WYMĄDRZANIE 

Abrams kontra Tarantino – Ta nienawistna Moc

W trwającej od kilku dni euforii związanej z kasowymi wynikami siódmego epizodu „Gwiezdnych Wojen”, większość, zdaje się, w ogóle nie zauważa, że oto na naszych oczach odbywa się nieomal filmowe starcie dwóch stron Mocy. Jest ono jednak o tyle trudniejsze, że tu nie znajdziemy łatwego podziału na to, co jest jasne, a co ciemne, a czempioni obu frakcji zyskali sobie szacunek i sympatię widzów. Stawka również jest nieporównanie większa – chodzi bowiem o przyszłość kina rozrywkowego.

Jak doskonale wiecie, „Gwiezdne wojny: Przebudzenie mocy” choć są największą premierą grudnia, nie są ani jedyną, ani też jedyną istotną. Oto bowiem jakby po drugiej stronie skali ze swoją „Nienawistną ósemką”, ósmym filmem w dorobku, objawił się Quentin Tarantino. To w założeniu twórców – a tylko na nim mogę się oprzeć, film bowiem zapowiedziany jest u nas dopiero na styczeń – bardzo kameralne dzieło znakomitego reżysera i scenarzysty, to z jednej strony klasyczny western, z drugiej odwołanie do początków kina, kiedy to jeszcze, nie wykształciwszy własnych środków, pełnymi garściami czerpało ono z narzędziowych dobrodziejstw teatru. Odnosząc ją do wielkiego widowiska studia Disneya, to nawet nie Dawid wobec Goliata. To mrówka siedząca na kulce procy przyszłego Króla. I ostatnie wydarzenia nie pozwalają się łudzić, że stawiając na tę kameralność, ale i porywając się na taki właśnie termin, Quentin Tarantino, który ostatnio radził sobie coraz lepiej także frekwencyjnie, przegra nie tylko finansowo. Odda też noszony latami tytuł złotego dziecka Hollywood.

Śmiała teza, wiem. Ale przyjrzyjmy się powodom jej postawienia. Oto bowiem mamy Quentina, którego ścieżka do kariery jest dobrze znana – wypożyczalnia wideo, potem scenariusze, wreszcie pieniądze na własny film i od tamtej pory konsekwentne oddawanie kinu rzekomo wypalonych już gatunków. To właśnie Quentin sięgnął do brudnej klasyki lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. On odświeżył formułę kina gangsterskiego, policyjnego, kung-fu, grindhouse’ów, następnie łotrzykowskiego kina wojennego w duchu „Parszywej Dwunastki” czy wreszcie westernu. Wpisując się w kinową erę remake’ów, nie tyle nawet retellingu, co właściwie restartellingu i opowiadania tych samych historii od nowa przy zmienionych dekoracjach, jako jeden z niewielu znał (i wciąż zna) filmową materię tak dobrze, że mógł sobie pozwolić na rozliczne śmiałe eksperymenty, nadal pozostając w granicach gatunku. Owe eksperymenty zresztą, co widać wyraźnie w kolejnych jego produkcjach, stopniowo cichły, dając w dwóch ostatnich obrazach – a wszystko wskazuje na to, że i w trzecim – wyraźny sygnał, że oto znalazł swój język do opowiadania gatunkowo czystych historii.

Na drugiej szali stoi J.J. Abrams, którego wędrówka po szczeblach kariery również pokazuje nam, że mamy do czynienia nie tyle ze sprytnym karierowiczem, jakich w Hollywood jest na pęczki, ale z dzieciakiem wychowanym na kinie i telewizji, którego głowa pełna jest marzeń. Tym co różniło go od Tarantino już na pierwszy rzut oka, były zainteresowania filmowe. Widać wyraźnie, zwłaszcza w późniejszych filmach współtworzonych przez Abramsa, czy to jako współscenarzysty (Armageddon) producenta (Projekt Monster) czy wreszcie jako reżysera (Super 8), że młody Jeffrey Jacob fascynował się nade wszystko kinem katastroficznym i obrazami spod znaku Kina Nowej Przygody. Pierwszy prawdziwie wielki sukces Abramsa – telewizyjna produkcja „Alias” – dołożył do tej dwójki jeszcze równie widowiskowe kino szpiegowskie.

Dziś, po niewiarygodnym sukcesie serialu „Lost” i spróbowaniu sił – z różnym powodzeniem – ze wszystkim, w czym chciał się pierwotnie sprawdzić, Abrams wyrósł na etatowego dawcę nadziei i tego, który podtrzymuje ogień. Po rozpaleniu na nowo gasnącego płomienia „Star Treka”, właśnie przywrócił światu „Gwiezdne Wojny”. I jak jeszcze niedawno mógł bardzo wiele, tak teraz w zasadzie może wszystko. A gdyby tylko chciał, niczym tolkienowski pierścień, mógłby związać ze sobą właściwie większość najważniejszych popkulturowych ikon świata. Wszak proponowano mu już swego czasu i Bonda (mimo tego, a może właśnie za sprawą reżyserowania przez J.J.-a trzeciej części innej szpiegowskiej franczyzy – „Mission Impossible”) i przebąkiwało się o tym, że przejmie schedę po Spielbergu w sadze o Indianie Jonesie. Któż nie chciałby bowiem, by i jego marka nie została dotknięta przez złote dziecko Hollywood?

No właśnie. Wracam do tego o czym napisałem na początku. Tarantino, jeden z mistrzów dialogu, znakomity wizjoner i znawca kina stopniowo, krok po kroku przywracał nam pamięć, odświeżał zakurzone w niej obrazy, a może wręcz niczym trochę szalony bibliotekarz, pokazywał nam okazy i dopowiadał po swojemu, co było na wyrwanych kartkach. Widzowie doceniali to, bo była w tym wiedza, były odwołania, które gdzieś tam kołatały w głowie, ale wszystko to składało się na nowe opowieści. A przynajmniej nowe dla widza zbiorowego, którego pamięć się przecież zrestartowała. To bodaj największa wada popkultury – wspomniany restartelling. Wynika on zapewne z natłoku informacji, który z kolei sprawia, że dowolne dzieło o wyższym progu wejścia natychmiast przesuwa się w kolejce. Nieopowiedziana na nowo, nowym językiem historia w większości przypadków przepada zupełnie w zbiorowej świadomości. Ale niezależnie od tego, czy dany odbiorca zna odwołania, czy po prostu chłonie to, co przedstawiał mu Tarantino, modnie i fajnie było poznać tego wygadanego geniusza, fajnie poobracać się w jego towarzystwie i posłuchać czy to o Leni Riefenstahl, czy o estetyce Peckinpaha. Nawet gdy te nazwiska nic nam nie mówiły i nie mówią.

J.J. Abrams podąża inną ścieżką. Nie odwołuje się bowiem do naszej wiedzy, a do emocji. Uważny widz zauważy, że właściwie dwukrotnie, przy obu dziełach o takim stopniu kultowości, jak obie kosmiczne historie, reżyser nabrał nas ten sam numer. W pierwszym przypadku (Star Trek) odwołał się do sztuczki, jaką dawała mu fabuła wcześniejszych produkcji, czyli podróży w czasie. W drugim pozwoliła mu na to nie do końca zrozumiała filozofia Mocy, w której założenia idealnie przecież wpisała się tocząca się kołem historia. Dzięki tym zabiegom dwukrotnie dostaliśmy zarazem sequel, jak i jednocześnie remake, opowiedziany z szacunkiem dla pierwotnej historii. Ze „Star Trekiem” ten numer udał się raz, z „Gwiezdnymi Wojnami”… zobaczymy. Nadzieja jest wielka.
I co z tego, zapytacie, wynika? W sensie: gdzie ten spór i konflikt? Gdzie ta niemożność koegzystencji i rzekome odebranie Tarantino jego tytułu – skądinąd śmiesznego, wszak to już pięćdziesięciolatek, jak tu wciąż nazywać go dzieckiem?

Cóż, pokazy „Nienawistnej ósemki” zostały zablokowane przez Disneya kontraktami ze wszystkimi możliwymi sieciami kin. Film Tarantino pokazuje się albo w kinach małych, albo wręcz czeka, generując obecnie wynikające z opóźnienia straty. Gdy wejdzie ostatecznie na ekrany, to już przetrzymany, trafiający w zasadzie do – oby licznych – prawdziwych fanów czy to gatunku, czy reżysera. W tym czasie „Przebudzenie mocy” krok po kroku przechodzi do historii kina, a kilka pokoleń widzów wychodzi z sal, ocierając łzy wzruszenia. Dobrze, bo emocje są w kinie bardzo ważne. Ale czy to naprawdę jest tak, że Hollywood, a z nim masowy widz, musi opowiedzieć się po jednej ze stron?

Mam szczerą nadzieję, że nie, bo jeśli okaże się, że miejsce dla króla remake’ów jest w historii kina jedno – a obaj panowie w taki czy inny sposób się w to określenie wpisują – to choć Tarantino to artysta-wizjoner, a Abrams dobry rzemieślnik, nie mam wątpliwości, jakiego wyboru dokona za nas ograny prostą sztuczką sentyment. A byłoby szkoda…

Successbl / Dzika Banda
Poprzedni

Najlepsze seriale 2015 [podsumowanie roku]

20th Century Fox
Następny

„Kevin sam w domu” czyli wolność i bycie potrzebnym

Jakub Ćwiek

Jakub Ćwiek

Jakub Ćwiek – publikując od dekady, miksuje różne podgatunki fantastyki z mediami innymi niż literatura. Tak powstał filmowo-serialowy "Kłamca", ukazujący kult gwiazd jako nową mitologię, rockowy "Dreszcz" będący komiksem zaserwowanym w postaci prozy, tworzący wizerunek polskiego superbohatera czy "Chłopcy", którzy nawet z najwygodniejszego fotela zabierają czytelnika na pustą drogę ciągnącą się aż po horyzont. Łącznie szesnaście tytułów. A gdy książki trafiają już do wydawnictwa, Kuba preleguje, podróżuje po świecie, grywa na gitarze, pisze teksty piosenek, scenariusze i felietony. Jego bohaterowie doczekali się komiksów, LARP-ów, filmów krótkometrażowych, adaptacji teatralnych, słuchowisk, gry karcianej i serii koszulek. Rock&Read Festival pokazało nowy sposób zabawy literaturą i rockiem, a gdzieś pomiędzy tym wszystkim Ćwiek znalazł jeszcze czas, by uścisnąć ręce Bruce'a Willisa, Jossa Whedona i Stephena Kinga oraz by założyć Browncoats of Poland. Za opowiadanie "Bajka o trybach i powrotach" otrzymał Nagrodę Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz