TEKSTY 

Wszystkie oblicza Hannibala L.

Z okazji premiery trzeciego sezonu „Hannibala” postanowiliśmy stworzyć subiektywne podsumowanie filmowej obecności Hannibala Lectera – ukochanego psychopaty współczesnej popkultury, postaci bez której boom na opowieści o seryjnych mordercach zapewne nigdy by się nie zaczął.

 

Hannibal – zło anonimowe

Manhunter (w Polsce pod tytułami „Czerwony smok” i „Łowca”), Reż. Michael Mann, USA 1986

W tym filmie Hannibal Lecter nazywał się Lecktor i zagrał go nie Anthony Hopkins a Brian Cox. Czy lepiej? Na pewno inaczej. Zresztą trudno ze sobą porównywać „Manhuntera” i „Milczenie owiec”. To filmy skrajnie różne, ale poza postacią Hannibala Kanibala łączy je jeszcze jedno – oba są niezaprzeczalnymi arcydziełami.

„Manhuntera” mogę oglądać bez końca. To jeden z tych filmów, w których każdy kadr budzi zachwyt. Już w swoim debiutanckim „Złodzieju” Mann udowodnił, że ma niezwykłą smykałkę do opowiadania o ludziach, wszechogarniającej ich samotności i alienacji poprzez pokazywanie miasta. Tak, tu smykałka zamieniła się w mistrzostwo. W „Manhunterze” Lecter (vel Lecktor) schodzi na boczny plan. Jest czymś złym zamkniętym w klatce, ale wcale nie znaczy to, że mniej niebezpiecznym. Macki zła sięgają wszędzie i są nie do powstrzymania. Zaś próbujący walczyć ze złem agent Will Graham nigdy nie wygra ostatecznie. Może tylko pokonać je w jednej bitwie. Tą bezsilność wobec zła Mann pokazuje w sposób hipnotyczny, by nie powiedzieć transowy. Puste kadry ulic, ludzie, którzy filmowani są jakby gdzieś z boku (zwróćcie uwagę na to, że Graham i jego szef Jack Crawford zawsze kadrowani są gdzieś po prawej lub lewej stronie ekranu, nigdy nie po jego środku – tam czai się tylko pustka). Smutek, miesza się tu z beznadziejnością, bo ludzi nie da się ocalić przed złem. Ono dopada ich nawet z zamkniętej celi.

Chociaż ten film okazał się wielką klapą finansową i nie wypromował na świecie postaci Lectera tak jak późniejsze „Milczenie owiec”. Dla mnie osobiście „Manhunter” jest obrazem bardziej przerażającym. Mann nie musi sięgać tu po atrybuty rodem z horroru. Wystarczą mu ujęcia ulic, na których mijają się anonimowi ludzie. Ktoś z nich może być seryjnym mordercą, ktoś może przyjść do waszego domu. Nigdzie nie możecie czuć się bezpieczni. Nic was nie ocali.

 

Hannibal – zło wyrachowane

Milczenie owiec, Reż. Jonathan Demme, USA 1991

– To była robota. Zwykła robota, wpadłem na pomysł jak zagrać psychopatę i to zrobiłem. Że nikt przede mną nie wpadł na pomysł aby zamiast miotać się po ekranie być powściągliwym i zimnym to inna bajka. Nie jestem przywiązany do tej roli. Nie uważam, żeby była moją najlepszą. I czasami żal mi tylko tego, że ludzie pamiętają ją tak dobrze. Bo świadczy to o tym, że inne produkty firmy Anthony Hopkins nie były w pełni udane. – tak opowiadał mi o roli Lectera, Anthony Hopkins.

I fakt jego Lecter to nie tylko zło wcielone, ale przede wszystkim absolutnie wyrachowane i nieobecne. Lecter uwodzi widzów i swoje ofiary erudycją, intelektem ale przede wszystkim… no właśnie swoim dystansem i powściągliwością. Hopkins stworzył postać mordercy doskonale tworzącego iluzję normalności. Nikt przecież o zdrowych zmysłach nie pomyśli, że ten niebywale mądry, wyniosły i znakomicie wychowany człowiek jest seryjnym mordercą. Pozory mylą. A wyrachowanie bywa zabójcze.

 

Hannibal – zło nudne

Hannibal, Reż. Ridley Scott. USA 2001

Skoro „Milczenie owiec” okazało się wielkim hitem i w końcu dało światu kina postać najbardziej rozpoznawalnego psychopaty wszech czasów – Hannibala Lectera. Nic więc dziwnego, że na fali popularności filmu Thomas Harris, twórca postaci, postanowił napisać dalsze przygody mordercy, kanibala i erudyty. Książka dzięki swojemu przewrotnemu zakończeniu całkiem sprawnie się broniła, oparty na jej postawie film już nie. „Hannibal” Scotta to przede wszystkim dwie godziny filmowej nudy. Ponieważ nie ma tu wyrazistej fabuły – kilka postaci szuka Lectera, który wiedzie żywot kustosza we florenckim muzeum – widz nie angażuje się w to, co obserwuje na ekranie. Niby coś się dzieje, niby Hannibal zabija ofiary, ale całość wypada blado i nieprzekonująco. Widzem nie wstrząsa nawet najbardziej teoretycznie obrzydliwa scena pokazująca pałaszowanie ludzkiego mózgu. Nuda, brak napięcia i sensu. Ale ludzie i tak rzucili się do kin. Tak widać działa magia najpopularniejszego kanibala w popkulturze.

 

Hannibal – zło niepotrzebne

Czerwony smok. Reż. Brett Ratner USA (2002)

Skoro „Milczenie owiec” obrosło kultem, „Hannibal” był hitem, producenci zdecydowali się sięgnąć jeszcze raz po „Czerwonego smoka” Harrisa i nakręcić powieść od nowa. Obsada – wybitna (Norton, Hopkins, Seymour Hoffman, Keitel). Fabuła – wierna powieści. Efekt? Film nie tyle nudny (napięcie i tempo jest tu lepsze niż w „Hannibalu”, ale wynika to też z faktu, że „Czerwony smok” to lepsza powieść), co po prostu niepotrzebny. Adaptacja Manna porażała swoją dehumanizacją zła, tym że wyrwało się ono na ulice i już nie da się nad nim zapanować. Tu jest po prostu poprawnie. Hopkins znów robi miny, Graham z nim debatuje, zły seryjny sobie grasuje, a my wiemy że wszystko będzie dobrze. Z tego filmu to akurat wynika, ale w sumie nie ma się czemu dziwić. Wielka produkcja z wielkimi nazwiskami nie mogła wstrząsnąć widzem i zaburzyć jego poczucie bezpieczeństwa. Bezpieczny film: źli w wariatkowie.

 

Hannibal – zło kuriozalne

Hannibal. Po drugiej stronie maski (Hannibal Rasing), Reż. Peter Webber. USA. (2007)

Producenci tego filmu musieli bardzo żałować, że Anthony Hopkins nie jest Benjaminem Buttonem. Jakby tak mógł młodnieć z filmu na film, to pewnie obsadziliby go w roli młodego Hannibala, który dorasta do tego aby być królem seryjnych zabójców. Już powieść o młodym Kanibalu, którą Harris napisał na zamówienie była kuriozalna. Film tylko to wrażenie pogłębił. Gaspard Ulliel jako młodociany Lecter nie budzi lęku, odrazy, ani co najgorsze litości. Tak litości, bowiem kuriozalność całego pomysłu na młodzieńcze lata Hannibala polega na tym, że Harris postanowił uczłowieczyć zło, pokazać, że Hannibalek był kiedyś dobrym chłopczykiem, że ktoś zrobił mu wielką krzywdę. Wszystko generalnie sprowadza się do tego, że zupka z siostry szkodzi na psychikę. I tyle – chcecie marnować czas na oglądanie tego dzieła, wasz wybór. My wolimy Hannibala, który jest diabłem, a nie skrzywdzonym chłopcem, dlatego wypieramy z pamięci tę kuriozalnie banalną genezę narodzin zła.

 

Hannibal – zło współczesne

Hannibal (serial telewizyjny)

Mads Mikkelsen w roli kanibala Hannibala zrywa z ikonicznym wizerunkiem mordercy stworzonym przez Hopkinsa. Jego Hannibal owszem jest i erudytą, i intelektualistą, ale przede wszystkim jest dynamicznym drapieżnikiem. Hannibal Hopkinsa nie pokazywał swojej tężyzny fizycznej, bo jej nie potrzebował. W serialu zaś Hannibal omamia przeciwników intelektem, ale gdy to nie wystarcza, sięga po stare sprawdzone sposoby, czyli prostacką przemoc. Co w sumie nie dziwi – akcja serialu osadzona jest w czasach przed wydarzeniami z „Czerwonego smoka” (tylko teoretycznie, bo scenarzyści żonglują w serialu elementami z powieści) a nasz kanibal był wtedy młodszy i jakby to powiedzieć… bardziej wybuchowy. Można serialu nie lubić (nie przepadam), można się nim zachwycać, ale nie ulega wątpliwości, że jest to pierwsza od czasu „Milczenia owiec” udana próba reinterpretacji postaci mordercy.

Metal Mind Productions
Poprzedni

Proceder

CBS
Następny

Supergirl [recenzja] [serial]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz