TEKSTY 

Stephen King za grosze

Filmografia Stephena Kinga, dostępna choćby na portalu IMDB.com, zawiera jakoś około 210 pozycji. Gdyby jednak spróbować obejrzeć każdy tytuł zajęłoby to fanom przypuszczalnie dobrych kilka lat i pochłonęło tysiące złotych, które wydaliby na poszukiwania owych filmów. Białe kruki? Tajemnicze ekranizacje, o których nikt nie wie? Niestety, nic z tych rzeczy.

Tajemnica ogromnej ilości tytułów ekranizacji prozy Kinga ma swoje banalne wytłumaczenie. Otóż są to krótkometrażowe filmiki, realizowane za zgodą i z namaszczeniem samego Steve’a, przez różnych młodych twórców, w ramach programu pieszczotliwie nazwanego przez Kinga „dollar baby”.

Ponieważ lista filmów zrealizowanych w cyklu „dollar babies” (to nie błąd, a liczba mnoga) jest w zasadzie niepoliczalna − gdybym chciał je wszystkie obejrzeć, prędzej bym się zestarzał, niż skończył pisać ten tekst. Poza tym część tych filmów jest absolutnie niedostępna, a jedyne ich egzemplarze spoczywają w piwnicy domu Stephena Kinga w Bangor… Tak więc nazwijcie mnie leniem, człowiekiem unikającym wyzwań, ale niestety w tym wypadku musiałem powiedzieć: pass.

Co oczywiście wcale nie znaczy, że postanowiłem kompletnie „dollar babies” zignorować. Nie. Ale zamiast rozpisywać się o każdym filmie z osobna, zdecydowałem się poświęcić ten krótki rozdział całemu zjawisku – po części przez to, aby być wobec was i siebie uczciwym, po części zaś przez to, że pisząc o Stephenie Kingu „dollar babies” zignorować nie można. Dlaczego? Choćby z powodu ilości. Póki co udało mi się doliczyć dziewięćdziesięciu trzech filmów (filmików) zrealizowanych w programie. Jest ich zapewne dwa razy więcej. Nawet pracownicy Kinga, którzy prowadzili na stronie pisarza oficjalny spis „dollar babies”, w pewnym momencie tego zaniechali.

Ale „dollar babies” ważne są z innych, o wiele bardziej istotnych powodu niż ilość produkcji. Ale zanim przejdę do opisywania owych powodów, w kilku słowach wytłumaczę, czym „dollar babies” są.

King jest jednym z nielicznych, jeśli nie jedynym, bestsellerowym pisarzem, który za bezcen oddaje prawa do swoich tekstów. Polega to na tym, iż od początku lat osiemdziesiątych Stephen King podpisuje z młodymi filmowcami proste umowy. Za równo odliczonego dolara otrzymują oni prawo do zekranizowania wybranego przez siebie opowiadania (w ostatnich latach ten warunek uległ drobnej mutacji i King wystawił pulę określonych tytułów dostępnych do „kupienia”). Oczywiście oddanie za bezcen swojego opowiadania King obwarował kilkoma istotnymi ograniczeniami. W skrócie: twórca filmu zrealizowanego w serii „dollar babies” nie może czerpać z niego finansowej korzyści. Filmy nie mogą być wyświetlane na biletowanych seansach kinowych, nie mogą być wydawane na DVD itp. Mogą za to być pokazywane na festiwalach, pokazach i wszelkich imprezach, które mogą pomóc w promocji tak filmu, jak jego twórcy. Swoją decyzję o rozdawaniu za darmo swoich opowiadań (ale nigdy powieści!) młodym reżyserom, King tłumaczył miłością go kina. Dorastał, oglądając wszystko, co było emitowane w telewizji (a potem w kinach) – kiedy zdobył sławę i pieniądze mógł wreszcie oddać kinu cząstkę siebie.  Poza tym jego pozycja mogła pomóc nieznanym twórcom w byciu zauważonymi.

W zasadzie racja – ale jeśli przyjrzeć się „dollar babies” od strony promocji nowych nazwisk, to okazuje się, że naprawdę przez cały czas trwania projektu jedynym twórcą, który odniósł realny sukces i stał się wielką gwiazdą jest Frank Darabont (twórca m.in. Skazanych na Shawshank). Poza nim nikt z ogromnej rzeszy młodych reżyserów sukcesu nie odniósł. Nie, przepraszam… Znanym i cenionym twórcą jest dziś także Guy Maddin (nagradzane Moje Winnipeg), tyle że on akurat paradoksalnie z kręcenia swojej adaptacji opowiadania Kinga zrezygnował tuż po tym, jak podpisał z pisarzem kontrakt.

I tu dochodzimy do tego, co wydaje się najbardziej interesujące w zjawisku „dollar babies”.

Idea „dolar babies” dobitnie pokazuje, że Stephen King, mimo gigantycznego sukcesu jaki osiągnął, pozostał w głębi duszy biednym chłopakiem z prowincji, który nie zapomniał, jak trudno jest się we współczesnym świecie wybić. Mógłby pobierać ogromne opłaty za prawa, mógłby ograniczyć się jedynie do sprzedaży opowiadań dla potrzeb seriali i kina. A on od trzydziestu lat trwa przy tym samym pomyśle rozdawania swoich pomysłów.

A zatem idealny filantrop? Moim zdaniem nie do końca. Nie chcę tutaj bynajmniej podważać intencji Kinga i jego szczerości w dzieleniu się swoim majątkiem z tymi, którym los nie dał bogactwa. „Dollar babies” być może nie w wyniku zimnej kalkulacji, ale przypadku, przez lata ewoluowało z prostej idei w genialną machinę marketingowo-promocyjną, która sprawia, że pozycja Kinga na rynku popkultury jest dziś absolutnie królewska. Nie wierzycie? To znajdźcie dziś drugiego żyjącego pisarza, który może pochwalić się tak gigantyczną filmografią. Nie, to nie jest trudne. To po prostu niemożliwe. Prosty pomysł na rozdawnictwo opowiadań poskutkował tym, iż dziś King jest najchętniej ekranizowanym pisarzem na świecie. A że nie każdy z tych filmów da się obejrzeć… No cóż, to akurat najmniejszy problem. W świecie, w którym liczą się statystyki, a nie wiedza, oglądanie filmu to ostatni element układanki.

Dollar babies” nie tylko zagwarantowały Kingowi status króla ilości ekranizacji, ale co więcej – sprawiły, że jego nazwisko wciąż jest niebywale popularne pośród ludzi młodych, którzy chcą próbować swoich sił w przygodzie zwanej sztuką. Cóż z tego, że nakłady powieści Kinga od pewnego czasu lecą w dół, a jego pozycja na rynku nie jest już królewska (czasy, gdy miał na listach bestsellerów po kilka tytułów w miesiącu odeszły w zapomnienie). Za to wraz z rozwojem techniki cały czas rośnie ilość „dollar babies”. W latach osiemdziesiątych takich filmów było raptem kilka, dekadę później kilkanaście, a obecnie to kilkadziesiąt filmów. I ilość takich ekranizacji będzie wciąż rosła, a wraz z nią umacniało się nazwisko Kinga – nie pośród czytelników, a dzieciaków, które niekoniecznie znają jego twórczość, ale szukają pomysłów na filmy. Dolar za dobrą historię to tyle, co nic.

Tym sposobem „dollar babies” z zapewne szczerej inicjatywy (bo sam King nie mógł przecież przewidzieć cyfryzacji filmu, Internetu, dostępu do domowych studiów montażowych) zamieniło się w marketingowego giganta, który sprawia, że marka Stephen King będzie wieczna. Bo nie oszukujmy się, ale wpisanie sobie w cv punktu: reżyser adaptacji opowiadania (tu wpisać tytuł) Stephena Kinga, łechce próżność każdego młodego i ambitnego twórcy.  Nawet jeśli jego przygoda z filmem skończy się na tej jednej adaptacji.

Tak – „dollar babies” to kolejny dowód na genialne wyczucie rynku Kinga, bodaj pierwszego pisarza na świecie, który zrozumiał, że w czasach gdy technologia i środki masowego przekazu wciąż rozwijają się w zaskakująco szybkim tempie, bycie gwiazdą polega tak na poszerzeniu pola walki, jak na kompromisach. King świetnie lawiruje między gatunkami, nośnikami i mediami, wciąż budując swój wizerunek współczesnej gwiazdy totalnej.

Jeśli zaś chcecie przekonać się na własne oczy czym są „dollar babies”, na początek szukania w sieci (całkiem niedawno do umowy prawnicy Kinga dorzucili zakaz upubliczniania przez twórców swoich filmów na serwisie youtube.com) polecam trzy pierwsze filmowe dzieciątka, czyli:

The Boogeyman, reż. Jeffrey C. Schiro; USA 1982.

Pierwszy „dollar baby”. Jeffrey C. Schiro pochodzi z ukochanego przez Kinga stanu Maine i to w dużej mierze pomogło mu w przebiciu się bezpośrednio do Kinga. Rzecz miała miejsce na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy autor Lśnienia cieszył się już co prawda statusem wielkiej gwiazdy, ale wciąż spacerował jeszcze po ulicach i pijał w podłych barach.

The Boogeyman  to adaptacja opowiadania ze zbioru Nocna zmiana. Jego bohaterem jest pewien znerwicowany mężczyzna, który leżąc na kozetce u psychiatry, opowiada o terroryzującym jego rodzinę potworze z szafy (w polskim tłumaczeniu „Czarny lud”). Na początku nasz bohater nie chciał uwierzyć swoim dzieciom, że coś dybie na ich życie. Nawet śmierć pierwszego dziecka nie zachwiała jego niewiary… Aż do momentu…

Jak na pierwszy i w sumie amatorski film, The Boogeyman ogląda się zaskakująco dobrze. Trwający niespełna trzydzieści minut filmik jest oczywiście w kilku momentach histeryczny, a efekty specjalne pozostawiają wiele do życzenia, ale całość ogląda się bez większego bólu. Więcej, gdyby nie świadomość, że to rzecz zrobiona przez studenta, można pomyśleć, że oglądamy jakiś zapomniany odcinek którego z popularnych telewizyjnych seriali grozy. To zresztą chyba nie przypadek. Jeffrey C. Schiro wielkiej kariery nie zrobił, ale zaczepił się w telewizji, gdzie etatowo pracował jako montażysta. Poza The Boogeyman wyreżyserował tylko jeden odcinek serialu Opowieści z ciemnej strony.

Disciples of the Crow, reż. John Woodward; USA 1983.

Pierwsza ekranizacja Dzieci kukurydzy. Znów w niespełna pół godziny John Woodward streszcza znane opowiadanie, zmieniając co prawda jego zakończenie. Na szczęście nie ma nagromadzeń bzdur, o których wspominałem, pisząc o filmie kinowym. Mamy za to twarz Jezusa zamieniającą się w potwora, opętane żądzą zabijania dzieci i przypadkową parę, trafiającą do miasteczka, którym rządzą dzieciaki.

Trudno uznać ten film za arcydzieło krótkiego metrażu, ale jest tu kilka scen, które zaskakują (choćby wspomniany Jezus), a Woodward całkiem sprawnie buduje surrealną atmosferę zagrożenia.

Po Disciples of the Crow Woodward powrócił do filmu jeszcze dwa razy, kręcąc pełnometrażowe komedie obyczajowe. Druga, zatytułowana Vice, odbiła się nawet swego czasu wątłym, co prawda, ale zawsze jakimś, echem, bo opowiadała o Talibach i terrorystach w stanie Texas… Tyle że była nakręcona na rok przed wydarzeniami z 11 września.

The Woman in the Room, reż. Frank Darabont; USA 1983.

Różne źródła podają bardzo różny czas powstawania tego filmu. Gdzieniegdzie można przeczytać, że Darabont pracował nad nim trzy lata, w innym miejscu, że skończył go w kilka miesięcy. To, czy zaczął kręcić The Woman in the Room w 1980 roku, czy trzy lata później, nie gra jednak w tym przypadku większej roli. Liczy się film, a ten w swojej prostocie i ascetyczności ociera się o autentyczną wielkość.

Historia tu jest prosta i zarazem wstrząsająca. The Woman… to bowiem adaptacja krótkiego opowiadania (także ze zbioru Nocna zmiana), opowiadającego historię mężczyzny, który obserwuje, jak choroba powoli zabija jego matkę. Pewnego dnia podejmuje on decyzję – skróci jej cierpienie. Czy był to gest miłosierdzia, czy zabójstwo z zimną krwią – nie wiadomo. Ani King, ani Darabont nie szukają odpowiedzi. Oni po prostu pokazują kilka dni z życia mężczyzny i to, jak powoli dojrzewa w nim niebywale trudna decyzja.

W twórczości Kinga to opowiadanie zajmuje miejsce szczególne. Napisał je bowiem tuż po śmierci własnej matki, która – podobnie jak matka bohatera – przed śmiercią niebywale cierpiała. W tym krótkim tekście nie znajdziecie potworów, wampirów ani strzyg. Tylko ból i wyrzuty sumienia, które pożerają od środka bohatera.

Film Darabonta to mała, dopracowana w każdym szczególe perełka, która zaskakuje tak ładunkiem emocjonalnym, jak samym wykonaniem. Zrealizowany poza studiem filmowym krótki metraż niczym bowiem nie ustępuje fachowo montowanym produkcjom z dużym budżetem. Czego zresztą dowodzi fakt, iż The Woman in the Room znalazło się na liście filmów pretendujących do nominacji do Oscara. Batalię o nominację przegrała, ale liczy się fakt, że mały, skromny film został doceniony i zauważony.

Czułość, ale i profesjonalizm Darabonta sprawiły, że King nie tylko uznał ów mały film za jeden ze swoich ulubionych, ale przede wszystkim zaprzyjaźnił się z młodym reżyserem. Za kilka lat Darabont przekona pisarza, by zezwolił mu na wystawną adaptację mikropowieści Skazani na Shawshank na dość dziwnych warunkach… Ale o tym trochę później… Tak czy owak, przyjaźń Darabonta i Kinga trwa do dziś i nic nie wskazuje na to, aby miała się zakończyć…

Warto też rzucić okiem na ukraińskie Battleground (a nawet bardziej radzieckie, bo animację zrealizowano w roku 1986 na Ukrainie, która wówczas należała do ZSRR), oraz wyprodukowaną przez Guillermo Del Toro w 2005 roku, także animację, Home Delivery.

A na koniec polski akcent. Otóż przez długi czas w naszym kraju nikt nie wpadł na pomysł, aby stworzyć swoje „dollar baby”. Ale do czasu. Otóż grafik Darek Kocurek, który na zlecenia wykonywał plakaty do zagranicznych „dollar babies”, pewnego dnia uznał, że… skoro nikt w Polsce nie chce nakręcić małego filmu na podstawie Kinga, to zrobi to sam. Tak narodził się projekt Lament paranoika, który został w roku 2014. Pech chce, że akurat to opowiadanie ma zablokowane prawa i film Kocurka póki co nie jest oficjalnym „dollar baby”. Ale jeśli wszystko pójdzie po myśli reżysera i scenarzysty, w końcu Lament… zostanie przez mistrza namaszczony. A sam film pokażemy 28 kwietnia w warszawskim „Jasiu i Małgosi”.

lament_paranoika_jas_i_malgosia_low

Novae Res
Poprzedni

Interregnum tom 1 - polskie archiwum X [recenzja]

katarzyna_niemczyk_wywiad_dzika_banda
Następny

Katarzyna Niemczyk - Od dziecka marzyłam o tym, żeby robić gry i komiksy [wywiad]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz