TEKSTY 

Sigma force Jamesa Rollinsa – udany misz-masz podstawą sukcesu?

Chcieliśmy przeprowadzić rozmowę z Jamesem Rollinsem z okazji premiery jego najnowszej książki „Labirynt kości”. Najpierw trudno było zgrać terminy, później okazało się, że autor nie znajdzie wolnej chwili zajęty intensywnymi pracami nad kolejną powieścią. Nie udało nam się uzyskać informacji, czy jest to kolejny tom „Sigma force”, czy też zupełnie nowa powieść. Dlatego na pocieszenie przypominamy, o co w ogóle chodzi z tym słynnym cyklem thrillerów.

Sigma Force to elitarna jednostka powołana przez Ministerstwo Obrony Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. W jej skład wchodzą specjalnie wyszkoleni żołnierze Służb Specjalnych, wyspecjalizowani nie tylko w walce, ale i rozwiązywaniu zagadek naukowo-historycznych. Pomysł zrodził się w głowie lekarza weterynarii polskiego pochodzenia, który od urodzenia mieszka w Chicago. James Paul Czajkowski, bo tak brzmi jego prawdziwe imię i nazwisko, początkowo publikował pod pseudonimem James Clemens powieści fantasy i przygodowe. Zamiłowanie do historii i nauki popchnęło go do napisania powieści „Burza piaskowa”, którą zdecydował się podpisać jako James Rollins. Był to początek serii, która do tej pory liczy już kilkanaście tomów, a jej popularność nie zapowiada szybkiego zakończenia cyklu.

Specyfika powieści Rollisa wynika ze sprytnego schematu, który kolejnych odsłonach ulega mniejszym lub większym modyfikacjom. W gruncie rzeczy można by określić je jako miks Roberta Ludluma z Danem Brownem, ale wszystko podane w mocno przygodowym sosie. Oczywiście jest to duże uproszczenie, niemniej oddaje ducha poszczególnych tomów. Na przykład we wspomnianej „Burzy piaskowej” pojawia się antymateriia i sekret meteorytu tunguskiego, a całość prowadzi bohaterów do mitycznego miasta Ubar, „Atlantydy piasków”, gdzie kryje się jedna z największych tajemnic ludzkości. Nie zabraknie mnóstwa strzelanin, brawurowych akcji i mnóstwa wybuchów, gonitwy po sporej części świata i kipiącego wprost testosteronu. Pomysł ów okazał się tak trafionym, że Rollins przeszedł na zawodowstwo i całkowicie poświęcił się tropieniu wielkich zagadek ludzkości i technologicznych nowinek. Miks ów stworzył jego znak firmowy, a jedyne, co odróżnia „Burzę piaskową” (2004) od późniejszych tomów to niepewność do głównych bohaterów. W tym tomie wyraźnie Rollins nie mógł się zdecydować, czy prym ma wieść Painter Crowe, agent służb specjalnych, wzorowany na postaci Indiany Jonesa czy też może piękna kustoszka Safia al-Maaz. Wprawdzie ta ostatnia jest głównym spoiwem akcji i jej rola jako protagonistki jest mocno ograniczona, ale dopiero finał daje jasno do zrozumienia, że właśnie narodził się cykl (i „Sigma Force”). I jasnym jest, kto rozdaje karty. Przynajmniej przez najbliższy czas.

Specyfika powieści Rollisa wynika ze sprytnego schematu, który można określić je jako miks Clive’a Clusslera z Danem Brownem, ale wszystko podane w mocno przygodowym sosie.

W „Mapie trzech mędrców” (2005) grupa się rozrasta, a bohaterowie muszą zmierzyć się teraz z tajemnicą średniowiecznej alchemii, papieskich konfliktów i brutalnym mordem popełnionym w katedrze w kolonii. Tutaj Rollins jeszcze bardziej zbliża się do Dana Browna, choć odważnie wypuszcza się też w tereny bardziej drastyczne (ale co istotne, umotywowane fabularnie). Najistotniejsze dla cyklu jest to, że pojawiają się tu najlepsi agenci Sigmy: Grayson Pierce i Monk Kokkalis. Ich pojawienie nie tylko uatrakcyjnia całą serię, ono wprowadza niezbędny element ciągłości, który podkreśli wyjątkowość cyklu. Rollins bowiem pamięta nie tylko o przyczynowo-skutkowych następstwach zdarzeń, które skutecznie rozwija w kolejnych tomach, ale dba też o budowane relacje pomiędzy poszczególnymi bohaterami. Dodaje to odrobinę melodramatyzmu do całości, ale w dawce na tyle znikomej, by nikt nie zarzucił typowo męskim książkom subtelnego romantyzmu. Tak oto, choć w trzecim tomie cyklu, „Czarnym Zakonie” (2006) pojawia się doktor Lisa Cummings, a jej relacje z Painterem Crowe staną się znaczące dla serii, to akcja przenosi czytelnika do Nepalu, gdzie na skutek dziwnej epidemii doszło do aktów kanibalizmu. Tajemnica wiąże się z epoką wiktoriańską i eksperymentami prowadzonymi w Polsce przez nazistów w czasie II wojny światowej. Bez obaw jednak, tak samo jak wątki romantyczne, tak i ewentualne motywy sugerujące przynależność do krwawych horrorów zostały ograniczone do absolutnego minimum, wręcz niezauważalnego w zalewie brawurowych przygód i wybuchowych akcji.

Trzy pierwsze tomy ugruntowały wizerunek serii, nie znaczy to jednak, że Rollins spoczął na laurach. „Wirus Judasza” (2007) zgodnie z tytułem zapowiada zagrożenie mogące zniszczyć ludzkość, a jedyną szansą jest rozszyfrowanie wiadomości zapisanej „językiem aniołów”, starszym niż jakiekolwiek języki świata. Mamy tu jeszcze więcej zagadek, przygód w stylu Indiany Jonesa i akcji w najlepszym stylu Clive’a Cusslera i Wilbura Smitha, ale przede wszystkim pojawia się tutaj nowy żołnierz Sigmy – Joe Kowalski, niewątpliwie moja ulubiona postać cyklu. „Ostatnia wyrocznia” (2008) odwołuje się do historii delfijskiej wyroczni, obowiązkowo wykorzystuje schemat niedobrych Rosjan i definitywnie udowadnia, że raz – pierwsze skrzypce w serii gra Grayson Pierce i dwa – bohaterowie też umierają. Fakt, już wcześniej jeden zszedł z tego świata, ale ta powieść rzuca na to zagadnienie zupełnie inne światło. Reguły serii zostały ostatecznie ugruntowane i Rollins konsekwentnie eksplorował swoją niszę gatunkową. W „Kluczu zagłady” (2009) znów pojawia się wątek zagłady ludzkości, tym razem za sprawą toksycznej substancji, której genezy należy szukać w jedenastowiecznej Anglii. Globalna zagłada jest również podstawą fabuły „Kolonii diabła” (2011), tym razem bowiem Crowe i Pierce szukają tajemniczego Potężnego Eliksiru wiążącego się z początkami Stanów Zjednoczonych. Tutaj po raz pierwszy na taką skalę wysuwa się nanotechnologia, która w dwóch kolejnych tomach zmieni nieco proporcję gatunkowego rozkładu sił.

Oto bowiem w „Linii krwi” (2012) Rollins wspina się na wyżyny kreacji w wąskich ramach jakie obrał za podstawy serii. Porwana przez piratów młoda Amerykanka okazuje się być osobą na tyle ważną, że Sigma są zmuszeni wkroczyć do akcji, a całość doprowadzi ich do odkrycia tajemniczej organizacji od wieków sterującej losami świata. Wielkie pościgi, wyjątkowo rozstrzelane akcje, a do tego intryga godna Dana Browna i solidne wsparcie merytoryczne pozwalające balansować na granicy science-fiction czynią z tej odsłony jedną z jaśniejszych w serii. A na pewno najbardziej intrygujących za sprawą… psa.

„Oko boga” (2013), niestety, przekracza granice science-fiction. Watykański naukowiec wchodzi w posiadanie czaszki Czyngis-chana, na której przepowiedziano datę końca świata. Pokrywa się ona z informacjami, jakie przekazał amerykański satelita, tytułowe Oko Boga, zderzając się z ogonem komety i… trafiając w zakrzywienie przestrzeni i rzeczywistości. Tym samym, główni bohaterowie muszą stoczyć liczne walki w Azji, by nie dopuścić do realizacji przepowiedni. Mimo konsekwentnego powielania schematów tym razem Rollinsowi nie udało się stworzyć przekonującej historii, nawet w ramach tak umownej konwencji. Na szczęście ostatnia jak dotąd z wydanych w Polsce powieści – „Szósta apokalipsa” (2014) nie jest nacechowana żadną próbą odświeżenia formuły. Znów mamy do czynienia ze śmiertelnie groźnym wirusem, próbą ratowania świata i spiskiem sięgającym czasów antycznych. Obowiązkowo ekipa naszych bohaterów musi przemierzyć spory kawał świata i wśród gwiżdżących nad ich głowami kul rozwikłać zagadki, względnie uporać się z drobnymi problemami emocjonalno-życiowymi. Nie ma co ukrywać, Rollins prochu nie wynalazł i (na szczęście) tym razem nawet nie próbował. Seria Sigma Force powinna zostać tą cudowną mieszanką sensacji, powieści przygodowo-naukowo-historycznej z konwencją filmów sensacyjnych klasy B, bez prób uciekania w inne terytoria. Tym, którzy dotąd nie dali się wciągnąć w żadną z misji Pierce’a, polecam, reszcie przyjdzie czekać na polskie wydanie „Labiryntu kości” (2015), które w Polsce będzie miało premierę tej jesieni. No i oczywiście na nową powieść autora, nad którą właśnie pracuje.

ewangelia krwi
Poprzedni

Ewangelia krwi / Niewinna krew - wampiry w służbie Kościoła [recenzja]

Krwawe Gody
Następny

Krwawe gody - Wesele według Van Hamme'a [recenzja]

Łukasz Radecki

Łukasz Radecki

Pisarz, nauczyciel, poeta, muzyk, redaktor, publicysta. Autor zbiorów opowiadań - "Kraina bez powrotu: Opowieści Niesamowite" (2009), "Horror klasy B" (2015), oraz cyklu „Bóg Horror Ojczyzna” (do tej pory dwa tomy: „Złego początki” i „Wszystko spłonie”) (2013). Wraz z Kazimierzem Kyrczem Jr wydał zbiór "Lek na lęk" (2011), z Robertem Cichowlasem zaś „Pradawne zło” (2014) oraz powieści "Miasteczko" (2015) i "Zombie.pl" (2016). Muzyk zespołów ACRYBIA, DAMAGE CASE i WILCY. Prowadzi własny blog literacki, stale pisze dla Horror Online, Grabarza Polskiego, Atmospheric Magazine i Dzikiej Bandy. Szczęśliwy mąż, ojciec dwójki dzieci.

2 Comments

  1. Kosa
    2016-07-31 at 08:25 — Odpowiedz

    Cykl „Sigma Force” mimo że wydaje się interesujący to odstrasza tym że CHYBA trzeba znać wszystkie książki w kolejności chronologicznej żeby móc sięgnąć po nowe a problem tkwi w tym że nie wszystkie książki cyklu są już dostępne.

    • Łukasz Radecki
      2016-08-02 at 04:28 — Odpowiedz

      Szczęśliwie Albatros właśnie wznawia wszystkie części cyklu. Poza tym nie trzeba znać wszystkich części w kolejności chronologicznej. To pomaga, ale w niczym nie przeszkadza. Sam zacząłem od ósmego tomu i później się cofnąłem do początku.

Dodaj komentarz