmiało można powiedzieć, że nikt nie dał rady. Były zapomniane już „Flash Forward”, był „The Event”, „Alcatraz”. Widzowie postanowili, że drugi raz nie dadzą się nabrać. Dlaczego? W popkulturowych, usytuowanych gatunkowo produkcjach odbiorca domaga się nie tyle wytłumaczenia, co logicznego zwieńczenia wydarzeń, w które zaangażowani byli połączeni siecią relacji – w przypadku „Lost” prawdziwie niezapomniani – bohaterowie. Logiczne zwieńczenie? Ale przecież były juz takie filmy, jak choćby „Donnie Darko”, czy cofając sie jeszcze dalej, „Dziecko Rosemary” i „Wstręt”, których estetyka prowokowała do igrania z umysłem odbiorcy, a starcie realności z iluzją było wkomponowane w konstrukcję dzieła. Tak, tylko że tam mindfuck jest wyrazem artystycznej swobody twórczej, elementem wpisanym w historię, założeniem podjętym z góry. „Lost” był połączeniem serialu przygodowego z mystery. W takim zestawieniu tajemnice powinny być przedstawiane po to, aby można je było rozwiązać. Owszem, każda z tajemnic powinna tworzyć następną, ale w pewnym momencie łańcuch powinien się zamknąć. Jeśli nie, to powstaje całkiem nowy gatunek. W tym momencie powinny zagrać fanfary, a sztuczne ognie rozświetlić nocne niebo. Jakoś nic się nie dzieje. No bo co to za nowy gatunek – mindfuck?

Każda fantastyka, każdorazowe zawieszenie niewiary, po prostu każde obcowanie z fikcją – ów związek między dziełem a odbiorcą, zawsze ma w sobie coś z robienia wody z mózgu. Jest to rodzaj niepisanej umowy – odbiorca mówi „wchodzę w to”, w zamian obdarzony zostaje zestawem artystyczno-estetycznych, czasem przyznajmy, że dość prymitywnych bodźców. Przypadek mindfucka, zwłaszcza jeśli prezentowany nam produkt obraca się w gatunkowych ramach, sprawia, że umowa ta zostaje zerwana. Filmy Lyncha wpasowują się w mindfuckowy schemat, ale wbrew pozorom, jest to rodzaj bezpiecznego robienia wody z mózgu. Ponieważ posiadamy pewną wiedzę na temat dokonań twórcy, na temat estetyki jego dzieł, wiemy, że w kontakcie z nimi możemy się mentalnie zagubić, ale przychodzi to z naszą akceptacją takiego stanu rzeczy. Filmy Lyncha, mające miejscami logikę snu tak właśnie oddziałują na widza, który z premedytacją poddaje się temu oddziaływaniu. Co jednak zrobić, gdy powstaje dziwna hybryda gatunkowa, oparta na takim oto dualizmie – gatunkowa konwencja plus mindfuck?

Niedawno zakończył się pierwszy sezon serialu „The Returned”. Swój żywot zakończył  po dwóch sezonach „Resurrection”. Pierwszy z nich to remake francuskiej produkcji, drugi jest ekranizacją popularnej książki. W obu, niezwykle podobnych do siebie serialach,  martwi ludzie powracają do życia. Widzieliśmy to już wiele razy, ale nie w taki sposób. Martwi powracają po kilku, bądź kilkudziesięciu latach od śmierci. W „Resurrection”, początkowo zszokowani członkowie rodzin ożywionych zmarłych, ostatecznie akceptują ów cud. Bo jeśli po przeprowadzonej ekshumacji, po której okazuje się, że szkielet małego chłopca, który właśnie powrócił do swych podstarzałych rodziców tkwi wciąż w grobie – trzeba ów fakt uznać za cud. Albo za coś niewytłumaczalnego. Niespotykanego. Niebezpiecznego i nie do pomyślenia.  Za mindfuck.

Oba przywołane tu seriale korzystają z dobrodziejstw pewnej gałęzi, jakże znanego, choćby z dzieł Stephena Kinga podgatunku. Małomiasteczkowy horror w rękach twórców „Resurrection” i „The Returned” zmienia się w familijno-obyczajowy mindfuck. Tak obrany kierunek, z odcinka na odcinek pogrąża twórców, pogrąża ich starania na bycie z jednej strony w zgodzie z konwencją bezpiecznego w odbiorze gatunkowego tworu z eksperymentalnie traktowaną fabułą. Tajemnica rodzi tajemnicę, twórcy rozrzucają tropy, które w dalszym założeniu miałyby sekrety wyjaśniać, ale wszystko ulega w pewnym momencie zapętleniu. Części składowe nie pasują do siebie. Twórcy idą na łatwiznę. W „Resurrection” ci, którzy powrócili z martwych, mogą w pewnym momencie zniknąć, odejść – wyjaśnienie dlaczego tak się dzieje, jest twórczym, nadającym temu wątkowi pozór „duchowości” blamażem. Uczciwie postąpił kiedyś w powieści „Pod kopułą” Stephen King, który dostarczył racjonalnego, osadzonego oczywiście w ramach gatunku wyjaśnienia, choć dla wielu odbiorców było to rozczarowujące zakończenie. Dlaczego rozczarowujące? Ponieważ zastosowanie mindfucka w ramach ściśle gatunkowych, a potem rozwiązanie go z pomocą znanych chwytów, bo innych przecież nie mamy w zanadrzu (za wszystkim stały albo siły zła i ciemności na czele z Antychrystem, albo kosmici, bądź ludzka technologia z późniejszych wieków użyta przez podróżników w czasie) zawsze wypadnie nieprzekonująco. Tak naprawdę,  aby rola mindfucka wybrzmiała właściwie, potrzebne byłoby wyjaśnienie spoza zasięgu naszego pojmowania. A to jest przecież samo z siebie niemożliwe i tkwi poza granicami naszej, wydawałoby się nieograniczonej wyobraźni. Prawda jest bowiem taka, że ludzka wyobraźnia jest ograniczona. Mindfuck jest próbą przebicia się poza tę granicę, poza zastałą formę, poza narzucone gatunkowe schematy i jest z góry skazany na porażkę z powodu naszej wrodzonej słabości. Same jednak próby to coś zgoła ciekawego i czasem w fascynujący sposób ukazują pogoń człowieka za wymykającą się rzeczywistością. W czasach powodującego chaos i dezorientację informacyjnego natłoku, mindfuck właściwie wykorzystany jest rodzajem myślowego eksperymentu. Zastosowany konsekwentnie może przynieść nieoczekiwane, świeże spojrzenie na rzeczywistość, skupione na czymś innym niż rozwiązanie fabularnych tajemnic. Ciekawie choćby wypadają związki mindfucka z wszędobylskim ostatnio w serialach zjawiskiem paranoi, ale o tym konkretnym zagadnieniu będę chciał opowiedzieć  przy następnej okazji.

Znamienne jest, że przywołane powyżej fabularne zawiązania historii o powracających z martwych bliskich, dotyczą złamania pewnego tabu. Widać, że twórcy nauczeni niepowodzeniami około- Lostowych produkcji, szukają innych ścieżek. I tak w przypadku nowego serialu, „Wayward Pines”, jeśli historia potoczy się w nim tak jak w książce, to dostaniemy racjonalne rozwiązanie tajemnic (choć dla niektórych widzów może okazać się po prostu głupie). Za to w zaprezentowanym jakiś czas temu przez HBO, będącym również ekranizacją książki, serialu „Pozostawieni”, część ludzkiej populacji zamiast wrócić z martwych, zniknęła. Zasięg tych niewytłumaczonych zjawisk choć ma zasięg globalny – tak jest w „Pozostawionych” i ostatecznie w „Resurrection”, to i tak obserwujemy zjawisko głównie w ramach małego, amerykańskiego miasteczka, czyli niewielkiej społeczności.  W „Resurrection” twórcy ostatecznie się pogubili i skasowanie serialu (ostatnie sceny wskazywały, że będziemy prawdopodobnie mieli do czynienia z historią posiłkującą sie wątkiem Antychrysta) być może uratowało ich przed nieuchronną kompromitacją. „The Returned” zaliczył na razie pierwszy sezon, w którym nic nie zostało wyjaśnione, choć ważnym wątkiem jest zgubna siła przyrody (woda pełni w obu serialach o powracających zmarłych istotną rolę). „Pozostawieni” na mindfuck okazali się mieć patent. Twórcy od razu zapowiedzieli, że nie będą skupiać się na wyjaśnieniu tajemniczego zniknięcia części ziemskiej populacji, tylko na konsekwencjach tego wydarzenia. To uczciwie założenie przysporzyło serialowi wielu wrogów, wylało się mnóstwo hejtu w Internecie, ale ostatecznie, ten zaprezentowany w formie serialu eksperyment myślowy (z rodzaju „co by było, gdyby”), spełnił swoją funkcję. Mindfuck stał się tu przyczyną do snucia zupełnie innej opowieści, niż byśmy oczekiwali. I co najistotniejsze, mindfuck stał się tu punktem wyjściowym dla historii, a nie samą historią. Tak zastosowany przeniósł nas do innej rzeczywistości, do świata, w którym schematy i wartości uległy przeinaczeniu, umieszczając bohaterów w obszarze mentalnej apokalipsy.  To właściwie serial obyczajowy, a zawarte w nim elementy mystery równie dobrze mogą być jedynie projekcją bohaterów. I owszem, możemy tu dostrzec związki z tematyką postapokaliptyczną, tyle że w przypadku „Pozostawionych” mamy nie tyle niewytłumaczalne, co totalnie abstrakcyjne wydarzenie, które rodzi całkiem nowe konsekwencje (ale i możliwości) dla tych, którzy pozostali. Nie chodzi o przetrwanie, tylko o zrozumienie. Świat na pierwszy rzut oka wydawałoby się funkcjonuje jak funkcjonował, ale tak naprawdę wszystko uległo zmianie. Na obrazie świata pojawiła się na skaza.

Sztuka zawsze wyprzedzała rzeczywistość, wiedzą o tym doskonale wierni fani twardej odmiany fantastyki naukowej. Artyści potrafią wyczuć światowe niepokoje i zawirowania i ich przekutą w formę fabularnych atrakcji analizę zaprezentować w swoich dziełach. Seriale są dzisiaj być może najważniejszym głosem sztuki rozrywkowej, to w nich, ze względu na wizualizację, przekazywaną treść i ucieczkę od zasad politycznej poprawności, twórcy przekraczają gatunkowe ograniczenia i starają się nam powiedzieć w jakim miejscu się znajdujemy. Czy ludzkość została zapędzona w kozi róg, czy też jest w najbardziej ekspansyjnym stadium rozwoju? Narzędzia do opisywania dzisiejszego świata z lekka się wyczerpują, stają się niewystarczające, natłok informacji często powoduje wrażenie chaosu i dezorientację odbiorcy. Aby sprostać nowym czasom powstają gatunkowe hybrydy, z pomocą których szuka się innych dróg dotarcia do widza i jak wielu z nas tego już doświadczyło, nie zawsze to się sprawdza.  Mindfuck jest tego doskonałym, z pewnością dla wielu kuriozalnym, ale i znamiennym  przykładem. To na razie wciąż błądzenie we mgle, w której zrywanie okowów gatunkowości obraca się często przeciw samym twórcom.  Mindfuck o wiele lepiej sprawdza się będąc jedynie osią przedstawianej historii, przypomnijcie sobie choćby pętlę czasu z „Terminatora”. Ważne, żeby twórcy robili nam wodę z mózgu z zamiarem powiedzenia czegoś istotnego. Kto wie, być może za jakiś czas okaże się, że to właśnie mindfuck stanie się twórczym głosem artystów przyszłości.

BBC One
Poprzedni

Jonathan Strange & Mr Norrell [serial] [historyczny]

Mucha Comics
Następny

Daredevil: Żółty [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz