TEKSTY 

Zakazana planeta – 60 lat legendy popkultury

Co łączy ze sobą Williama Szekspira, Carla Junga, Star Trek, LCD Soundsystem  i „Nagą broń”? Dwa słowa – „Zakazana planeta”.  Sześćdziesiąt lat temu wytwórnia MGM wypuściła pierwszą na świecie super produkcję science fiction pełną gębą. Film bez którego nie byłoby kina fantastycznego jakie znamy dziś.  

Film Freda M. Wilcoxa (tego samego, który dał nam kilka lat wcześniej „Lassie wróć!”, od której zaczęła się kariera Elizabeth Taylor) opowiadał o załodze latającego spodka wysłanego z Ziemi, by zbadać sprawę tajemniczego zaginięcia naukowców, którzy dwadzieścia lat temu wyruszyli na planetę Altair. Na miejscu okazuje się, że przeżył jedynie profesor Morbius wraz z córką oraz kilka egzemplarzy domowego inwentarza w postaci dwóch sarenek, oswojonego tygrysa i robota Robby’ego. Naukowiec zdaje się skrywać jakąś tajemnicę, a przyjazna z pozoru planeta zaczyna z czasem odkrywać prawdziwe oblicze.
Może dziś „Zakazana planeta” wygląda odrobinę jak wycieczka po muzeum. Może i największy luzak w tym filmie gra z wdziękiem nienaoliwionego C-3P0, a fabuła wydaje się pretekstowa. Tyle, że ta ramota zmieniła historię kina i do dziś pozostaje jedną z najważniejszych lekcji historii tak filmu jak całej popkultury. Film Freda M. Wilcoxa stanowił bowiem prawdziwy przełom. W pojedynkę dał początek rewolucji. Pewnie, że już w epoce kina niemego mieliśmy  Georges’a Mélièsa opowiadającego o wyprawach na Księżyc. Tyle, że była to ekspresjonistyczna gra z kinem wizjonera, historia wzięta w nawias możliwości, jakie oferowała technika lat dwudziestych i trzydziestych – oraz bardzo umowne wyobrażenia. Wilcox i ekipa wzięli się do sprawy z zupełnie innej strony. Potraktowali wyprawę w kosmos poważnie.

Kiedy przymkniemy oko na archaiczną formę opowiadania historii, okazuje się, że fabuła nie jest taka prosta. W gruncie rzeczy dostajemy miks romansu, kryminału, science fiction, filmu psychologicznego i Williama Szekspira. Bo przecież „Zakazana planeta” to nic innego, jak wariacja na temat szekspirowskiej „Burzy”opowiedziana w fantastycznym anturażu.  Do tego dochodzi równie silna fascynacja odkryciami naukowymi, kolonizacją kosmosu – oraz próba wyjaśnienia i nazwania zjawisk, jakie można tam spotkać, jak i fascynacja teorią nieświadomości zbiorowej Carla Junga. Wszystko zgodnie z logiką wywodu naukowego. Owszem, takimi manierami posługiwano się wtedy wszędzie, w filmie, literaturze czy komiksach, ale w „Zakazanej…” pierwszy raz połączono to wszystko w całość tworząc fabułę, która z jednej strony bawi, z drugiej zmusza widza do bezustannego myślenia. Tę samą sztukę powtórzyć będzie próbował Christopher Nolan w „Interstellar” – paradoksalnie z większym budżetem i nowszą techniką, wyjdzie mu to toporniej, niż ekipie sprzed sześćdziesięciu lat.

Warto tu zwrócić uwagę na dwa elementy. Po pierwsze „Zakazana planeta” wprowadza do kina motyw, który stanie się niebawem najbardziej wyeksploatowanym w historii fantastyki – misję ratunkową, która pójdzie źle. Dwa – dając światu pierwszą seksowną heroinę w kosmicznym kombinezonie (Anne Francis, wcielająca się w piękną Altairę), rozpoczyna modę na quasifilmowe przebieranki pośród fanów, co w efekcie doprowadzi do powstania cosplaya. Nieźle jak na ramotkę.

W przypadku efektów specjalnych – owszem postarzały się, ale mimo swoich lat, wciąż robią wrażenie spójnością. Tutaj w ruch poszła stolarka, światła, animatronika, ręcznie malowane tła czy modele pomniejszone. To działało lepiej niż – przez długie lata prób i błędów – CGI. Nikt wcześniej nie zdobywał piękniejszego kosmosu.  Pewnie, że dziś lepsze rozbłyski widzimy na koncertach klubowych zespołów, zaś narzędzia zbliżone designem do broni dzielnej załogi można dziś kupić w supermarkecie. Nawet biorąc to pod uwagę – warstwa estetyczna zainspirowała całe generacje produkcji sf. Starannie wykonana scenografia z wnętrzem statku kosmicznego na czele musiała działać na wyobraźnię następnych pokoleń projektantów. W szafie komandora Tarkina i innych oficerów Imperium musi wisieć sporo mundurów podobnych do tych, jakie nosili główni bohaterowie. Do animacji MGM zatrudniło speca z wytwórni Walta Disneya, Joshua Meadora. Zawdzięczamy mu między innymi jedną z głównych atrakcji obrazu, starcie z Potworem ID. Z tym wszystkim „Zakazana planeta” kosztowała blisko 2 miliony dolarów, co czyniło ją jedną z najdroższych produkcji tamtych czasów.

Ponad 125 tysięcy dolarów zeżarło przygotowanie jednego z bohaterów, czyli Robby’ego. Miał chód Frankiego Darro i głos Marvina Millera. Choć przywodzi na myśl automat do kawy, a aktorowi który musiał snuć się po planie w ciężkawym stroju z wiecznie wyciągniętymi przed siebie rękami współczujemy – był pierwszym pełnoprawnym robotem w historii kina. To właśnie jego występowi zawdzięczamy droidy, których szukali szturmowcy. Wall-E by nas nie wzruszał. Fetyszyści mechów z Japonii oraz widzowie Michaela Baya też mają za co dziękować poczciwemu robocikowi.  Emploi pewnego gubernatora Kalifornii też prawdopodobnie byłoby uboższe o kluczową rolę. Był na tyle ważny, że pojawił się w napisach początkowych jako osobny członek obsady. Fakt faktem, że choć pełnił rolę postaci drugoplanowej i nie przyczynił się znacząco do rozwoju fabuły, kradł sceny, ilekroć się pojawiał. W tamtych czasach, czasach fascynacji nauką, musiał budzić żywe zainteresowanie. Miał nawet kilka zabawnych kwestii. Występ w filmie Wilcoxa uczynił z niego gwiazdę. Pojawił się potem w filmie „Invisible boy” z 1957 i paru innych produkcjach SF, które nie łączyło nic, prócz tej jednej postaci. Robby’ego mogliśmy też zobaczyć w kilku odcinkach „Strefy mroku”.

„Zakazana Planeta” nie robiłaby takiego wrażenia bez psychodelicznej atmosfery, którą zawdzięczamy muzyce skomponowanej specjalnie na potrzeby filmu przez Bebe i Louisa Barrona, pionierów muzyki elektronicznej oraz pierwszych ludzi, którzy nagrali utwory na taśmie magnetycznej. Pierwotnie ścieżką dźwiękową miał się zajmować Harry Partch, a duet jedynie nagrać 20 minut do tła. Kiedy jednak producenci usłyszeli próbki Bebe i Louisa, byli pod takim wrażeniem, że zatrudnili oboje na potrzeby całego filmu. Muzycy na potrzeby produkcji zmodyfikowali swoje generatory muzyki tak, by brzmienie odpowiadało funkcjonowaniu niższych form życia. Odjechane dźwięki spotkały się z silnym odzewem odbiorców, którzy utrzymywali, że tak mogłyby brzmieć marzenia senne. Dziś wszyscy specjaliści od muzyki elektronicznej począwszy od Chemical Brothers, skończywszy na LCD Soundsystem zgodnie uznają muzykę z „Zakazanej planety” za pierwszy elektroniczny album, który wytyczył ścieżki rozwoju tej muzyki. Soundtrack był brany pod uwagę przy nominacjach do Oscara, ale twórcy ostatecznie nie otrzymali statuetki, bo jak się okazało, nie należeli do Amerykańskiego Stowarzyszenia Muzyków. Film Wilcoxa otrzymał też oczywiście nominację w kategorii efektów specjalnych.

Zakazana planeta to fenomen. Wyraz miłości do nauki, do niezbadanej, pełnej niesamowitości przestrzeni kosmicznej. Zrobiony najlepiej jak się dało. W jego produkcję włożono dużo uczucia i zaangażowano środki niespotykane wcześniej na ekranie. Ostateczny efekt? Rewolucja w popkulturze. Film, który dał nam (zgodnie z oficjalnymi oświadczeniami Gena Roddenberry’ego) „Star Trek”, odcisnął piętno na „Doktorze Who”, był inspiracją dla Jamesa Camerona, pobudzał młodą wyobraźnię Stevena Spielberga oraz Leslie Nielsena. Tak – słynny porucznik Frank Drebin w „Zakazanej…” zdobywał aktorskie szlify. Są tacy, którzy twierdzą wręcz, że „Naga broń” tak naprawdę zniszczyła status ikony SF. Czy tak było? Raczej nie – ale nie zmienia to faktu, że „Zakazana…” to najważniejszy tytuł we wczesnej filmografii aktora. Dodajmy do tego jeszcze nazwę – w końcu od tytułu filmu swoją nazwę wzięła prawdziwa Mekka popkulturowych geeków – sklep „Forbidden Planet”. A wszystko zaczęło się niewinnie. Od pomysłu aby nakręcić film fantastyczny, jakiego nikt wcześniej nie widział.

Andy_Gary vinyl toyz
Poprzedni

Kibooki - popkultura zaklęta w winyl [galeria]

social_media_strategy111
Następny

Jak zrobić portal internetowy - antyporadnik

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

1 Comment

  1. 2016-01-04 at 16:22 — Odpowiedz

    Mój pierwszy film SF. Niezapomniany. I potem już nie było dla mnie ratunku, fantastyka zawładnęła mną całkowicie. Nawet okruchy nie pozostały.

Dodaj komentarz