WYMĄDRZANIE 

Badanie czytelnictwa a sprawa polska

Bo żeby mówić o rynku książki w tym kraju trzeba najpierw ujarzmić chaos. Z chaosu w końcu wyłoni się jakiś obraz. Czy będzie pozytywny czy negatywny – nie wiem. Wiem jedno – teraz tak naprawdę o tym co i jak czytają Polacy nie wiemy absolutnie nic.

 

No i rozległ się lament. Biblioteka Narodowa znów opublikowała dane dotyczące czytelnictwa. I nie są one optymistyczne. 37 procent Polaków czyta książki. Jaki płynie z tego morał? Choćby taki, że przez ostatnie lata rząd zmarnował miliardy złotówek na program promocji czytelnictwa, bowiem w żaden sposób nie zmienił on stanu czytelnictwa. Niefajnie. Ale jeśli wierzyć wynikom ankiet BN – prawdziwe. Czytałem kilka tekstów o tym, że metodologia badań jest zła. Że ankieterzy docierają do wąskiej grupy osób. Że 3 tysiące Polaków to za mało, aby miarodajnie ocenić poziom czytelnictwa. Racja. Mało, żeby być miarodajnym. Co więcej, badanie BN nie uwzględnia jednego ważnego czynnika – zmiany statusu majątkowego ankietowanych. Czy jest to taka sama grupa jak w badaniach poprzednich? Jak wyglądają jej finanse? Czy część rodzin nie musiała zrezygnować z kupowania/czytania książek, bo musiała podjąć pracę na drugi etat? Itp. Możemy mnożyć takie przykłady bez końca. Nie ulega wątpliwości, że o ankietowanych nie wiemy nic. A zatem złe badania? Nietrafny wynik? Nie do końca. Może procentowo to się rozmywa, ale i tak ankieta BN pokazuje niebezpieczną tendencję – czytamy mniej. I ta tendencja jest faktem. Pytanie tylko – na ile błędny jest wynik.

Czytam tekst Juliusza Kurkiewicza w „Gazecie Wyborczej” – „Bestsellery roku 2015: Polska czeka na swojego Stiega Larssona”. Pomijam tendencyjny tytuł. Tekst ukazuje się w dniu ogłoszenia wyników czytelnictwa i podane są w nim dane sprzedażowe polskich bestsellerów. Na dole dopisek – dane od wydawców i GFK Polonia. Czyli mamy rzetelne dane. Fajnie. No prawie. Kilka sekund googlania w sieci i okazuje się, że dane podane przez Kurkiewicza są – hmmm… intrygujące. Serwis booklips w lipcu 2015 roku podał, że Kasia Bonda sprzedała 180 000 tys. sztuk powieści „Pochłaniacz”. Opublikowany w maju tego roku drugi tom, „Okularnik”, również nie schodzi z list bestsellerów. Przez niecałe dwa miesiące sprzedano ponad 50 000 egzemplarzy powieści. – czytamy w tekście. U Kurkiewicza mamy: Katarzyna Bonda, która sprzedała 105 tys. egzemplarzy „Okularnika”, 90 tys. „Pochłaniacza”. Wszystko to brzmi ciekawie – zwłaszcza nagły spadek sprzedaży „Pochłaniacza” – tyle, że zaglądając do danych z GFK Polonia (baza danych zbierająca wyniki realnej sprzedaży z wszystkich wielkich sieci jak Empik, Matras, Biedronka, Lidl itp.) czytamy że „Pochłaniacza” sprzedało się do stycznia 59 224, a „Okularnika” 37 477 (dane za styczeń 2013 – styczeń 2016). Całość sprzedaży wszystkich tytułów jakie wydała, czyli 19 – 181 105. Żeby była jasność. Niczego nikomu nie zazdroszczę. Przeciwnie. Podziwiam i jestem dumny z sukcesu. Każdy z tych wyników jest imponujący. Każdy świetny i godny największego szacunku. Niezależnie od tego, który jest prawdziwy.

Jeśli żyjemy w kraju w którym ani prestiżowy portal księgarski, ani „Gazeta Wyborcza”, ani GFK Polonia nie są w stanie podać wyników choć trochę do siebie zbliżonych, to jak możemy mówić  o jakimkolwiek badaniu czytelnictwa? Jak ocenić rynek? Jak sprawdzić co się sprzedaje, a co nie, jeśli publikacja danych sprzedaży jednej książki zamienia się w ciąg cyfr tak od siebie rozbieżnych, że wręcz zabawnych? No właśnie. Do tego dochodzi jeszcze patologia wewnątrz wydawnictw. Żeby autor wysyłał do własnego wydawnictwa audyt, który co więcej wykazuje, że w rozliczeniach zagubiła się określona kwota? Takie rzeczy tylko w Polsce.

Rynek czytelnictwa w naszym kraju to wciąż absolutny Dziki Zachód. Podczas kiedy wyniki oglądalności filmów są podawane publicznie tuż po weekendzie otwarcia filmu, podczas kiedy liczeniem sprzedaży płyt zajmuje się ZPAV i Olis, tak książki… Książki stoją na ziemi niczyjej. Rozliczenia wydawców są wewnętrzne, badania GFK owszem miarodajne, ale nie zawsze zawierają wszystkie współrzędne (zależne od formy dystrybucji jaką preferuje wydawca), a papier wchłonie wszystko.  Czy rzeczywiście tak musi być? Musimy trwać w wielkiej niewiadomej? Myśląc na spokojnie i racjonalnie – nie. Ale mam wrażenie, że za polskie czytelnictwo zabrano się z wszystkich dziedzin sztuki wyjątkowo opacznie. W końcu jak widać Ministerstwo Kultury inwestując w program promocji czytelnictwa, przyczyniło się do zaniżenia czytelnictwa o kolejne punkty procentowe. Dobra – to okrutny żart. Ministerstwo nie jest tu winne. W każdym razie nie tylko one. A więc po kolei, kto:

Po pierwsze. Bolesne ale prawdziwe – my dziennikarze. Piszę recenzje od 1997 roku. Zaczynałem w „Tygodniku Powszechnym”, potem był „Przekrój”, „Newsweek” i cała masa innych. 19 lat to sporo. Wystarczająco dużo, żeby poznać mechanizmy rządzące tym co i jak się publikuje. Przede wszystkim na rynku nie zmieniło się przez te lata niemal nic, choć on sam zmienił się nie do poznania. Wciąż o tym co będzie recenzowane w tygodnikach czy dziennikach decyduje ta sama grupka ludzi, która ma bardzo określony gust. A wybór tego co trafia do recenzji dyktowany jest gustem właśnie. Ponieważ w tej grupie osób większość jest na bakier z literaturą popularną – no cóż, to próbuje się nieudolnie kształtować gust poprzez promocję kultury dla wybranych. Efekt? Kultura popularna zawsze wraca. Mój ulubiony przykład z ostatnich tygodni to polecenia na wznowionym debiucie Łukasza Orbitowskiego. Dziesięć lat zajęło recenzentce docenienie tej książki. Żeby było zabawniej byłem obok kiedy dostała pierwsze wydanie. I wiem gdzie wylądowało. Horror jest be – kosz. Wybiórczym i absolutnie wsobnym traktowaniem literatury nie raz i nie dwa razy wykazywał się Krzyś Varga. Rok temu na spotkaniu autorskim Mariusza Czubaja, przyznał szczerze, że polskiej fantastyki nie czyta i nie zna. Powiedział to szczerze i publicznie, więc nie zdradzam żadnych tajemnic. Co więcej, kilka tygodni później napisał felieton w którym dziwił się nad istnieniem kogoś takiego jak Robert Szmidt – jeden z najlepiej sprzedających się i najpopularniejszych autorów SF w Polsce. Nie chodzi o to, że recenzent ma się znać na wszystkim. Nie. Ale bycie recenzentem i specjalistą w określonym gatunku nie sprawia, że z góry powinieneś traktować to, o czym pojęcia nie masz.  A w Polsce taką tendencję mamy. Jak już wbijamy się w określoną pozycję – nie patrzymy przed siebie, tylko pod nogi. Niby bezpiecznie, ale w efekcie powoduje to zatrzymanie rozwoju.

Paweł Goźliński z „Magazynu Książki” w wywiadzie, który robiliśmy, otwarcie przyznał – krytycy u nas przespali ostatnie piętnaście lat. I teraz z dziennikarzami jest trochę jak z miejscami parkingowymi w Warszawie. Kiedyś było masę miejsca, ale władze nie wzięły pod uwagę rozwoju miasta i dziś zaparkować się nie da. Za mało miejsc, za dużo samochodów. Rynek książki jest gigantyczny, ale większość książek nie ma gdzie zaparkować. Nie piszemy o polskiej literaturze, wybieramy kilka nazwisk i katujemy się nimi bezustannie, ignorując wszystko dookoła. Ot, nie ma co płakać – taka prawda. Film ma się świetnie. Gry mają się znakomicie, muzyka też. A literatura leży i kwiczy. I niestety Ministerstwo ze swoimi programami do tego się mocno przyczyniło. Ale to temat na inną opowieść.

Po drugie i bardziej istotne – totalne zaniedbanie rynku. Nie istnieje żadna instytucja, która podawałaby wiarygodne informacje o polskim rynku księgarskim. Żadna. Nikt nie bada ilości sprzedanych egzemplarzy, wydawnictwa podają wyssane z palca wyniki, autorzy opowiadają co im ślina na język przyniesie. Mówimy o badaniach rynku, podczas kiedy nie wiemy o nim nic. NIC.

Dramat? Sytuacja bez wyjścia? Nic z tych rzeczy. To wszystko jest do ogarnięcia. Wymaga tylko odrobiny dobrej woli i sporo zaangażowania.

Punkt pierwszy – czyli absencję i nieobecność polskiej prozy w mediach obejść najprościej. Skoro ani Ringer Axel Springer, ani Polityka czy WP nie chcą tworzyć unikatowego, jakościowego kontentu – można zrobić to samemu. Stworzyć wielką platformę recenzji, która będzie zauważała wszystko co jest godne i warte zauważenia. Ktoś powie – Lubimy Czytać dwa. Nie. Lubimy Czytać jest zbiorem informacji. Pożytecznym, ale trudno traktować taki zbiór za coś opiniotwórczego. Za dużo chaosu i słabych jakościowo tekstów. Trzeba poważnej redakcji, odsyłania tekstów do poprawki itp. Mamy na rynku kilkuset blogerów. Gdyby dogadać się z trzydziestoma, nie najpopularniejszymi, ale najsprawniejszymi, można budować bazę tekstów. Tworzymy największy jakościowy portal w Polsce? Brzmi fajnie. Jestem za. Możemy spróbować zrobić to pod szyldem Bandy.

Po trwających rok problemach w końcu, po trzech nieudanych próbach, wypracowaliśmy plan naprawczy i prowadzimy dość poważnie zaawansowane rozmowy inwestorskie. Jeśli nic nie stanie nam na drodze niebawem pokażemy wam talk-show kulturalny prowadzony przez Maćka Dowbora i Mariusza Cieślika. W tym tygodniu nagrywamy testową audycję dla jednej wielkiej polskiej rozgłośni radiowej. Dzieje się. Powoli, ale ku końcowi. Nie jest więc problemem wpisanie w biznesplan jeszcze większej zmiany strony i wytłumaczenie inwestorowi powodu powiększenia kosztów. Problemem jest znalezienie kilkunastu osób, które będą pisać regularnie i będą grały do jednej bramki – czyli tworzymy jedną markę a nie kilkanaście rozsypanych mikroblogów. Tak czy siak – czy pod szyldem Bandy, czy pod innym – takie rozwiązanie, czyli wielka redakcja dostarczająca autorskiego, jakościowego kontentu, (tyle że pilnowanego, nadzorowanego i mocno promowanego) to na dziś jedyne racjonalne wyjście z podbramkowej sytuacji, w jakiej znajduje się pisanie o polskich książkach. Macie ochotę, róbcie. To się opłaci i to szybciej niż myślicie.

W przypadku drugim sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana i wymaga już interwencji Ministerstwa. Jeśli powstały instytucje zliczające bilety w kinach, podliczające sprzedaż płyt, to dlaczego pod, powiedzmy, szyldem Instytutu Książki nie stworzyć oddziału zajmującego się liczeniem sprzedaży książek? Zupełnie poważnej instytucji do której mogłyby odnosić się i media , i autorzy. Powtarzam – dziś sprzedaż to ziemia niczyja. Narosły dookoła niej mity. Środowisko literackie dzieli się i kłóci. Dlaczego tego nie unormować? Zakończyć wojny prostym liczeniem? Powołanie takiej instytucji uzdrowiłoby sytuację na rynku, bo dawałoby twarde dane. Pomogłoby także autorom. Nie od dziś wiemy, że wydawcy się nie rozliczają. Wysyłają dane ze sprzedaży jak im się chce i kiedy im się chce. A przecież książki mają swoje ISBN, kody, hologramy. Wszystko co potrzeba do policzenia oficjalnego obiegu książki. Jeśli Ministerstwo ma ochotęprzygotuję program działania takiej instytucji. Potrzebowalibyśmy pewnie kilku analityków i programistów. A ile spekulacji by się zakończyło! No i nie dochodziłoby np. do takich sytuacji w jakiej jestem sam.

Otóż w 2010 roku Wydawnictwo EMG wydało mój debiut – „Dżentelmen”. Wiele razy podkreślałem – to nie była dobra powieść. I mam ogromną prośbę – niech nikt jej nie kupuje. Ukazała się w 1000 egzemplarzy, przynajmniej tak twierdził wydawca. Sześć lat później, a rok po wygaśnięciu umowy z wydawnictwem, powieść trafiła na rynek. Nagle można ją kupić w empik.com, każdym Matrasie, w sumie w każdej wielkiej księgarni. Cieszyłoby mnie to, gdyby nie dwa drobne szczegóły. Raz – wydawca nie ma praw do tytułu. Dwa – planowaliśmy z moim obecnym wydawcą poprawienie (przepisane jakiś 2/3 tekstu) tej książki i wydanie jej za jakieś dwa lata. Wiem dlaczego tak się stało – wydałem właśnie nową powieść, więc można promować starą. Nie wiem za to skąd jest ten nakład. Nie wiem ile wynosił nakład początkowy.  A to wszystko dzieje się bez mojej zgody i wbrew moim interesom. Gdyby istniała instytucja licząca sprzedaż książek, wiedziałbym mniej więcej ile sprzedało się w określonym czasie i mógłbym domyślać się skąd to cudowne rozmnożenie nakładu. Teraz nie wiem nic.

Pewnie, że takowa instytucja (coś na kształt ZDKP, ale prostsza) wywołałaby oburzenie u poniektórych autorów i wydawców. Pewnie, że podniósłby się krzyk – nie da się liczyć, bo pośrednik nie płaci, a coś tam i coś tam, i złe, zło, źli się. A lamentujący wydawcy powinni być w sumie z takiego rozwiązania zadowoleni. Mogliby weryfikować na podstawie danych potencjał sprzedażowy autora. Bo wszystko da się policzyć. A w puencie to podliczenie dałoby podstawy pod realne badania nad stanem czytelnictwa w Polsce i mogłoby stanowić początek zmian. Bo żeby mówić o rynku książki w tym kraju trzeba najpierw ujarzmić chaos. Z chaosu w końcu wyłoni się jakiś obraz. Czy będzie pozytywny czy negatywny – nie wiem. Wiem jedno – teraz tak naprawdę o tym co i jak czytają Polacy nie wiemy absolutnie nic.

SQN
Poprzedni

Syd Barrett i Pink Floyd. Mroczny świat - naukowa rozprawa o Szalonym Diamencie [recenzja]

J.P.Fantastica
Następny

Green Blood tom 2 - krwawa jatka w Five Points [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz