TEKSTY 

Stephen King: Książki, kokaina i rock’n’roll

Czytelnicy mają go za literackiego boga, krytycy za popowego rzemieślnika, a on sam twierdzi zaś, że pisze, bo niczego innego poza piciem i pisaniem nie potrafi. Alkohol rzucił dwie dekady temu. Pisania mimo, że wielokrotnie się odgrażał – nigdy.

Rzecz miała miejsce w 1986 roku w miejskiej bibliotece w mieście Virginia Beach w stanie Wirginia. Stephen King miał w niej spotkanie autorskie. Na imprezę zjawił się spóźniony i mocno wypity. Kiedy w końcu zasiadł przy stole zamiast odpowiadać na pytania wyciągnął z kieszeni kurtki butelkę piwa uniósł ją w górę i krzyknął: ej ludziska, ktoś tu chce iść dziś na polowanie! Połowa zebranych w bibliotece czytelników opuściła salę. I to nie na polowanie.

Patrząc na dziś prawie siedemdziesięcioletniego (rocznik 1947), wyciszonego i sympatycznego Kinga trudno w powyższą anegdotę uwierzyć, ale to szczera prawda. Dawno temu w innych czasach King był literackim odpowiednikiem Keitha Richardsa. Piwo i kokaina były jego najlepszymi przyjaciółkami, a ciągi alkoholowe trwały u niego po kilka miesięcy. Przez lata uważał, że w piciu nie ma niczego złego, bo przecież nie przeszkadza mu w pisaniu. Co innego przygodny seks. Żonaty King najbardziej na świecie bał się gniewu swojej żony, gdyby ta przez przypadek dowiedziała się, że miał on romans. Dlatego na własny użytek zmodyfikował słynny rock’n’rollowy slogan na „books, drugs and rock’n’roll”.

Takiego Stephena Kinga nie znacie. A przynajmniej w Polsce to oblicze jest skrzętnie ukrywane, lub pomijane w każdym publikowanym u nas tekście. Kinga w Polsce albo się nienawidzi (bo to pisarz dla mas), albo kocha (bo to genialny pisarz dla mas), ale o jego słabościach i ekscesach się nie pisze. Wszak genialnemu pisarzowi nie przystoi. Prawda jest jednak zupełnie inna.

Otóż w jego przypadku bycie genialnym popkulturowym twórcą od początku szło w parze z całym mrocznym obliczem sukcesu. Z jednej strony literacki warsztat, talent, wyobraźnia, z drugiej używki, kliniki odwykowe. King bowiem to nie tylko cudowne dziecko popkultury, ale bodaj jedyny żyjący współczesny pisarz, którego kariera przypomina karierę muzyka rockowego. Tyle że zamiast uczyć się nut z bluesowych płyt, on zdobywał warsztat czytając groszowe pisma i powieści. Popijając przy tym z butelki buda light.

Dawno temu w innych czasach King był literackim odpowiednikiem Keitha Richardsa. Piwo i kokaina były jego najlepszymi przyjaciółkami, a ciągi alkoholowe trwały u niego po kilka miesięcy.

King pisał od zawsze. Taką wersję podają wszyscy znani biografowie, i sam autor potwierdza ją w swojej autobiografii. W 1950 roku pewnego wieczora ojciec przyszłego pisarza, Donald King powiedział żonie, że wychodzi po papierosy i… nigdy nie wrócił (po latach okazało się, że założył nową rodzinę i miał inne dzieci, ale King nigdy z nimi się nie skontaktował). W latach 50. porzucona przez męża matka dwójki dzieci  nie miała lekkiego życia. Sąsiedzi szybko rozpuścili plotkę jakoby Donald odszedł z jej winy, a prace jakie jej oferowano do dobrze płatnych nie należały. Tym sposobem dzieciństwo Kinga upłynęło na ciągłych przeprowadzkach i w zasadzie bez obojga rodziców – matka bowiem aby utrzymać rodzinę pracowała bezustannie na dwóch, trzech etatach (m.in. jako praczka, cukiernik, piekarz, kelnerka).

W tym wypadku nie powinno nikogo dziwić, że dla przyszłego autora „Miasteczka Salem” czytanie a potem pisanie było formą ucieczki od otaczającej go życiowej beznadziei.

Mniej więcej odkąd skończył pięć lat interesowała go proza gatunkowa i w niej się doskonalił. Pokochał zaborczą miłością komiksy z serii „Opowieści z krypty”, teksty Edgara Allana Poe i H.P. Lovecrafta, dlatego nie dziwi, że horror był gatunkiem w którym doskonalił się najmocniej. Pierwsze opowiadanie jakie opublikował (w 1965 roku w amatorskim fanzinie „Comics Review”) nosiło tytuł „Byłem nastoletnią hieną cmentarną” a jego tytuł idealnie oddawał tak skomplikowaną treść, jak zainteresowania autora. Ożywione trupy, cmentarze i potwory. Ta tematyka dominować będzie w wielu młodzieńczych tekstach Kinga, który powiększając swoją bibliografię o kolejne teksty, powoli będzie budował markę najstraszniejszego faceta w Ameryce.

Zanim w 1974 roku ukaże się jego debiutancka powieść „Carrie”, King napisze do szuflady co najmniej cztery powieści (potem wyda je pod pseudonimem Richard Bachman), opublikuje dziesiątki opowiadań (głównie w pismach dla panów z pośród których „Playboy” był najbardziej ekskluzywnym) i zaliczy drobny epizod muzyka folkowego. Tak, King w czasie studiów jak niemal każdy słuchający Boba Dylana i Phila Ochsa amerykański student anglistyki próbował swych sił w występach na scenie. Nie wiadomo co szło mu bardziej opornie – granie na gitarze czy śpiewanie – ale po kilku występach porzucił karierę muzyka. Powróci do niej dopiero w latach 90. gdy wraz z kolegami po piórze założy rockowy zespół The Rock Bottom Remiders, w którego skład wchodzić będą sami cenieni w USA pisarze (m.in.: Scott Turow,  Greg Iles, Mitch Albom).

Przez chwilę na studiach planował także zostać wygłaszającym monologi standuperem, ale publiczność, która liczyła na dowcipy a nie recytowane z pamięci opowiadania grozy, przyszłego autora bestsellerów wygwizdała. W efekcie jeszcze podczas studiów King postanowił zostać aktywistą politycznym, wygłaszał płomienne przemowy podczas wieców, ale kiedy jednego razu spałowała go policja karierę polityczną również porzucił. Pisanie było o wiele bezpieczniejsze. No i nikt nie miał do niego pretensji, o to że w zaciszu piwnicy wypijał w kilka godzin dwanaście piw. Bo pił tak samo jak pisał – odkąd sięgał pamięcią.

Jeśli pisanie było dla Kinga ucieczką od trudów codzienności, tak alkohol był sposobem na zmierzenie się z nią. Wychowywany bez ojca i męskiego autorytetu młody King miał bardzo zaniżoną samoocenę. Nigdy nie był przystojny, nie miał pieniędzy a często nawet butów (do legendy uczelnianej przeszły te obwiązane taśmą klejącą, w których paradował przez cztery pory roku). Alkohol pozwalał pokonywać mu wstyd i brylować w towarzystwie. W chwili swojego głośnego debiutu King był już alkoholikiem, który funkcjonował w stanie permanentnego ciągu. Po latach przyznał, że telefon od agenta, który informował go o pierwszych zarobionych 250 tysiącach dolarów odebrałem w stanie zamroczenia i nie bardzo rozumiałem co do mnie mówi. Kiedy w końcu zrozumiał – najpierw zemdlał, a potem po pijaku kupił żonie prezent: wielką suszarkę do włosów. Na pytanie dlaczego akurat suszarkę do dziś nie jest w stanie odpowiedzieć.

Sukces trzeciej powieści, czyli „Lśnienia” (1977) ugruntował na rynku pozycję Kinga i sprawił, że pisarzem na dobre zainteresowało się Hollywood. A jak pokazywał to Woody Allen w „Annie Hall” – Los Angeles to kraina śniegiem usłana. King na pierwszej imprezie z producentami z Warner Bros odkrywa, że wciągany do nosa biały proszek o nazwie kokaina szybko niweluje dręczącego go kaca i sprawia, że zamiast spać, chce mu się pracować. Tak oto hurtowe ilości piwa poznały swoją młodszą siostrę kokę, a King rozpoczął trwający kolejną dekadę ciąg, który cudem przetrwał.

Ktoś przytomnie zauważy – dlaczego w tekście o Kingu tyle miejsca poświęcać jego uzależnieniom? Ano z prostego powodu. Ponieważ jego alkoholizm i narkomania w ogromnym stopniu odciskała się na tym co i jak pisał. Weźmy „Cujo” powieść o wściekłym bernardynie atakującym pewną panią z dzieckiem. Po latach King w swojej autobiografii przyznał, że nie pamiętał za bardzo jak ją pisał, a już zupełnie nie potrafi przypomnieć sobie nanoszonych na nią poprawek. I to czuć. „Cujo” to powieść napisana w dziki i szalony sposób. Tryska agresją, jadem. Jest absolutnie niepoprawna i wściekła, napędza ją bowiem ta sama szalona energia jaką daje kokainowy kopniak. „Lśnienie” z niepijącym, odciętym od świata alkoholikiem, który zabije za kieliszek… „Misery” z uwięzionym przez psychopatkę pisarzem, wreszcie monumentalne „To” gdzie ckliwe wspomnienia z dzieciństwa zniszczone są przez demony dorosłości. To wszystko powieści, które nie powstałyby gdyby podświadomie King nie opisywał w nich swoich alkoholowo-kokainowych traum.

Przebudzenie nadeszło w roku 1989. Picie twórcy „Martwej strefy” wyrwało się spod kontroli i galopowało przed siebie niszcząc wszystko i wszystkich na swojej drodze. Na spotkania autorskie King zjawiał się wcięty. W wywiadach bywał zgryźliwy i złośliwy. A przede wszystkim gdziekolwiek się pojawiał tam musiał być alkohol. Nawet w jednym z kościołów w Maine, gdzie zorganizowano mu spotkanie autorskie. Gdy zebrani na sali poczuli alkohol wyszli. King miał już wówczas trójkę dzieci i żonę, którą poznał podczas studiów (jak sama mówiła w jednym z wywiadów: – zakochał się na zabój w moich cyckach). To właśnie Tabitha King uznała, że jej mąż zmierza na dno i jeśli czegoś z tym nie zrobi, skończy jak jeden z jego ulubionych wokalistów Bon Scott (nieżyjący frontman AC/DC, który zapił się na śmierć). I tak postawiła mężowi ultimatum. Albo zabiera dzieci, dostęp do połowy konta i dom, albo on przestanie pić. Przestał. Choć lekko nie było. Najpierw jak każdy alkoholik uznał, że poradzi sobie z chorobą sam i przez rok, próbował ograniczać picie. Kiedy okazało się, że domowa terapia nie skutkuje w końcu trafił do kliniki. Żaden biograf Kinga nie podaje informacji o tym jak przebiegało leczenie pisarza tzn. ile czasu spędził w klinice. On sam także o tym nie wspomina. Nie ukrywa jednak faktu, że  trzeźwości dziś utrzymuje dzięki mitingom Anonimowych Alkoholików. O tym jak wielki wpływ na jego życie miała ta organizacja widać w „Doktorze Sen” – kontynuacji „Lśnienia”, która pełna jest odniesień do terapii i sposobów walki z alkoholizmem propagowanych przez AA.

Jak niemal każdy artysta, który popadł w uzależnienie King panicznie bał się, że wraz ze zniknięciem alkoholu i kokainy utraci on zdolność pisania. Niepotrzebnie. Mimo iż pierwsza po odwyku powieść „Sklepik z marzeniami” nie należała do udanych, to kolejne takie jak „Dolores Claiborne” czy „Gra Geralda” pokazały zupełnie inne – dojrzalsze oblicze Kinga. Potwory i nadprzyrodzone zjawiska odeszły w cień (sam King twierdzi, że wszystko co miałem do powiedzenia o potworach zawarłem w „TO”), a na pierwszy plan wysunęła się psychologia postaci i mroczne opisy ludzi zmagających się ze swoimi słabościami i traumami. Zmieniła się nie tylko tematyka poruszana przez Kinga w powieściach ale i on sam.

Do tej pory nie przeszkadzało mu, że krytycy uznają go za króla horroru i z chęcią przyjmował kontrakty na telewizyjne reklamy kart kredytowych w których przechadzał się po nawiedzonym zamczysku. Teraz postanowił to zmienić. Ale chociaż zaczął drukować opowiadania w „New Yorkerze”, otrzymał prestiżową nagrodę O. Henryego i National Book Award za życiowe dokonania to do dziś „poważni” krytycy uznają go za pana od horrorów, którego nie należy traktować poważnie. Szkoda – bo kilka jego powieści ociera się o wielkość. Choćby wspomniane już „To”, które swoim rozmachem w niczym nie ustępuje epickim powieściom Dickensa, zaś „Worek kości” to bezsprzecznie jedna z najlepszych współczesnych powieści gotyckich jakie wydano.

Dlaczego w tekście o Kingu tyle miejsca poświęcać jego uzależnieniom? Ano z prostego powodu. Ponieważ jego alkoholizm i narkomania w ogromnym stopniu odciskała się na tym co i jak pisał.

Rozstając się z alkoholem King zmienił nie tylko stosunek do swojego wizerunku, ale i finansów. Do tej pory za większość decyzji związanych z pieniędzmi podejmował za niego agent Bruno Kirby. To on negocjował zaliczki (słynne cztery miliony z 1979 roku przeszło do legendy rynku wydawniczego i zapoczątkowało erę gigantycznych zaliczek) i zajmował się prawami. Teraz King postanowił się przyjrzeć własnym finansom bliżej. Zwolnił Kirby’ego i z nowym agentem zaczął negocjować nowe zaliczki. W 1997 podpisał nowatorski (jak na tamte lata) kontrakt z wydawnictwem Simon & Schuster. Kontrakt opiewał na 6 milionów dolarów od tytułu (podpisano go na trzy powieści) oraz – uwaga – aż pięćdziesiąt procent zysków ze sprzedaży każdego tytułu. Dla przykładu pierwszy tytuł wydany dla Schustera „Worek kości” w samych Stanach sprzedał się w półtora milionowym nakładzie!  Ale jak widać wydawcy ten układ jak najbardziej odpowiadał, bo od 1997 roku kontrakt z Kingiem jest przedłużany. Tyle że zaliczki podobno sięgają już dwudziestu pięciu milionów za trzy tytuły.

Jako pisarz King zarabiał gigantyczne pieniądze – wg. magazynu „Forbes” ponad 20 milionów dolarów rocznego wpływu tylko z samych powieści. (Łączna suma nakładów książek na świecie to blisko czterysta milionów egzemplarzy, z czego wynika, że co 175 osoba na świecie musiała czytać jakąś jego powieść). Do tej kwoty dorzucić należy jeszcze sumy jakie otrzymuje za sprzedaż praw do ekranizacji ( średnio około 10 milionów za jeden tytuł). Kiedy na trzeźwo dotarło do niego to jak bardzo jest bogaty, postanowił zacząć wydawać pieniądze mądrze i sensownie.

W rodzinnym stanie Maine kupił radiostację  WZON AM (której jest właścicielem do tej pory), wielki dom oraz dwa mniejsze na Florydzie (gdzie w zasadzie się przeprowadził, bo cieplej  zimą i trudniej poślizgnąć się na lodzie). Z własnej kieszeni inwestuje w seriale telewizyjne („Czerwona róża”, „Szpital: Królestwo”, „Pod kopułą”). Założył kilka fundacji w tym jedną wspierającą artystów którzy w wyniku wypadków losowych (utrata kończyn, głosu, wzroku) nie mogą kontynuować pracy i zabezpieczył przyszłość dzieci (dwóch synów także pisarzy, oraz córki, która jako jedyna wyłamała się i nie pisze, a jest za to lesbijką i pastorem w Kościele Unitarian Uniwersalistów w Utica). Pytany o to co robi w wolnym czasie zawsze odpowiada tak samo – Piszę, bo mam to szczęście, że moja praca to moje najukochańsze hobby, a kiedy i pisanie mnie znudzi oglądam baseball. Ot klasyczny Amerykanin.

Dziś pytany w wywiadach czego najbardziej żałuje w życiu zawsze odpowiada tak samo. Nie przepitych lat, nie zniszczonego przez kokainę organizmu, a dwóch prozaicznych rzeczy. Pierwszą jest pewien wywiad, którego udzielił w latach 80. gdzie powiedział przepytującemu go dziennikarzowi, że nie uważa się za pisarza, a hamburgera z McDonalda. Drugą jest nieszczęsna reklama z kart kredytowych z zamczyskiem. – Z tym hamburgerem to nie chodziło mi o to, żeby być tak tani jak McDonald a o jego zasięg! Krytycy jednak zrozumieli mnie opatrznie i tkwią w tym przekonaniu do dziś – mówił w jednym z wywiadów. I choć sam twierdzi, że brzydzi się swojej łatki autora popowego, to chyba nie do końca zależy mu na uwalnianiu się od niej. Każda jego nowa powieść czy zbiór opowiadań jest tego dowodem.

Uroboros
Poprzedni

Najciekawsze gry o Sithach [ranking]

Egmont
Następny

Usagi Yojimbo: Senso - królik emocjonalny i depresyjny [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz