TEKSTY 

Venom – druga szansa upadłego fenomenu popkultury

Moda na super-bohaterskie filmy z Rką nadciąga pełną parą. Sony nie mogło zostać w tyle i postanowiło skorzystać z resztki praw po adaptacjach Spider-mana. Niedawno obwieściło co z nimi zrobi. Postanowiło dać nam Venoma.
Venom wyszedł poza ramy przebierańca, który urządził sobie całoroczne Halloween. Bardziej przypominał potwora, bestię, drapieżnika, cień wydobyty z podświadomości mieszkańców wielkiego, przytłaczającego miasta.

Kosmiczny symbiot z Eddiem Brockiem na pokładzie był prawdziwym hitem na przełomie lat 80 i 90. Szalał wtedy w komiksach, pojawił się w kreskówce, miał własne figurki. Jego szczere, szyderczo wykrzywione zębate pyszczydło krokodyla-psychopaty zdobiło wszelkie możliwe gadżety i nabijało sprzedaż. Dostał kilka własnych serii komiksowych. Nie ma rankingu komiksowych złoczyńców bez Venoma na wysokiej pozycji. Podczas apogeum boomu na symbiota Venom obił buźkę nawet Supermanowi z DC – w latach 90′ wszystko było możliwe…

W ostatniej dekadzie ubiegłego wieku właściwie stał dumnie jako jeden z finansowych filarów Marvela. A potem jego czarna gwiazda się zwyczajnie wypaliła. Co kryje się za fenomenem postaci i jakie są przyczyny jej upadku?

Venom to dwie osoby – reporter Eddie Brock, który w jednym z artykułów wskazał niewłaściwego podejrzanego w sprawie o seryjne morderstwo. Do upadku dziennikarza przyczynił się Spider-man, który wskazał prawdziwego zabójcę. Mniej więcej w tym samym czasie Pajęczak pozbywał się stylowego, czarnego kostiumu, który żył własnym życiem i powoli przejmował kontrolę nad bohaterem. A poza tym pochodził z kosmosu i był pasożytniczą formą życia. Pałający żądzą zemsty Brock i porzucony symbiot spotkali się, gdy obaj zmierzali na dno. Ich połączenie dało narodziny szalonemu złoczyńcy, który szturmem wziął wyobraźnię czytelników lat 80′ i 90′. A echa jego nienawiści do Spider-mana przebiły wiele ścian w ówczesnej pop-kulturze.

Powiadają, że sukces ma wielu ojców. I tak jest w przypadku Venoma. Nim poznaliśmy zębatego socjopatę z zamiłowaniem do ludzkich mózgów, mogliśmy zobaczyć początki przyjaźni Pająka i mazistego pasożyta w „Secret Wars” Jima Shootera, klasycznym crossoverze, który odmienił politykę wydawniczą Marvela (od tej chwili coraz częściej obserwowaliśmy wydarzenia, po których NIC JUŻ NIE BYŁO TAKIE SAMO). To właśnie tam, w innym wymiarze Spider zdobył kostium i zabrał jako trofeum do Nowego Jorku. Potem Spider pozbył się kosmity (nomen omen działającego trochę jak czarna maź z X-files). Różni twórcy w różnych komiksach zwiastowali nadejście nowego, groźnego przeciwnika, jednak w pełnej krasie pokazał się na łamach „Amazing Spider-man #300”. Za numer odpowiadał scenarzysta David Michelinie i zbierający szlify rysownik Todd McFarlane.

Amazing_Spider-Man_Vol_1_300

Michelinie odpowiadał za ogólną koncepcję wielkiego kolesia we wdzianku odziedziczonym po Spider-manie, rys psychiczny łotra i ogólny pomysł spięcia wątków rozsianych po „Secret wars” i solowych komiksach z Peterem Parkerem. Jednak to McFarlane wydobył z tej koncepcji drapieżne, pierwotne piękno (potem swoje trzy grosze dorzucił też Erik Larsen). To jego szlify i propozycje uzbroiły Venoma w szpony, pazury i ogólną potworność.

Nim pójdziemy dalej warto odnotować drobny fakt. Zalążek pomysłu na żywy kostium zaszczepił w twórcach jeden z czytelników, Randy Schueller, który opisał go w liście do redakcji. Jim Shooter odkupił koncepcję od Schuellera za kilkaset dolarów. Dokładnie 220 – tyle kosztował kamyczek, który spowodował lawinę.

Wielki jak góra, czarny jak węgiel, zębaty behemot z gębą wykrzywioną jaszczurzym, psychopatycznym uśmiechem wyróżniał się na tle przaśnych złoczyńców w strojach z epoki disco. Wszystko to miało miejsce w połowie lat osiemdziesiątych. Był zwiastunem nowego dla czytelników Pająka. Zwiastunem nadciągającej dekady mroku, twardzielstwa i testosteronu skaczącego do poziomów nigdy wcześniej nieosiąganych. To co przyszło po Venomie okazało się ciosem poniżej pasa zarówno dla wydawnictwa, jak i czytelników, ale historie złych decyzji zostawmy na kiedy indziej.

Spider-man wreszcie doczekał się „lustrzanego odbicia”, i „drugiej strony monety” z prawdziwego zdarzenia. Żeby nie było – już wcześniej posiadał bogatą galerię wspaniałych, pomnikowych i archetypicznych wrogów, którzy stanowili ogromne zagrożenie, odczuwalne na kartach komiksów. Dotąd najgroźniejszy z nich, Norman Osborn, znany jako Green Goblin zbyt przypominał Jokera.  Venom reprezentował nową generację złoczyńcy. Prostym imagem wyszedł poza ramy przebierańca, który urządził sobie całoroczne Halloween. Bardziej przypominał potwora, bestię, drapieżnika, cień wydobyty z podświadomości mieszkańców wielkiego, przytłaczającego miasta, niż uzbrojonego w bomby wariata latającego na desce przypominającej skrzydło nietoperza. Uderzał w pierwotne lęki czytelników. Twórcy obdarzyli go też prostą, klarowną motywacją, napędzającą akcję. Zniszczyć Spider-mana. Dla Petera Parkera i jego najbliższych nowy wróg był śmiertelnym zagrożeniem. Znał tożsamość Ścianołaza i w każdej chwili mógł zaatakować kogoś z otoczenia. Co ciekawe, za nienawiścią do super-bohatera podążała intrygująca dwoistość i sprzeczność natury Venoma. Eddie Brock z jednej strony uważał Spider-mana za winowajcę, ucieleśnienie zła, z drugiej zaś we własnych oczach był zbawcą, obrońcą niewinnych. Kimś w rodzaju Punishera, mścieciela pozbywającego się śmieci z podwórka. Przy tym wszystkim, przy całej swojej nienawiści, mógł poszczycić się nieprzeciętnym intelektem. Ku uciesze czytelników uderzał celnie i bezwzględnie, a przy każdym ataku wprost tryskał socjopatycznym poczuciem humoru. Zamiast monologów o smutnym dzieciństwie (no dobra, zdarzały się), serwował soczyste groźby pod adresem mózgu przeciwnika. Wyglądał, jakby świetnie się bawił przy demolce, napędzany nienawiścią i skrzywionym poczuciem prawości. Słowem – przez dłuższy czas był przerażający i zabawny jednocześnie. Jak Joker.

spidey venom

Z czasem ewoluował w stronę anty-bohatera, który choć Pająka dalej nie znosi, to innych rzeczywiście broni. Na swój makabryczny sposób. Dostał własne serie, w których spośród tony kiczu i złych decyzji twórczych, można było wyłowić kilka perełek. Jak choćby sposób, w jaki przebiegały interakcje na linii Brock-symbiot. Z jednej strony dziennikarz przyjmował wszystkie dary, jakie oferował kosmita, całą moc i gniew, z drugiej – walczył o resztki człowieczeństwa i wolną wolę.

Co prawda, wciąż najlepiej sprawdzał się, gdy wracał w objęcia komiksów ze Spider-manem, ale zaczął żyć własnym popkulturowym życiem.

No dobra, zapytacie, ale dlaczego Venom, a nie kto inny – i dlaczego wtedy – odniósł aż taki sukces? Dominacja złoczyńcy zbiegła się w czasie z największym boomem na komiksy, jaki widział świat. Pojedyncze zeszyty schodziły w kilkumilionowych nakładach w samych Stanach. Na czele listy stał zazwyczaj Spider-man lub X-meni. Jeśli zaś na okładce pojawiał się Venom, sprzedawały się jeszcze lepiej. Jak ciepłe bułeczki.

Do sukcesu nowej postaci przyłożył rękę Todd McFarlane, Midasowe dziecię komiksu, wtedy jeszcze zapalony Marvelowiec, a nie rebeliant z Image Comics (co ciekawe, jego pierwsza niezależna kreacja – Spawn – sporo z Venoma czerpała). Czego się nie dotknął, zamieniał w dolary, górę dolarów. Venom idealnie pasował do drapieżnego stylu Kanadyjczyka.

Problem w tym, że w pewnym momencie Venom się zwyczajnie… zużył. Był wszędzie, wciskano go gdzie się da. Fan komiksów bał się otworzyć lodówkę, by nie zobaczyć tam poczciwej zębatej paszczy. A bądźmy szczerzy – spora część historii – zarówno tych solowych jak i poświęconych Spider-manowi – stawała się okropnie sztampowa i schematyczna. Smutna prawda brzmiała tak, że większość historii stawiających Venoma jako głównego bohatera była zwyczajnym skokiem na kasę. Ciężko się to czytało, nie miały większego sensu, tonęły w absurdzie. Wielu mniej zdolnych twórców zwyczajnie nie udźwignęło tematu. Zbyt dosłownie potraktowali pierwotną aparycję Venoma i zmienili nadludzko silnego, inteligentnego łotra w szarżującego idiotę.

To zresztą nie wszystko. O ile Joker jest fabularnym perpetuum mobile, o tyle konwencja opowieści o Eddiem Brocku i jego małym, pasożytniczym przyjacielu powoli się wyczerpywała. W przeciwieństwie do wspomnianego klauna – dążył do ostatecznej anihilacji przeciwnika, nie zaś nieustającej zabawy w kotka i myszkę. I pułapka wokół Venoma się zamknęła. Uczynienie z niego osobnego bytu, szalejącego po całych Stanach zadziałało jako unik tylko przez chwilę. Dorobiono mu potomstwo, klony, kopie zapasowe… Nic nie pomagało na dłuższą metę, choć na tej fali pojawił się najradośniejszy, krwawy i absurdalny wykwit tamtej epoki – Carnage (ksywka zdradzała wszystko – Carnage’owi zależało już tylko na nieskrępowanej masakrze), arcywróg zarówno Spidera jak i Venoma.

Carnage_2

By ratować sytuację, postanowiono rozdzielić Eddiego Brocka od symbiota (w serii Marvel Knights: Spider-man). Kosmita skakał sobie od gospodarza do gospodarza, aż wylądował w czułych objęciach Flasha Thompsona, gnębiciela i przyjaciela Petera Parkera. To akurat się Marvelowi udało i w efekcie otrzymaliśmy całkiem niezłą serię od Ricka Remendera, gdzie symbiot i dobry człowiek o naprawdę trudnym charakterze uczą się współpracy. Pomysł chwycił na tyle, że parowano „Agenta Venoma” zarówno ze Strażnikami Galaktyki, Thunderboltsami jak i Avengersami.

tonymoore

Wydawnictwo najwyraźniej jednak zorientowało się, że czytelnikom, jak i Spider-manowi wyraźnie brakuje zębatego psychola z Eddiem Brockiem u sterów, bo upadły reporter dostał innego symbiota, pseudonim Toxin. Ten pasożyt z kolei kierował się nieco bardziej pozytywnymi i bohaterskimi pobudkami. Tyle że z występu na występ coraz bardziej przypomina swój pierwowzór.

To, co opisuję, to kręcenie się w kółko i gra na sentymentach. Marvel w którymś momencie zarżnął kurę znoszącą złote jajka i chyba tego nie zauważył. Wizerunek Venoma wciąż się sprzedaje, ale nie jest już tak magnetyczny, jak w czasach tryumfu, nie elektryzuje czytelników – budzi co najwyżej nostalgię.

Bowiem Venom przynależy do Spider-mana, tak jak Joker do Batmana. Jak Lex Luthor do Super-mana. Jest integralną częścią mitologii ikonicznego herosa, chwilami wręcz zmieniał jej bieg. Drobne skoki w bok ku solowej karierze nie przeszkadzałyby, gdyby nie uczyniono z nich esencji postaci. Przed Sony stoi więc karkołomne zadanie, gdyż, jak podają wszelkie doniesienia, w filmowym „Venomie” Spider-man się raczej nie pokaże. Może tego wystarczyć na jedną interesującą produkcję, przy dwóch filmowcy mogą zwyczajnie dostać zadyszki, chyba że dokonają cudów z Carnagem jako przeciwnikiem Venoma i będą wiedzieć, co począć z konfliktem wewnętrznym postaci.

Niemniej, Eddie wciąż zasługuje na szansę, jaką daje mu Hollywood.

Zwłaszcza, że już raz został skrzywdzony – w „Spider-manie 3” Sama Raimiego. Szczypiorkowaty Topher Grace nie podołał roli, a scenariusz wcale mu w tym nie pomagał. Reżyser otwarcie przyznawał, że nie lubi wątku symbiotów i to było widać gołym okiem na ekranie. Zamiast skrzywionego moralnie socjopaty, który uważa się za bohatera dostaliśmy wymoczka, który „lubi być zły” (cytat z filmu)… Tak, Venomowi przysługuje jeszcze jedno podejście, z racji na Święte Prawo Rebootu.

Przy wszystkich wpadkach i zmarnowanych okazjach, trzeba oddać Venomowi sprawiedliwość. To nie jego wina. To zasługa tych, którzy nie wiedzieli, co zrobić z czarnym złotem, które samo przyszło do drzwi. U swych źródeł to wciąż bohater z ciekawą psychologią, brutalną charyzmą i ogromnym potencjałem na zakręcony film i komiks.

ASM299_02

Katarzyna Oleska DB
Poprzedni

Katarzyna Oleska - architektura, fantasy i Terry Pratchett [galeria]

Czarna Owca
Następny

Podmiejskim do Indian. Reportaże z Meksyku - Dziki, przerażający, piękny Meksyk [recenzja]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

1 Comment

  1. Bateira
    2016-03-06 at 17:40 — Odpowiedz

    Ja chce Spawn`a !!!!

Dodaj komentarz