TEKSTY 

Serialowe trendy # 2: Paranoja

Serial „Person of Interest” miał wiele świetnych epizodów. Ale tylko jeden z nich doprowadził mnie do takiego stanu, że siadając każdego dnia przed laptopem, coraz częściej patrzę na to urządzenie jak na żywą istotę. Ano właśnie – ja patrzę na nią, ona na mnie. Ale chyba tylko mnie podczas tego  pojedynku wzrokowego (no i już uczłowieczyłem lapka!) ogarnia poczucie paranoi.

Telewizyjna „Gra o tron” dzielnie broni zasady, według której w życiu, sztuce i popkulturze liczy się  kasa, polityka, seks i bajeranckie zgony bohaterów. W obliczu dzisiejszego obrazu świata, obrazu który łapczywie podchwycili twórcy seriali ta zasada, jak i sama, zmieniająca się w rodzaj cruel soap opery „Gra o Tron”, zaczynają wyglądać jak relikt. Jeśli tego jeszcze nikt oprócz mnie nie ogarnął, to obecnie najmodniejsza, najbardziej w cenie, sztafirująca się na oczach nieświadomych doniosłości tego zjawiska mas, jest Królowa Paranoja. Przesadzam? Oprócz wymienionego wyżej „Person of Interest”, wysokie stężenie paranoi mamy także w: „Mr. Robot”, “Wayward Pines”, „Ascension”, „Homeland”, „The Blacklist”, „Black Mirror”, „Utopia”, Twelve Monkeys”, „The Brink”, „The Whispers”, „Deutschland 83”, „Dig” „The Hiding”. Są tu thrillery, fantastyka, seriale historyczne, nawet komedie. A w nich inwigilacja, konspiracja, globalne zagrożenia i szaleństwo. Wystarczy?

Był już kiedyś taki okres w historii świata, kiedy paranoja królowała bezsprzecznie w wielu dziedzinach – lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku, na które przemożny wpływ miała zakończona pół dekady wcześniej Druga Wojna Światowa, a w szczególności wybuch bomb atomowych w Japonii.

Do paranoi można mieć z pewnością podejście filozoficzne. Trzyma nas przy życiu i pozwala funkcjonować w świecie. Bo przecież gdy się tak człowiek mocniej zastanowi, to świat, czy raczej wszechświat, czyli to wielkie „coś” zawieszone nad naszymi głowami, nocami mrugające jasnymi punkcikami, za dnia łaskawie zasłaniające przed nami swoje tak bliskie, a jednocześnie jakże niedostępne oblicze, istnieje razem z nami właściwie nie wiadomo po co.  Do paranoi samego życia przyzwyczajani jesteśmy zatem od samego początku – ja jestem mały, wszechświat jest duży i nie do ogarnięcia i widocznie tak musi być. Sąsiad zza ściany pewnie nas podsłuchuje, ale i tak sąsiadka z sąsiedniej klatki jest lepsza, bo dziwnym sposobem wie wszystko na nasz temat. Paranoja jest istotnym elementem naszej codzienności, tkwi w rzeczach małych i dużych, z czego często nie zdajemy sobie sprawy ufni w swą niby przyrodzoną racjonalność i normalność. Bo przecież od tego, by drenować nam mózgi i dusze niepokojącymi obrazami i zmyślonymi fabułami, są popieprzeni artyści. Nikt przy zdrowych zmysłach nie powie, że paranoja jest sensem naszego życia. A ostatnio także sensem wielu seriali.

Był już kiedyś taki okres w historii świata, kiedy paranoja królowała bezsprzecznie w wielu dziedzinach – lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku, na które przemożny wpływ miała zakończona pół dekady wcześniej Druga Wojna Światowa, a w szczególności wybuch bomb atomowych w Japonii. Jednym z efektów tych wydarzeń był wysyp popkulturowych tworów o zimnowojennej i postapokaliptycznej tematyce. Z kolei w naszej części świata brylowała wówczas totalna paranoja socrealizmu. Prowadzi nas to do konkluzji, że za obecność zjawiska paranoi w kulturze odpowiedzialne są przełomowe zakręty historii. Dla nas będzie to zatem 11 września 2001 roku i parę lat później kryzys ekonomiczny, z którego świat wciąż nie może się wygrzebać. Ale co mają wspólnego terroryzm i pęknięcie spekulacyjnej bańki ze złowrogą sztuczną inteligencją, czyhającymi gdzieś u góry złymi kosmitami, krwiożerczymi korporacjami, czy w końcu z otaczającą nas rzeczywistością, która jak się okazuje może wcale nie istnieć?

Paranoja jest istotnym elementem naszej codzienności, tkwi w rzeczach małych i dużych, z czego często nie zdajemy sobie sprawy ufni w swą niby przyrodzoną racjonalność i normalność.

Z tą rzeczywistością to niezły trop. Z grubej rury, a właściwie z potężnego, mindfuckowego działa odpalili twórcy miniserii „Ascension” i zakończonego niedawno „Wayward Pines”. Lubię takie popkulturowe twory, w których w pierwszej fazie wodzeni są za nos zarówno bohaterowie i widzowie. W „Ascension” mamy wysłany w międzygwiezdną podróż, oczywiście w latach pięćdziesiątych  ubiegłego wieku statek kosmiczny, a właściwie nową wersję arki Noego. W „Wayward Pines” jest prowincjonalne, amerykańskie miasteczko, którego mieszkańcy tkwią w nim uwięzieni, otoczeni wysokim płotem pod napięciem, nie mając możliwości  ruszenia się poza jego obręb. Z czasem okazuje się, że oba te serialowe miejsca to zwykła ściema. Okazuje się też, że dla dobrego samopoczucia i utrzymania wewnętrznej równowagi, lepiej było nie zaglądać za kulisy rzeczywistości. Dlaczego? Bo jej wreszcie prawdziwe oblicze jest takie, jakiego nie chcielibyśmy z pewnością oglądać. Jeszcze raz, dlaczego? Bo w zamian mamy całe życie totalnie wywrócone do góry nogami, a świat w który wierzyliśmy po prostu nie istnieje.  Ale co począć, skoro człowiek to taka dociekliwa bestia i nie ma bata,  musi wiedzieć, musi znać prawdę? Znamy dobrze te słowa – „prawda was wyzwoli”. Otóż popkultura ostatnio propaguje raczej „prawda was przygniecie”. Przygniecie, ale – i tu pozwolę sobie na kilka zdań dygresji – na pewno nie w Polsce. Czy tylko ja mam uczucie, że żyjemy w nieprawdziwym kraju?

Z jednej strony mamy fotoradary, taśmy, gender, wstrętne banki, upolitycznione media i dopalacze, z drugiej, tak samo nieprzystające do rzeczywistości szarego, polskiego obywatela, nasze rodzime telenowele. Cóż, paranoja w naszym życiu rządzi się szczególnie. W jaki sposób pompowany jest balon  naszej rodzimej paranoi pokazał w powieści „Siódemka:” Ziemowit Szczerek. Powiem szczerze, że bardziej pasuje mi oszczędne, ale za to trafne diagnozowanie rożnych polskich pierdolców w powieściach Zygmunta Miłoszewskiego. I smutna kontestacja – diagnozować można, pompować można, pogubić się w tym wszystkim też (zwłaszcza oglądając rzeczywistość z „Klanu” i „M jak miłość”, a potem wyglądając przez okno), ale czy można w ogóle wyjść poza obręb naszych narodowych paranoi? To raczej trudne zadanie, skoro są one naszą codzienną pożywką i skoro się nimi tak jaramy. Pozostaje oglądanie zagranicznych seriali i cieszenie się, że gdzie indziej wcale nie jest lepiej.

No właśnie, czemu twórcy w tak wielkiej ostoi wolności jaką ponoć są USA, specjalizują się w serwowaniu paranoi? Czy są tak bardzo przejęci tym, co dzieje się obecnie na świecie, czy po prostu wywęszyli, że to w tej chwili najlepiej schodzący towar? Można ten trend tłumaczyć szczególnym momentem dziejowym, w którym strachy obecne, codzienne, doraźne połączyły się gładko z tymi uniwersalnymi (choćby trwający od stuleci strach przed rozwojem technologii). A może po prostu na całą ludzkość spłynęło od dawna oczekiwane objawienie, że po prostu nic nie jest w porządku w tej naszej globalnej wiosce i telewizyjni twórcy w ten sposób dają temu wyraz? Ci kosmici, ta wypasiona, mądralińska SI, te wszystkie siły, dążące najczęściej do zagłady rodzaju ludzkiego, rzecz jasna w imię naszego dobra – może to po prostu portret nas samych? Brrr, cóż za okropna, pesymistyczna myśl! Chyba nie jest aż tak źle, chyba przesadzam, prawda? Przecież stare, dobre Hollywood zazwyczaj utwierdzało nas w przekonaniu, że wystarczy jeden prawdziwy bohater (albo superbohater), aby przywrócić wszystko do normalnego stanu. Tylko czy jesteśmy jeszcze w dzisiejszych czasach powiedzieć, co to znaczy ów  „normalny stan”?

No dobra, jak na razie rzuciłem sporo pytań, praktycznie na żadne nie odpowiedziałem i w ogóle, jak pewnie niektórzy czytelnicy zdołali zauważyć, kompletnie olałem zajawkę tego tekstu. Czyli ten odcinek „Person of Interest”, przez który uczłowieczyłem laptopa, na którym to notabene urządzeniu wystukuję teraz te wszystkie literki. To był odcinek czwartego sezonu pokazujący sposób dokonywania operacji (myślowo?) obliczeniowych przez maszynę, czy raczej przez Maszynę, która jest niewidoczną, ale najbardziej wpływową bohaterką tego serialu. Maszyna w tym epizodzie dokonywała kilkuset tysięcy symulacji rzeczywistości szukając optymalnej ścieżki wyciągnięcia pozostałych bohaterów z opresji.  Widzowi dane było obejrzeć bodajże trzy z tych symulacji – mimo wszystko to wciąż serial dla ludzi, a nie dla maszyn. Ogarnięcie trzech, czterech możliwych ścieżek rzeczywistości to dla odbiorcy normalna dawka, normalny stan, no bo kto z nas mógłby przeprowadzić w głowie i to w błyskawicznym tempie praktycznie ich nieskończoną liczbę? Karpow i Kasparow? To był w ogóle jeden z najlepszych serialowych epizodów jakie kiedykolwiek oglądałem. Siedzi mi w głowie do dzisiaj, kusząc formą, przygniatając prawdą, wyznaczając miejsce w szeregu. Wszechmocne, boskie z ducha planowanie. Przewidywanie każdego ruchu. Branie pod uwagę każdego szczegółu. Totalna paranoja. A ja co? A ja jestem tylko człowiekiem. Co może człowiek? Może mu odwalić.  Może zrobić coś nieprzewidywalnego. Może się wkurwić.

Ci kosmici, ta wypasiona, mądralińska SI, te wszystkie siły, dążące najczęściej do zagłady rodzaju ludzkiego, rzecz jasna w imię naszego dobra – może to po prostu portret nas samych?

Czy maszynie może odwalić? Czy kosmici mają niecne plany? Czy wielkie korporacje chcą zgarnąć wszystko dla siebie? Czy terroryści zamachną sie kiedyś na warszawskie metro, albo Pałac Kultury? Czy z czasem roboty zastąpią w Biedronce pracowników? Czy mój laptop będzie mógł kiedyś napisać za mnie recenzję? Czy nadejdą takie czasy, że ze wszystkich urządzeń znikną przyciski stand by? Czy to oglądanie zbyt wielu seriali doprowadziło mnie do takiego stanu? O czym to ja pisałem? Co człowiek może?  Wkurwić się, zadziałać, iść na spontan. Ale co, jeśli wszystko, tak jak w „Grze” Finchera jest w całości zaaranżowane? Nie, nie dajmy się wciągnąć w takie rozumowanie. Zawsze jest jakieś pole manewru. Można zacisnąć zęby i zmienić przyszłość. Wyjść po paczkę papierosów i już nie wrócić. Albo wszcząć rewolucję. Można po prostu zrobić coś nieprzewidywalnego. Nieobliczalnego. Coś, co nie przyśniłoby się każdej z wysoko rozwiniętych SI, w każdej z kilkuset tysięcy symulacji. Paradoksalnie, inspiracją mogą być tu wszystkie, wymienione wyżej seriale. Dosyć często wynika z ich fabuł, że człowiek jak chce, bądź zmuszają go do tego okoliczności, potrafi być cwaną bestią.

Dlatego chrzanię to wszystko i idę z psem na spacer. Co w tym nieprzewidywalnego? Co to za broń przeciwko paranoi? Przecież z psem i tak bym musiał wyjść . No niby prawda. Ale zazwyczaj wychodzę z nim o dwudziestej. A dzisiaj przeczekałem, wystukiwałem na klawiaturze ten tekst i wyjdziemy dopiero po dwudziestej drugiej. Wiem, biedna psina, ale przynajmniej będzie chłodniej. Czyli taka mała korekta planów. Będzie też ciemno. Wiem gdzie są miejsca, w których na pewno nie ma żadnych kamer. Tam wreszcie będę mógł odreagować i mając nadzieję, że władza mnie nie zgarnie, zrobię coś głupiego i tym samym wypnę się na tę całą paranoję.

Tylko po co o tym wszystkim opowiadam, po co planuję, po co zawczasu kreuję rzeczywistość? Przecież to już zajeżdża paranoją. O tym wszystkim co zrobię, co mógłbym zrobić, nie powinien nikt wiedzieć. Nawet ja sam. Bo tylko wtedy będzie miało to sens.

MAG
Poprzedni

Dym i lustra - Prostota i geniusz [recenzja]

UIP
Następny

Mission: Impossible – Rouge Nation – prawie jak stary Bond [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz