TEKSTY 

Zmartwychwstanie, czyli święci z rynsztoka

Szatańskie pomioty i diabelska muzyka to najczęstsze epitety, które kiedyś padały w stronę muzyków rockowych i granej przez nich muzyki. A przecież to nie jest prawdą. Rockmeni niemal od początku istnienia muzyki rozrywkowej,  śpiewają o Bogu w uduchowiony choć mroczny sposób.

Czy monopol na zbawienie mają księża? Czy tylko na kościelnym kazaniu możemy usłyszeć, że nasza dusza jest nieśmiertelna a nagroda czeka nas w niebie?  Wreszcie, czy o Bogu, Jezusie Chrystusie i dogmatach religijnych mogą wypowiadać się tylko teologowie? Bynajmniej. „Zbawienie”, „wniebowzięcie”, „wskrzeszenie”, „nawrócenie”  słowa które kojarzymy z katechizmem i  Pismem Świętym, od narodzin bluesa weszły do kanonu muzyki rozrywkowej.

Kiedy Nick Cave ze swoim zespołem The Bad Seeds wydali album „Dig, Lazarus, Dig!!!” (Kop, Łazarzu, kop) jego podstawą była biblijna przypowieść o wskrzeszeniu Łazarza. Mark Lanegan wraz z Gregiem Dullim pod szyldem The Gutter Twins (Bliźniaki z rynsztoka) wydali debiutancki album „Saturnalia” (tytuł pochodzi od obchodzonych w starożytnym Rzymie, świąt ku czci Saturna, podczas których niewolnicy i ich właściciele na chwilę stawali się równi) na którym śpiewają o bliskości Boga i zbawieniu. Lanegan zresztą przez ostatnie lata bezustannie drąży boskie tematy. Czy to na nagranych wspólnie ze szkocką wokalistką Isobel Campbell (na takim „Sunday At Devil Dirt” choćby, wokalista śpiewa o potrzebie wiary i błaga Chrystusa o zbawienie), czy na płycie z Dukem Garwoodem, czy swoich solowych krążkach. Litanię śpiewających o Bogu i szukających zbawienia w religii muzyków, którzy w żaden sposób nie są związani z ruchami religijnymi moglibyśmy tu ciągnąć bez końca. W końcu nie ma bardziej krzywdzącego w popkulturze stereotypu, jak ten przypisujący muzyce rockowej jedynie satanistyczne inklinacje.

 Łazarz nigdy nie prosił się o wyciągnięcie z grobu – śpiewa Cave. Zrobiono to wbrew jego woli i marzeniom o spokojnej śmierci. Bluźnierstwo? Nic z tych rzeczy.  Nick Cave, nawiązując do swoich przemysleń z czasów młodości (Historia Łazarza przerażała mnie jako dziecko – wyznaje w wywiadach) oraz opowieści jakie o wskrzeszeniu snują izraelscy badacze Pisma Świętego, stawia tezę, jakoby powrót Łazarza do życia musiał być koszmarem.

Zagubiony człowiek wyrwany z ramion śmieci staje się lokalną ciekawostką, a nawet sławą. Kobiety chcą zdradzać z nim mężów, mężczyźni pić i słuchać opowieści. A Łazarz? Zachłysnął się swoją sławą, ale skończył jak każda inna sezonowa gwiazda: Kolejka po darmową zupę/Działka/Więzienie/Dom wariatów/Grób. Oczywiście odczytanie tytułowej piosenki Cave’a jako ataku na zasadność boskich cudów byłaby czystym nieporozumieniem.

Muzyk, który już od lat swoje teksty opiera na Piśmie Świętym i biblijnych przypowieściach wykorzystuje historię Łazarza, który wstaje z martwych we współczesnym Nowym Jorku, by opowiedzieć ironiczną ale i przygnębiającą historię zmarnowanej szansy. I jest to historia niebywale uniwersalna. Bo czy mało jest osób które otrzymując od losu drugą szasnę, zamiast zmienić swoje życie, kończą je?

Sam Cave doskonale wie o czym śpiewa –  umierał wielokrotnie (z przedawkowania heroiny) i wracał do życia cudem odratowany.  Nie potrafiłem wyobrazić sobie samego siebie bez heroiny. Myślałem, że to ona daje mi inspirację i siłę do tworzenia – wyznawał. Zerwanie z nałogiem było o tyle trudne, bo wmówiłem sobie, że najlepsze płyty nagrałem pod wpływem środków odurzających i wciąż bałem się ich porzucić.

Przez lata pisząc w piosenkach o zatracaniu się w swoich uzależnieniach Cave zdobył miano jednego z najmroczniejszych twórców współczesnego rocka.  Pieśni takie jak „The Mercy Seat” („Krzesło miłosierdzia” historia więźnia opowiadana z krzesła elektrycznego, które ma wybawić go od wszelkich ziemskich trosk) czy  pięknie bluesowy „Up Jump the Devil” („Ja i diabeł/Podróżujemy drogą w dół/Dół do wieczności/Wprost do piekła”) idealnie pokazywały w jakim stanie był Cave i dookoła czego krążyły jego myśli.

Muzykowi (który jeśli wierzyć plotkom zaliczył najwięcej przedawkowań z wszystkich gwiazd rocka) docenienie życia zajęło dwadzieścia lat. Od 2000 roku podobno nie brał już ani raz heroiny, ustatkował się, ożenił i spłodził bliźnięta (rok temu jeden z jego synów zginął w tragicznych okolicznościach). Wątpliwości co do nowo obranej drogi życiowej zawsze jednak pozostają, dlatego też na „Dig Lazarus, Dig!!!” muzyk głośno zadaje pytanie Czy Jezus kocha tylko przegranych? („Hold On To Yourself”).

Po wysłuchaniu płyty The Gutter Twins odpowiedź na zadane przez Cave’a pytanie nasuwa się sama. Matko to nie czas na łzy/On nadchodzi/On nadchodzi/A więc odejdę  w łasce Pana – śpiewa w otwierającej płytę piosence „The Stations” Lanegan. Bo o ile Cave wątpi i w swojej twórczości próbuje zrozumieć istotę boskich cudów i sposób w jaki Jezus kocha swoje owieczki, Lanegan i Dulli w Bogu odnajdują wytchnienie i spokój. A zatem Bóg kocha przegranych, a oni jego. Nie wiem dokąd prowadzi ta droga/Ale kocham ją/Kocham/Niech się stanie – śpiewają wspólnie, poddając się boskiej woli.

Satanistyczni Butch Cassidy i Sundance Kid, jak w materiałach prasowych określają się The Gutter Twins, czyli Mark Lanegan i Greg Dulli choć może nie są tak powszechnie znani jak Nick Cave, w środowisku muzyków rockowych uznawani są za najwybitniejszych współczesnych kompozytorów i tekściarzy. Na ich płytach (podobno za darmo) śpiewa PJ Harvey, w chórkach pojawia się Duff McCagan z Guns’n’Roses a  Dave Gahan z Depeche Mode nazwał Lanegana następcą Johnny’ego Casha.

Mało jednak brakowało a Lanegan i Dulli nie doczekaliby czasów, w których chwalą ich koledzy z branży a na koncertach publiczność nie szaleje a ze skupieniem słuchuje się w tekst (tak przynajmniej było na tegorocznym londyńskim występie duetu na który udało mi się dostać). Obaj panowie byli ulubieńcami dziennikarzy muzycznych i grali w zespołach, o których mówiło się, że będą największymi gwiazdami lat 90. Mowa o Screaming Trees Lanegana i The Afgan Whigs Dulliego. Dziś o tych grupach pamiętają tylko zatwardziali wielbiciele. Dlaczego? Obaj panowie pierwsze sukcesy przypłacili uzależnieniami, które pogrążyły ich i graną przez nich muzykę.

Dulli, kokainista zamiast grać koncentrował się na zdobywaniu białego proszku, co przypłacił niemal życiem, zakatowany prawie na śmierć przez dwóch barowych ochroniarzy. Lanegan heroinista niewiele opowiada o dawnych czasach – byłem parę razy w więzieniu, ale nie pamiętam za co. Narobiłem masę syfu, ale jeśli mam być szczery niczego nie żałuję –kwituje. Wystarczy raz usłyszeć jego głos by zrozumieć dlaczego nie żałuje. Mroczny, niski zniszczony przez życie wokal to dziś najciekawszy głos współczesnego rocka, i nie byłoby go zapewne gdyby Lanegan pił tylko wodę, palił kadzidełka i zażywał glukozę.

Życie na krawędzi, ciągła pogoń za używkami, utrata bliskich (najlepszym przyjacielem Lanegana był lider Nirvany Kurt Cobain, Dulliego pieśniarz Elliot Smith – obaj popełnili samobójstwa) i otarcie się o śmierć podobnie jak w przypadku Nicka Cave’a sprawiło, że w tekstach obu panów pojawił się Bóg w którym szukają wytchnienia. Bo skoro jesteśmy niczym innym jak diabelską zabawką („Idle Hands”) od złego uratować może nas tylko wyczekiwanie na  zbliżający się rydwan Gabriela, czy jak śpiewa Lanegan z Isobel Campbell Zbawienie/ Zbawienie/Panie nie chciałem w nie uwierzyć/Panie nie chciałem w nie uwierzyć/Zawsze myślałem że poddam się chorobie.

Oczywiście przypadki Cave’a, Lanegana i Dulliego nie są odosobnione. Gitarzysta Red Hot Chili Peppers, John Frusciante po wyjściu z heroinowego nałogu (równocześnie ze swoim kumplem Anthonym Kiedisem) skomponował świetny numer „Otherside” do którego Kiedis napisał tekst o… podróży na drugą stronę. Wspomniany już Dave Gahan wokalista Depeche Mode po nieudanej próbie samobójczej i przedawkowaniu heroiny w połowie lat 90. Nagrał dwie solowe płyty „Paper Monsters” (2003) i „Hourglass” (2007) gdzie rozliczał się ze swoim uzależnieniem oraz śpiewa o cudach („Miracles”) bo tylko w tych kategoriach – jak sam twierdzi – można mówić o jego wyjściu z narkotyków.

Należy naznaczyć jednak że ani w przypadku Cave’a, Lanegan, Dulliego, Frusciante czy Gahana nie mamy do czynienia z nagłym nawróceniem i żarliwym katolicyzmem. Zniszczeni przez narkotyki muzycy nie tyle odnajdują się w religii, co wracają do korzeni muzyki, czyli religijnych bluesów i pieśni gospel które dały podwaliny pod to co dziś nazywamy rockiem.

Co było najpierw muzyka czy cierpienie? – zastanawiał się Rob główny bohater kultowej powieści Nicka Hornby’ego „Wierność w stereo”. Odpowiedź jest prosta – z cierpienia wzięła się muzyka. To przecież zmęczeni życiem w niewoli czarni pod koniec XIX wieku wymyślili bluesa, w którym śpiewali o bólu, utraconych miłościach a rozpaczy a także o Bogu (tematykę tę zapożyczyli z religijnych pieśni gospel) by wspomnieć tylko wstrząsająca pieśń o pogodzeniu z Bogiem i śmiercią „In My Time of Dying” skomponowaną przez jednego z ojców założycieli bluesa Blind Willie Johnsona.

To właśnie do tej tradycji nawiązywał Johnny Cash gdy po wyjściu z narkotykowego nałogu (był jednym z pierwszych muzyków, których policja złapała z narkotykami i oskarżyła o posiadanie ilości hurtowych) w 1968 roku nagrał słynny więzienny koncert „Johnny Cash at Folsom Prison” gdzie znalazła się kompozycja „Greystone Chapel” („Kaplica Greystone”) w której pada słynna fraza – Nie myślałem, że Bóg jest także w Folsom/A On ocalił tu rząd zagubionych dusz.

Eric Clapton któremu pod koniec lat 60. nie dawano szans na przeżycie (heroina absolutnie rządziła jego życiem) gdy pokonał nałóg i powrócił na muzyczną scenę w 1974 roku nagrał jeden ze swoich  najlepszych albumów – „461 Ocean Boulevard” gdzie zaśpiewał pięknego religijnego bluesa „Give Me Strength” (Panie daj mi siłę bym mógł podołać/Panie daj mi siłę bym mógł podołać/Moim domem może być autostrada/Panie zrobiłem tyle złego/Daj mi siłę bym mógł podołać). Do bluesowej i gospelowej tradycji nawiązał po swoim wyjściu z uzależnienia Cave wydając płytę „No More Shall We Part” (2001) gdzie pojawiły się pieśni o takich tytułach jak „Hallelujah” czy „God Is In The House” („Bóg jest w domu”).

Zatem wbrew obiegowym opiniom jakoby muzyka rockowa była pomiotem szatana okazuje się, że jest jej o wiele bliżej do Boga nich chcieliby jej przeciwnicy. Najnowsze płyty Marka Lanegana czy Nicka Cave’a tylko ten fakt potwierdzają.  I co więcej mają ogromną moc.  Przecież słowa upadłego grzesznika, który próbuje podnieść się z kolan są bardziej przekonujące niż wyznania żyjącego w czystości mnicha. Dlatego gdy Lanegan błaga Boga by wybaczył mu grzechy/Uczynił tyle złego/Bo bez niego jest jak szalony wierzymy mu. Zaciskamy kciuki i mamy nadzieję że się uda. Bo jeśli jemu to i nam kiedyś musi.

Steampunkthreads
Poprzedni

Steampunk dla początkujących

Warner Bros
Następny

100 Najlepszych filmów kryminalnych i sensacyjnych (IX): 20-11

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz