TEKSTY 

Wes Craven 1939-2015 – śmierć króla horroru

Był jednym z tych twórców, którzy nie wierzyli w cuda. Zwykł mawiać, że jeśli chce się odnieść sukces w branży filmowej trzeba w niej pracować. Od dna i statusu pomagiera pomagiera, po sam szczyt – innej drogi w filmowym biznesie nie ma. Wczoraj zmarł w wieku 76 lat, Wes Craven – jeden z największych twórców współczesnego horroru. Człowiek bez którego nie balibyśmy się Freddy Kruegera, zmutowanych kanibali mieszkających na wzgórzach i mordercy Ghostface’a. No i bez którego nie byłoby kariery Johnnyego Deppa.

Podstawowa zasada rządząca horrorem brzmi – horror nie generuje strachu, horror go wyzwala. Tak ponoć brzmiała złota myśl Cravena, którą wygłaszał na każdych zajęciach, jakie prowadził ze studentami filmówki. I której hołdował we własnej twórczości. Nie jest wielkim problemem nakręcenie strasznej sceny, komplikacje zaczynają się w chwili, gdy twoja publiczność musi uwierzyć, że to, co pokazujesz jest straszne. Jego wierzyła, choć oczywiście nie zawsze. Bo jak każdemu twórcy i Cravenowi zdarzały się spektakularne filmowe potknięcia.

Zanim dostał możliwość wyreżyserowania swojego pierwszego „prawdziwego” filmu, czyli „Ostatniego domu po lewej stronie”, Craven pod pseudonimami kręcił… filmy porno.

Co ciekawe – przez lata młody Wes nie wiązał swojego życia z kinem. Wychowywany w niebywale religijnej rodzinie Wes miał zakaz oglądania filmów. Kino zdaniem jego ojca było narzędziem diabła, a jedyne filmy, jakie mały chłopiec mógł oglądać to produkcje Disneya. Jego ulubioną była „Fantasia”. Dopiero kiedy opuścił rodzinny dom i wyjechał na studia dowiedział się, co to kino. I zakochał w nim na zabój. Ale wychowanie robiło swoje. Zamiast wiązać się z filmem, Craven wolał najpierw skończyć studia, by mieć „zawód”. Tym sposobem został jednym z najbardziej wykształconych reżyserów w Hollywood. Ukończył anglistykę i filozofię.

Kiedy na początku lat 70. trafił do Hollywood zajmował się produkcjami, które skrzętnie ukrywał przed biografami. Był montażystą (oraz współautorem scenariusza) słynnego filmu pornograficznego „Głębokie gardło”, a zanim dostał możliwość wyreżyserowania swojego pierwszego „prawdziwego” filmu, czyli „Ostatniego domu po lewej stronie”, pod pseudonimami kręcił… filmy porno. Które? Nie wiadomo. Craven nieczęsto o swojej karierze w tej branży opowiadał. Choć nigdy się jej nie wypierał. To była szybka szkoła montażu i reżyserii – zwykł mawiać.

A potem nadszedł rok 1972. Reżyser i producent Sean S. Cunningham (późniejszy twórca „Piątku 13-tego”) zarobił sporo pieniędzy na tanim filmie „Togehter” – którego współproducentem był Craven – i zdecydował się zainwestować je w horror. Jego reżyserem miał zostać Wes.

Nigdy do tej pory nie interesowałem się horrorem, a pewnego dnia, przyszedł producent i powiedział, to może nakręć horror. Nakręciłem.– wspominał w wywiadach wybór grozy, jako gatunku, z którym będzie najbardziej kojarzony. Tak powstał „Ostatni dom po lewej stronie” – jeden z najbardziej nienawidzonych filmów lat 70.

W tej opowieści inspirowanej „Źródłem” Bergmana, jako widzowie jesteśmy wrzuceni w spiralę zbrodni, a naszym zadaniem jest w niej odnalezienie się. Po której stronie się opowiemy? Kto jest mordercą a kto ofiarą? Craven igra tu emocjami widza tworząc dzieło niejednoznaczne i szokujące. W zasadzie od tego filmu rozpoczyna się w kinie pochód tzw. „kina szoku” filmów, które pokazując zbrodnie i ludzkie wykolejenia zachowują chłodny dystans. Od nas zależy ich interpretacja i od nas ich wydźwięk. Taka był nakręcona dwa lata później „Teksańska masakra piłą mechaniczną” Tobe Hoppera (film w którym słowa zostały ograniczone do minimum, a całość opiera się na zabawie z emocjami widza). Z tej estetyki wyrosło kino Michela Haneke („Funny Games”) czy genialny francuski film „Ils” (2006) duetu  David Moreau i Xavier Palud i całe nowe brytyjskie kino miejskiej grozy.

O sile rażenia „Ostatniego domu po lewej stronie” Cravena świadczy choćby fakt, iż film był, co najmniej trzy razy przemontowywany przez cenzurę (krąży także pod tytułem „Krug & Company”), w Stanach trafił do kin z tą samą kategorią, co filmy pornograficzne a w Wielkiej Brytanii przez lata był zakazany (oficjalnie w wersji nieocenzurowanej wydany został na DVD dopiero w 2008 roku).

Mimo kontrowersji (i sporego przychodu) po premierze „Domu…” Wes, jako reżyser zamilkł na pięć lat. Do kin powróci w roku 1977 tworząc horror, który na zawsze wprowadzi do popkultury krwiożerczych kanibali, czyli „Wzgórza mają oczy”.

Twórca „Shockera” wielokrotnie powtarzał, że sama groza średnio go interesuje, natomiast moment, w którym granica między rzeczywistością a fikcją się zaciera – bardzo.

Od tamtej pory Craven zacznie kręcić filmy nałogowo nie schodząc niemal z planu, realizując to własne produkcje (w tym np. takie koszmarki jak „Potwór z bagien”), to montując filmy innych (w tym filmy Cunnighama). W 1984 roku cieszyć będzie się renomą sprawnego rzemieślnika, który nakręci wszystko. I wtedy nadejdzie przełom, czyli „Koszmar z ulicy Wiązów”. Opowieść o pedofilu i mordercy Freddym Kruegerze stanie się fenomenem popkulturowym, a zabójca o twarzy przypominającej rozmrożoną pizzę ikoną. Wes Craven zaś zostanie okrzyknięty królem horroru.

Przez następne dwie dekady będzie próbował udowodnić światu, że poza Freddym potrafi stworzyć inną, równie przekonującą postać, ale dopiero w 1996 roku jego próby okażą się skuteczne. Do kin trafi „Krzyk” – horror, który redefiniuje zasady obowiązujące w slasherach.

Ponieważ przez lata Craven powtarzał, że jednym z największych błędów w jego karierze, było zezwolenie innym na kręcenie kontynuacji przygód Kruegera, w przypadku serii „Krzyk” tej pomyki nie popełnił. Kolejne trzy części reżyserował sam. Czwarta, była ostatnim filmem jaki nakręcił. Niezbyt udanym. Każda seria w końcu traci swoją świeżość i rozpęd. „Krzyk” spotkało to po drugiej odsłonie.

Pisząc o Cravenie nie można pominąć trzech istotnych rzeczy, które sprawiały, że jego horrory, nawet te najgorsze wyróżniały się na tle masowo realizowanych produkcji. Po pierwsze – fundamentem każdego filmu Cravena była sytuacja, w której rzeczywistość zamienia się w koszmar. Twórca „Shockera” wielokrotnie powtarzał, że sama groza średnio go interesuje, natomiast moment, w którym granica między rzeczywistością a fikcją się zaciera – bardzo. Od swojego debiutu, zatem drążył ten motyw w niemal każdym swoim filmie, zmuszając bohaterów do mierzenia się z rzeczami, które równie dobrze mogłyby być wytworami ich wyobraźni. Co jest realne? Pytał. Czego się boimy? I co stanie się, gdy nasze najbardziej skrywane lęki materializują się i staną obok. Tak było i w „Domu…”, i „Zabójczej przyjaciółce”, i we „Wzgórzach…” i w „Koszmarze…” czy finalnie w „Krzyku”. Czasami Craven próbował nie tylko zacierać granicę, ale prowadzić narrację w obu tych rzeczywistościach. Pokazał to w niedocenionym, bo zjadliwie satyrycznym „Shockerze” czy w „Nowym koszmarze Wesa Cravena”.

Drugą niebywale istotną częścią filmów twórcy „Red Eye” był humor. Śmiech wykorzystywał, aby rozładowywać napięcie, ale przede wszystkim, aby pokazywać absurd sytuacji, w której znaleźli się bohaterowie. Kpił z kina, kpił ze schematów, ale zawsze w celowy sposób. Śmiech był obroną przed okrucieństwem. Jedyną bronią, którą skutecznie posługiwali się zarówno pozytywni, jak negatywni bohaterowie.

Rodzina to prawdziwy horror – taki morał płynie z wielu jego filmów.

I wreszcie element ostatni – kto wie czy nie najbardziej kluczowy. Rodzina. Craven nigdy nie ukrywał faktu, że jego dzieciństwo nie należało do najszczęśliwszych. Czasami żartując w wywiadach, twierdził, że gdyby chciał nakręcić prawdziwy horror, zrobiłby film o swoim ojcu. I w zasadzie go zrobił. W niemal każdym jego filmie, bowiem do czynienia mamy z rodzinami, które powoli na naszych oczach się rozpadają. Rodzice mają sekrety i nie słuchają dzieci, te zaś zostawione często same sobie, albo ulegają złym wpływom, albo giną w samotności. Rodzina to prawdziwy horror – taki morał płynie z wielu jego filmów.

W całej swojej ponad czterdziestoletniej karierze Craven wierny był gatunkowi, który wybrał mu Cunningham. Jedynym autentycznym odstępstwem był zrealizowany w 1999 roku dramat obyczajowy „Koncert na 50 serc” – kameralna opowieść o skrzypaczce, która dzięki szkole odbudowuje swoje życie. W główną rolę wcieliła się Meryl Streep, która otrzymała za nią nominację do Oscara. Sam Craven podkreślał, że „Koncert…” to jego jedyny „prawdziwy” film. Film, w którym pokazał podbrzusze i to jakim naprawdę był człowiekiem. Czułym i bardzo zagubionym. Horror był maską. Kostiumem, który wkładał, aby chronić się przed okrucieństwem tego świata. Nigdy później nie odważył się go zdjąć.

Albatros
Poprzedni

Central Park - Przewrotny thriller [recenzja]

NBC
Następny

Miami Vice - współczesny klasyk (Robert Ziębiński)

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz