TEKSTY 

Trollowym mostem do popkultury

Młodsi czytelnicy mogą tego nie wiedzieć, ale słowo „troll” nie zawsze oznaczało wkurzającego internautę, który cierpiał na chroniczny ból tyłka i zapomniał zjeść Snickersa. „Wiedźmin” czy „Trollhunters” od del Toro o tym przypominają, ale warto dołożyć swoje trzy grosze, bowiem baśniowe stwory przeszły ciekawą ewolucję i długą drogę do popkultury.

Jak w przypadku wielu innych dóbr kultury masowej – za trolle powinniśmy podziękować Skandynawom. Może nie jest to prezent w najpiękniejszym opakowaniu świata, ale gdyby nie baśniowe stwory, dzielni bohaterowie z tylu gier, filmów i książek mieliby o jedną armię mniej do przetrzebienia. A tego byśmy nie chcieli. Wiadomo, że jak herosi nie mają czego obijać, to przychodzą im głupie rzeczy do głowy. Etyczne dylematy, dwuznaczność moralna i romanse.

Do walki z trollami pierwsi stawali zaś dzielni wojowie i inne postacie z podań i mitów nordyckich. Przedstawiano je trochę jak współczesnych oficjeli. Niezbyt lotne i złośliwe stwory występowały w pełnym przekroju – od gigantów po istoty niewiele większe od skrzatów. Z lubością gromadziły wszelkie skarby, srebro i złoto, zaś za punkt honoru poczytywały dokuczanie zwierzętom i ludziom. Według wierzeń nie znosiły światła słonecznego. Najwcześniejsze ślady trolli w literaturze można znaleźć w „Eddzie Młodszej” (zwanej też Prozaicznej) islandzkiego historyka Sturlusona, żyjącego na przełomie XII i XIII wieku. Twórca odmalował tam portret ogromnego potwora o wielu głowach. Był to jednak jeden z wielu wariantów, które orbitowały wokół skandynawskiej mitologii. Jednoznaczny wizerunek trolla ukształtował się dużo później. Wiecie, kwestie myta i mostów zaczęto poruszać w ich towarzystwie dużo później. W międzyczasie ewoluowały, pojawiając się w kolejnych dziełach Skandynawów.

Aż wreszcie nastał wiek dwudziesty, czas J.R.R. Tolkiena. Brytyjski pisarz zaadaptował trolle na potrzeby mitologii Śródziemia. Zaczynały tam jako zwierzątka hodowlane Morgotha, jednego z ciemiężycieli krainy. Zaliczyły gościnne występy w „Hobbicie”, by pognębić stawiającego pierwsze kroki na drodze ku przygodzie Bilbo Bagginsa. Dały przy okazji popis kulinarnej finezji, którego nie powstydziłby się Robert Makłowicz. Były tym, czego Tolkien potrzebował na przystanku podczas jednej z dwóch największych wycieczek po Śródziemiu. Pojawiły się też we „Władcy Pierścieni”, by użyczyć swej siły armiom orków i uruk-hai. Oba przypadki uwiecznił Peter Jackson w swoich ekranizacjach.

Wiecie, co działo się potem. Powieść Tolkiena zawładnęła wyobraźnią czytelników i rozprzestrzeniła się po świecie. Wraz z nią nastała nowa moda.

W lawinę fantasy, jaką zapoczątkował Brytyjczyk włączali się kolejni autorzy. Adaptowali całą konwencję, jak leci, więc i trolle trafiały do ich powieści z całym dobrodziejstwem inwentarza. Dostaliśmy więc całe tony książek o zabijaniu trolli. Nawet Sapkowski wspominał o nich tu i tam w cyklu Wiedźmińskim, jako o ginącym relikcie minionych czasów.

Z boomu na fantasy skorzystały też papierowe gry fabularne z „Dungeons and Drangons”. Jak myślicie, kto padał ofiarą wszystkich tych dzielnych barbarzyńców, elfich łuczników, krasnoludzkich kapłanów i magów (zaraz po orkach i goblinach)? Trolle padały jak muchy, dziesiątkami. Okazywały się zresztą upartymi gadzinami, które nie tak łatwo posłać na łono Abrahama. Stawiały opór, wracały do życia, póki nie przerobiono ich na pieczyste. Wraz z całym systemem powędrowały na PC i inne maszynki do grania. Z trollami mogliśmy się mierzyć chociażby w słynnym „Baldur’s Gate 2”, bodaj najsłynniejszej komputerowej adaptacji „Dungeons and Dragons”. Jeden czy dwa posiadały nawet zalążki osobowości. W końcu, ileż można bić nieme, z rzadka powarkujące maszkarony? Z nudą i monotonią trzeba walczyć. Inaczej podszedł do nich np. Blizzard w swoim „Warcrafcie”. Trolle przedstawiono tam jako zróżnicowany, inteligentny gatunek współpracujący z Hordą orków. Wytworzyli kulturę plemienną, mieli swoich szamanów i zorganizowaną formę polowań. Słowem – byli pełnoprawną rasą w krainie Azeroth.

Z kolei Geralt rozwiązywał małżeńskie problemy trolli w komputerowych adaptacjach „Wiedźmina”. Takie misje miały swój urok. Pokazywały te stwory jako może nie najlotniejsze, ale jednak wrażliwe istoty wiodące życie wcale nie tak odmienne od ludzkiego.

To po prostu taka niepisana reguła, która pozwala przekuć ograny motyw w ciekawy pomysł. Jeśli coś jest przeciwnikiem, prędzej czy później powinno dostać swoje pięć minut i prawo głosu. Oprócz nazistów. Naziści zawsze sprawdzają się najlepiej jako mięso armatnie. W popkulturze łatwiej jednak znaleźć sympatycznego, myślącego trolla niż nazistę.

Twórcy gier nie byli pierwszymi, którzy wpadli na to, że inkryminowane stwory mogą służyć do czegoś więcej, niż bitewna zapchajdziura w grafiku dzielnych herosów.

Już pisarze i filmowcy wpadli na pomysł przedstawienia zsocjalizowanego trolla. Przez długi czas autorzy popadali w skrajności i potrafili przedstawić je zbyt słodko. Tak dla odmiany. Wiecie, wredne, groźne bydlęta przerabiano nagle na słodziaki dbające o małe dzieci i ratujące ich dobry sen. Takie chodzące kurioza z tęczą przeszczepioną od Troskliwych Misiów. Apogeum takiego stanu osiągnięto przy okazji animacji „Troll w Nowym Jorku”, perfidnej zżynki ze stylistyki Disneya. Mały, kudłaty eko-terrorysta, sadzący kwiatki za pomocą magicznego kciuka (sic!) potrafił uśpić każde dziecko drętwym scenariuszem, śpiewem i poziomem słodkości, którego nie wytrzymałby nawet Szeregowy z „Pingwinów z Madagaskaru”.

Oczywiście, po drodze zdarzały się porządne produkcje, gdzie trolle zajmowały się swoimi trollowymi sprawkami, jak wzorzec kulturowy przykazał – chociażby w „Willow” Rona Howarda. Były tam okropne i bruździły bohaterom, ile fabryka dała.

Prawdziwą chwałę trollom przyniósł jednak dopiero Detrytus, sierżant straży miejskiej Ankh-Morpork. Kolejny z niesamowitych bohaterów wymyślonych przez nieodżałowanego Terry’ego Pratchetta wprost idealnie nadawał się na funkcjonariusza. Wypełniał rozkazy, nie zaprzątał sobie głowy myśleniem. No i robił wrażenie – był jak nadciągający areszt tymczasowy. Ciężki, bolesny i nieubłagalny. Wprawdzie nie radził sobie z więźniami, którzy unikają bezpośredniego przyznania się do winy, ale nikt nie jest idealny. I tak znakomicie pasował do kompanii komendanta Vimesa. Kiedy zaś trafiał w odpowiednio wychłodzone pomieszczenia, potrafił zaskoczyć jako pojętny filozof o giętkim umyśle. Tak zresztą działo się i w przypadku innych przedstawicieli tej rasy. Trolle dostawały umysłowego kopa, kiedy trafiały w wyziębione miejsca. Podczas upału czy wypadów na pustynię zamieniały się na intelekt z jucznym mułem. Niemniej, dosyć dobrze współgrały ze społecznością Świata Dysku.

Del Toro w „Trollhunters” postanowił z kolei wrócić do korzeni i pokazać stwory jako zagrożenie, z którym być może upora się młodociany bohater wraz z przyjaciółmi. Postawił jednak na nieco bardziej odjechany i niepokojący wizerunek, bliższy estetyce „Hellboya” czy „Labiryntu Fauna”. Trolle znów są groźne. Znów trzymają się maksymy „zabij lub bądź zabity”. Czy to źle?

Cóż, taka dola trolla.

Dzika Banda
Poprzedni

Punk, tort, psy i twórczy chaos - 15 lat Kultury Gniewu [relacja]

Cthulhu i Providence
Następny

PRZEZ STANY POPŚWIADOMOŚCI – DZIENNIK POKŁADOWY (VI)

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz