TEKSTY 

Zemsta bywa słodka – czyli o fenomenie revenge movies

Stare porzekadło mówi, że zemsta jest słodka. To zadośćuczynienie, przykład i kara w jednym. Jednocześnie jednak powtarza się nam, że taki czyn nie naprawi wyrządzonych szkód, nie ukoi ran. Mimo to wielu z nas zwyczajnie i po ludzku pragnie vendetty za krzywdy. Uwielbiamy obserwować, jak ktoś ją wymierza. O niej właśnie opowiadają revenge movies.

Do polskich kin wchodzi „Zakładnik z Wall Street” z George’m Clooneyem i Julią Roberts na pokładzie, napędzana giełdowymi machlojkami i voyeryzmem wariacja wokół klasycznego motywu zemsty. Obraz zebrał mieszane recenzje, ale mimo to wywołuje silne emocje. Jak wiele innych filmów z gatunku revenge movies. Dlaczego tak się dzieje?

Odpowiednio przedstawiona vendetta – daje ujście naszej frustracji i rozładowuje wszystko, co nagromadziło się przez parszywy dzień w robocie. To trochę jak z porno, też czekamy na konkretne momenty, niezależnie od stylu, fabuły i ewentualnego przesłania.

Motyw zemsty towarzyszy nam praktycznie od pierwszych opowieści, znajdziemy go w Biblii, mitach, eposach i na kartach historii. Mało jest silniejszych uczuć niż chęć odegrania się na okrutnym oprawcy. Nic więc dziwnego, że i popkultura sięga po schemat, który dobrze poprowadzony, przyprawia o żywsze bicie serca, syci odbiorcę ponurą, ale potężną satysfakcją. Takie uczucie ciężko porównać do czegokolwiek innego. Już jeden z mistrzów rodzącej się kultury masowej, Aleksander Dumas, poświęcił zemście bodaj najważniejsze ze swych dzieł, czyli „Hrabiego Monte Christo”. Historia Edmunda Dantesa choć nie była pierwsza, praktycznie ustawiła żelazny kanon tego typu historii. Dostajemy więc niewinnego i niczego nieświadomego bohatera, który wpada w sidła zastawione przez potężniejszych od siebie. Zlatuje na samo dno, zostaje praktycznie pogrzebany żywcem w więzieniu, z którego wychodzi się w jeden sposób. Jedynie łut szczęścia oraz odnalezienie skarbu sprawiły, że Dantes mógł wrócić jako Anioł Zemsty aka Hrabia Monte Christo i dokonać sądu na łotrach, którzy zrzucili własne przewinienia na niewinnego marynarza. Oczywiście, zgodnie z kanonami klasycznych powieści odcinkowych, historia otrzymuje kojące i stosunkowo łagodne zakończenie, ale dopiero po tym, jak sprawiedliwość zostaje wymierzona z pomocą intrygi i podstępu.

Jak się nad tym zastanowić, to na przestrzeni dwudziestego wieku szkielet opowieści pozostawał ten sam, zmieniały się tylko dekoracje i sposób wykonania.

Z ogromnym powodzeniem motyw przyjmował się w każdych realiach, gdzie panowało bezprawie. Dlatego też wsiąkł bardzo głęboko w western, prezentujący przecież Zachód tak dziki i pozbawiony zasad, jak to tylko możliwe.  Klasyczne „Prawdziwe męstwo” (a właściwie obie jego wersje) opowiadało o perypetiach młodej dziewczyny szukającej „spluwy do wynajęcia”, by ukarać tych, którzy skrzywdzili jej rodzinę. Tyle, że tutaj nikt nie sięgał po podstęp i truciznę. Czy to John Wayne, czy Jeff Bridges – wyznawali najprostszą i najsurowszą metodę – przemoc. A przecież i w bezlitosnym świecie malowanym w Dolarowej Trylogii przez Sergio Leone znalazło się miejsce na historię krwawego i bezwzględnego odwetu. Zwłaszcza w „Za kilka dolarów więcej”, gdzie grany przez Lee Van Cleefa pułkownik Douglas Mortimer tropi morderców siostry. Finał mógł być tylko jeden. A przecież takich filmów można wymienić mnóstwo, z filmografią Eastwooda („Mściciel”, „Bez przebaczenia”) na czele. Niektóre z tych dzieł opowiadały z lepszym lub gorszym skutkiem, jak przemoc i samosądy wyniszczają samozwańczych katów, przede wszystkim jednak wpisywały zemstę w kanon mitów, na których zbudowano Dziki Zachód. Kurt Russel ze strzelbą w dłoni wypowiadający w „Tombstone” wojnę bandytom wygląda jak jakieś ponure, rozwścieczone bóstwo, które zaraz rozpęta piekło.

Motyw zemsty niemal zawsze idzie w parze pod rękę z przemocą. Nic więc dziwnego, że napędziły królujące w latach ’70 kino exploitation, które z zasady skupiało się raczej na formie niż treści. O ile w niektórych westernach pokazywano wątpliwości i dylematy towarzyszące wymierzaniu kary na własną rękę, o tyle filmy z nowszego nurtu konstruowano tak, by widz zyskiwał absolutną pewność, że zemsta jest słuszna. Twórcy uderzali bardzo celnie, korzystali z efektu szoku, żerowali na niskich i prostych emocjach, by wzbudzić współczucie do ofiar oraz skrajną nienawiść i odrazę do oprawców. Porwania, przemoc, a następnie sroga kara. Wszystko pokazane dosadnie, krwawo i tak, by widz poczuł bezradność oraz ból cierpiących. Tak działał chociażby „Ostatni dom po lewej” Wesa Cravena, gdzie po scenach kojącej sielanki dostajemy w twarz dosadnie pokazanym morderstwem i gwałtem. A przecież i wcześniej, u progu lat ’60 pojawiały się zbudowane na niemal identycznym koncepcie produkcje, tak jak niegdyś szokujące „Pluję na Wasz grób”.

Gdzieś na rozdrożu pomiędzy westernową poetyką, dosadnymi obrazami, a moralnym niepokojem staje klasyk kina sensacyjnego, czyli „Życzenie śmierci” z Charlesem Bronsonem. Film Winnera wracał do idei samotnego mściciela z rewolwerem, który grasował po nowej inkarnacji Dzikiego Zachodu – bezdusznej metropolii ogarniętej bezprawiem i anarchią, gdzie policja może co najwyżej heroicznie rozłożyć ręce. Główny bohater miał dobry, mocny powód, by chwycić za broń. Jego żona i córka padły ofiarą brutalnego napadu i gwałtu, przy czym matka nie przeżyła. Sympatia widza ląduje całkowicie po stronie Paula Kerseya i raczej mało kto potępiłby krucjatę doprowadzonego do ostateczności architekta. Wszak po ulicach bezkarnie chadzają bandyci, którzy krzywdzą niewinnych. Kersey staje się ostatnim sprawiedliwym, którego działania zyskują nawet cichą aprobatę stróżów prawa. Tymczasem w powieściowym pierwowzorze Garfielda – sprawy nie przedstawiano tak jednoznacznie. Akcja napędzała tam rozważania o naturze samosądów, ich konsekwencjach i cenie, jaką płaci społeczeństwo oraz samozwańczy kat.

Revenge movies wtopiły się też w rozmaite nurty kina współczesnego. Ogromny zainteresowaniem cieszy się lekko tylko unowocześniona formuła, pozostająca opowieścią o zemście w stanie czystym, jak „Uprowadzona” oraz zastęp epigonów. Te filmy, mimo odmiennych scenariuszy uderzają w dokładnie ten sam ton, co „Pluję na Wasz Grób” i „Życzenie śmierci”.
Niektórzy twórcy poszli w wysmakowane, przeestetyzowanie przemocy, dając nam ciężkie kino sensacyjne pokroju „Oldboya” lub podlane czarnym humorem, bezpretensjonalne perełki w stylu „Johna Wicka” (ręka w górę, kto czeka na sequel). Autorzy rezygnują zarówno z kontekstu społecznego, jak i żerowania na niskich emocjach. Zamiast tego bawią się formą, przerysowują z werwą psotnego dzieciaka i opowiadają prostą, ale przyjemną historię. Po prostu.

W drugą stronę poszedł Joel Shumacher, który w „Upadku” (tak, reżyser „Batmana i Robina” ma też na koncie wiele bardzo porządnych filmów) przeplótł zemstę ze współczesnym thrillerem i obrazem pokręconego społeczeństwa późnego kapitalizmu. Główny bohater, William Foster, grany przez cudownie szarżującego Michaela Douglasa jest tak naprawdę tylko kolejnym z wielu ogniw w błędnym kole frustracji. To zarazem oprawca i ofiara. Trudny, impulsywny charakter dopalony stresem dnia codziennego sprawił, że przeciętny Kowalski zmienił się w spuszczonego ze smyczy anarchistę, który za środek wyrazu i sprzeciwu obrał sobie przemoc, zniszczenie i wystrzały. Społeczność generuje takich frustratów, zadając im pierwsze rany – ignorancja, wysokie wymagania… jak pokazuje „Upadek”, nawet głupie korki mogą okazać się przysłowiową kropką nad i. Potem zaś ta sama grupa cierpi wskutek akcji strzelającego na oślep samozwańczego mściciela. Nie ma tu jednostkowego wroga lub grupy sadystów, którym można spuścić manto lub przystawić spluwę do głowy.

To właśnie z tej ostatniej odnogi revenge movies wywodzą się takie produkcje jak „Zakładnik z Wall Street” (czy mniej udany, choć i tak niezły jak na standardy Uwe Bolla „Mściciel z Wall Street”). Tu już ciężko wskazać jednego sukinsyna zasługującego na karę. Winny jest cały system. Ten sam, który stanowi naszą codzienność. W przypadku dwóch ostatnich z wymienionych filmów można jeszcze wskazać grupę docelową, czyli krwiożerczych, kapitalistycznych kapłanów ekonomii, maklerów giełdowych, bankowców i resztę wierchuszki konsumpcyjnego świata. Tej samej wierchuszki, którą tak pokochaliśmy w „Wilku z Wall Street”.

Popkultura mieliła motyw zemsty od samego zarania. Dlaczego jeszcze nikomu się nie znudziło?

Powodów jest kilka. To często bardzo porządnie zrobione, intensywne produkcje. Zwłaszcza nowa generacja stawia na zabawę formą i dorzuca nutkę egzotyki. Przede wszystkim jednak, revenge movies czerpią inspirację z tego, co dzieje się za naszymi oknami. Z aktualnych wydarzeń, niepokojów społecznych, budują tło oraz intrygę na tym, czego się obawiamy, co może stać się udziałem większości z nas. Na gwałtach, bankructwie, porwaniach, śmierci. Fala przestępczości, jaka zalała Stany w latach ’70? Kryzys ekonomiczny? Handel żywym towarem? Zróbmy o tym film. Jednocześnie jednak, pomimo potencjalnych okropieństw, jakie ujrzymy na ekranie, przedstawiciele tej konwencji zapewniają nam dziwne poczucie bezpieczeństwa, a przynajmniej katharsis. Zawsze znajdzie się ktoś, kto pomści ofiary lub też one same zdołają jakoś odpłacić winowajcom. Dzięki temu możemy spać spokojnie, pomimo dawki okrucieństwa, jaką przyjęliśmy pół godziny wcześniej.

Jest jeszcze coś. Odpowiednio przedstawiona vendetta – daje ujście naszej frustracji i rozładowuje wszystko, co nagromadziło się przez parszywy dzień w robocie. To trochę jak z porno, też czekamy na konkretne momenty, niezależnie od stylu, fabuły i ewentualnego przesłania. Szef nawrzeszczał, że wyniki niezadowalające, klient zmienia zdanie przed dedlajnem, korki takie, że możesz zapomnieć o umówionym spotkaniu.? Seans z siejącym rozróbę mścicielem działa jak terapia i okład na przegrzaną mózgownicę.

Pytanie, czy starczy na długo.

 

macgyver
Poprzedni

MacGyver - Bohater z sąsiedztwa

*May 01 - 00:00*05_Flatbed_WEB
Następny

Za kulisami Indiany Jonesa [galeria]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz