TEKSTY 

Straight Outta Compton – najniebezpieczniejszy film świata?

W nocy z niedzieli na poniedziałek policja w Los Angeles zwiększyła ilość patroli policyjnych w mieście. Powód? Premierowe pokazy filmy F. Gary Greya „Straight Outta Compton”. Władze Los Angeles uznały bowiem, że biograficzna opowieść o rapowej grupie N.W.A. (w jej składzie byli m.in. Dr. Dre i Ice Cube) może wzmóc rasistowskie zamieszki i wywołać nowe wojny ulicznych gangów.

Opowieść o życiu młodych chłopaków w czarnym getcie, założeniu jednej z najważniejszych grup rapowych w historii (ich przebój „Fuck the Police” w latach 80. autentycznie wywoływał zamieszki) i wreszcie wyrwaniu się w zaklętego kręgu zbrodni, nie jest bynajmniej kinem gangsterskim. To obyczajowy dramat oparty na życiorysach dzisiejszych gwiazd. Ale że historia odnosi się do lat 80., czyli czasów największych napięć na tle rasowym i regularnych wojen gangów włodarze Los Angeles woleli dmuchać na zimne. Kina w Compton (dzielnica, z której wywodzi się N.W.A. – jedno z najniebezpieczniejszych miejsc w Kalifornii) zostaną otoczone kordonami policji a pokazy mają odbywać się pod nadzorem mundurowych. Tym sposobem policja w Los Angeles wymyśliła właśnie wehikuł czasu – sytuacja z „Straight….” Zaczyna bowiem żywcem przypominać akcje prewencyjne, jakie stosowano podczas premiery filmów o gangach na przełomie lat 70. i 80.

Premierowym pokazom „Warriors” Waltera Hilla opowieści o gangach ulicznych z 1979 roku towarzyszyli mundurowi, a wytwórnia z obawy o eskalację przemocy wycofała się z kampanii reklamowej filmu. Z rozgłośni radiowych i telewizorów zniknęły spoty, w których mowa bywa o ustawkach gangów. Tyle że ani policyjne czuwania, ani brak kampanii, nie przeszkodziły w wybuchu zamieszek. Po pokazach filmu z Bostonie i Południowej Karolinie doszło do walk gangów. W pierwszym mieście zabito jedną osobę, w drugim dwie. Dziś „Warriors” to film kultowy i mało kto pamięta o tym, jak skrajne emocje wywoływał.

Hopper  wjechał z kamerami tam gdzie filmowcy bali się chodzić. Do prawdziwego latynoskiego getta, między prawdziwe gangi. Ochroniarzami na planie byli gangsterzy, członkowie gangów grali w drugoplanowych rolach. Maksymalny realizm.

Zamieszkami zakończyła się premiera wybitnego filmu Dennisa Hoppera „Kolory”. Twórca „Easy Ridera” opowieścią o gangach żyjących na ulicach Los Angeles i parze policjantów, którzy próbują przetrwać w mieście aniołów powrócił do reżyserii po osiemnastu latach przerwy. Powrócił triumfalnie, bo do dziś „Kolory” uznawane są zupełnie słusznie za jedno z arcydzieł kina społecznego. Tyle że w chwili premiery niewiele osób pisało o wybitności dzieła. Za to o jego kontrowersyjności owszem. Hopper  wjechał z kamerami tam gdzie filmowcy bali się chodzić. Do prawdziwego latynoskiego getta, między prawdziwe gangi. Ochroniarzami na planie byli gangsterzy, członkowie gangów grali w drugoplanowych rolach. Maksymalny realizm. Owszem. Ale ten maksymalny realizm także doprowadził do tragedii. Niemal tak samo jak z filmem o N.W.A. – policja Los Angeles obawiała się zamieszek, obstawiła kina… i niestety niewiele wskórała. Walki gangów (ponoć niektórzy członkowie poczuli się dotknięci tym, że nie pojawili się w filmie) wybuchły tuż po pokazach. Zginęła jedna osoba.

Dwa lata później powtórzyła się ta sama historia. Gdy do kin wchodził rewelacyjny debiut Johna Singeltona „Chłopaki z sąsiedztwa” policja wzmogła patrole, obstawiła kina. A gangi i tak doprowadziły do pojedynku – dzień po premierze. Zdemolowano przy okazji sporo samochodów.

Paradoks każdego wymienionego filmu polega na tym, że wywoływały one zamieszki mimo iż same w sobie opowiadały historie mające sprawić, aby zamieszki ustały. Za wyjątkiem „Warriors” pozostałe tytuły pokazywały beznadzieję życia w slumsach i próbowały szukać odpowiedzi na pytanie – jak zostać człowiekiem żyjąc w dżungli. Tyle że dla gangów przekaz i społeczne zaangażowanie się nie liczyły. Istotne były emocje. A i „Kolory” i „Chłopaki z sąsiedztwa” to filmy, w których one buzują. Niesprawiedliwość społeczna, krzywdzące podziały, podkreślony rasizm – pewnie, że pokazywane w dobrej wierze i z dobrymi intencjami, powodowały, że dzieciaki (bo średnia życia w gangach jest bardzo niska) nabuzowane wychodziły na ulicę. Podobnie rzecz miała się z dramatem „Więzy krwi” Taylora Hackforda – trzygodzinnej epickiej opowieści o latynoskich gangach.  Kolejne zamieszki po premierze.

Dlaczego tak się działo? Dlaczego filmy wywoływały społeczne napięcia i wojny uliczne? Chyba najbliżej odpowiedzi na to pytanie znalazł się Spike Lee. Kiedy rok temu jego arcydzieło „Do The Right Thing” obchodziło dwudzieste piąte urodziny, kontrowersyjny reżyser udzielił wywiadu, w którym tłumaczył, dlaczego filmy o gangach ulicznych wciąż wywołują w Stanach skrajne emocje. – Dopóki w Stanach niewolnictwo będzie tematem tabu, o którym mówi się cicho i tak jakby dotyczyło to kogoś innego a nie nas, dopóki kwestie podziałów rasowych będą bagatelizowane przez rząd, a emigranci traktowani jak zło konieczne, dopóty takie filmy jak „Do the Right…” będą wywoływały kontrowersje. Obnażają, bowiem obłudę systemu, który tylko teoretycznie oparty jest na równości i braterstwie. W rzeczywistości na obłudzie, wstydzie i zaprzeczeniach.

I trudno się z nim nie zgodzić. Mimo ćwierćwiecza, jakie upłynęło od premiery filmu Lee, sekwencja wybuchu zamieszek, choć w filmie fikcyjna wygląda niebywale wiarygodnie. I nie chodzi tu o sposób, w jaki została nakręcona, a to, co jak pokazano wybuch konfliktu Banalna awantura z właścicielem pizzerii doprowadza do eskalacji przemocy obejmującej pół miasta. Akcja filmu osadzona była w roku 1989. Rok wcześniej N.W.A wydało przebój „Fuck the Police”, w którym zaatakowano funkcjonariuszy za rasizm i stereotypowe spojrzenie na czarnych (każdy to diler).

Niby od tamtej pory minęło trzydzieści lat, jesteśmy mądrzejsi, nauczyliśmy się tolerancji, a rasizm jest dziś powszechnie napiętnowany. Ilość gangów ulicznych w Los Angeles spadła o połowę (z 700 do około 350), wprowadzono restrykcyjne przepisy i doprowadzono do rozejmu między gangami latynoskimi i czarnymi. A mimo to opowieść o grupie czarnych raperów wywołuje popłoch pośród funkcjonariuszy. Zupełnie jakby te trzydzieści lat nie minęło. I w sumie nieistotne jest to czy w Compton wybuchną zamieszki czy też nie.  Ważne jest, że ktoś na górze doszedł do wniosku, że w społeczeństwie nie zmieniło. Czy wniosku mylnego? Na to pytanie trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Czytając komentarze pod tekstami dotyczącymi zwiększenia sił policji z okazji pokazów filmu trudno nie wpaść na rasistowskie docinki w stylu „może jakiś białas z bronią zrobi z czarnuchami porządek w kinie” będących jawną aluzją do strzelaniny w kościele w Charleston. Być może zatem jeśli dojdzie do rozlewu krwi to nie z powodu filmu i tego, co pokazuje. A z powodu ponadczasowego wydźwięku tekstów N.W.A. Uprzedzenia, bowiem tak łatwo nie znikają. One żyją w ukryciu. I czekają.

Imagenation Abu Dhabi FZ
Poprzedni

Dżin - artystyczna śmierć mistrza grozy [recenzja]

Studio JG
Następny

Monster Musume #1 - Legendy, cycki i zero fabuły [recenzja] [manga]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

1 Comment

  1. 2015-08-21 at 12:41 — Odpowiedz

Dodaj komentarz