WYMĄDRZANIE 

Bogowie Egiptu kontra bogowie dziennikarstwa

Alex Proyas reżyser „Bogów Egiptu” zwyzywał dziennikarzy, nazywając ich bandą bezmyślnych półgłówków. A co jeśli miał rację? Jeśli my dziennikarze zrezygnowaliśmy z dociekliwości i ciekawość na korzyść wygody i bezmyślności?

To była tak – Alex Proyas miał być wielką gwiazdą reżyserii. „Kruk” był mocnym wejściem, spotęgowanym tragiczną śmiercią Brandona Lee. Potem było „Mroczne miasto”, „Ja, Robot”, potknięcie przy „Zapowiedzi”, a wreszcie „Bogowie Egiptu”. 140 milionów dolarów. Jak się okazuje – wyrzucone w błoto. „Bogowie…”, którzy zarobili raptem czternaście milionów, najprawdopodobniej będą największą klapą finansową 2016 roku. Co zrobił Alex Proyas? Otóż nie przemilczał porażki. Nie schował głowy w piasek, a napisał długie oświadczenie, którego sens sprowadza się do jednego zdania: dziennikarze to chuje i na niczym się nie znają.

Znam doskonale smak porażki. Wiem, jak to boli i ekspresyjne, pełne goryczy wyznanie reżysera mnie nie dziwi. Czasami trzeba znaleźć winnego. Po prostu.  Nawet jeśli samemu dało się ciała. Nawet jeśli film jest koszmarny i nic go nie broni. Po prostu – dla higieny psychicznej zrzucamy winę na innych. Ludzki odruch.

W sumie tu mógłbym zakończyć ten tekst. Gdyby nie drobny, acz upierdliwie drążący moją głowę szczegół. A co, jeśli Proyas ma rację? A co, jeśli w zalewie emocji, przypadkiem udało mu się musnąć prawdę?

Nie twierdzę, że klapa „Bogów…” to efekt złych recenzji. Nic z tych rzeczy. Ale Proyas w swoim słowotoku w jednym momencie napisał coś ważnego – że dziś dziennikarze boją się przyznać do tego, że coś im się podoba i stadnie niczym owce (czy raczej osły) kopią albo chwalą wszystko jak leci.

Czy rzeczywiście jesteśmy aż tak bezwolni? Czy efekt globalizacji kultury i powszechny dostęp do internetu sprawił, że jakość dziennikarstwa spadła na łeb i szyję (co naturalne) a my staliśmy się stadem owiec żujących tę samą trawę? Chciałbym, żeby było inaczej. Ale im dłużej o tym myślę – tym do smutniejszych wniosków dochodzę.

Kiedy ostatni raz w kinie jakiś filmowy trend zdefiniował dziennikarz? Kiedy do powszechnego użytku weszła jakaś nazwa wymyślona przez dziennikarza? Na moje oko wydarzyło się to w roku 2003, kiedy to David Edelstein użył w recenzji z filmu „Hostel” określenia torture-porn. Trzynaście lat później. Żaden dziennikarz nie odważył się napisać czegokolwiek na temat kina, co zaowocowałoby pospolitym ruszeniem, opisem nurtu czy zjawiska. Ktoś krzyknie – a „Deadpool” i wielki powrót kategorii „R”. Nowe mocne kino. Wszyscy dziennikarze o tym piszą. Piszą – racja. Ale „R” czyli kategoria wiekowa to nie wymysł czy obserwacja dziennikarza. To kategoria. A fenomen filmu „Deadpool” to nie dziennikarze, a efekt pracy, dziś zapewne najdroższej, agencji marketingowej w Hollywood. „Deadpool” to nie zjawisko – to marketing.

Czy w literaturze mamy dziennikarzy, który wytyczają nowe ścieżki? Wskazują nowe tytuły? Odkrywają talenty? W Polsce mamy jakiś kolosany deficyt myślących dziennikarzy, czego najlepszym dowodem na to jest fenomen Eleny Ferrante. Blisko dwa lata polskim dziennikarzom zajmującym się literaturą zajęło przeczytanie materiałów prasowych dołączanych do książek. W nich opisano dokładnie fenomen włoskiej autorki. Trzeba było przedruku z brytyjskiej prasy, żeby u nas ktoś raczył na te powieści rzucić okiem. Tak bardzo baliśmy się sugerowania marketingiem z Polski, że łyknęliśmy marketing z Wielkiej Brytanii. Po angielsku smakuje lepiej? Może. Dostałem ostatnio „Wigilijne psy” Orbitowskiego. Fajne wznowienie. Po 10 latach polscy dziennikarze nareszcie odkryli Łukasza i chwalą go za debiut. Alleluja.

Ale żeby się nie czepiać Polski. Próbuję w głowie znaleźć powieść, którą odkryli dziennikarze a w efekcie czego powieść wytyczyła drogę rozwoju dla innych. I tylko jeden tytuł znajduję. Pierwszy tom „Harry’ego Pottera”. Rok 1997. Każdy kolejny fenomen literacki to już marketing, albo efekt Pottera. „Kod…” – marketing. „Zmierzch” – marketing. „Igrzyska…” – marketing. „Pięćdziesiąt twarzy…” – marketing. A to tylko potwierdza tezę, że jakość jest nieważna, liczy się pomysł – jak sprzedać.

W muzyce? Jednym zdiagnozowanym przez dziennikarzy powszechnym zjawiskiem muzycznym w Polsce jest disco-polo. A w świecie to „grunge”, „brit-pop” i „rave”. Reszta trendów to albo mutacje tych, albo nieślubne dzieci lat 70. i 80.

Coś się złego stało z dziennikarzami. Straciliśmy potrzebę szukania i odkrywania. Staliśmy się wygodni. Już nie piszemy o nadciągającej rewolucji. Już nie piszemy o nowych zjawiskach. Tę funkcję zdjął nam z pleców marketing wytwórni, wydawców i producentów. Dziś my dziennikarze jesteśmy sprowadzeni do roli powielania zaszczepionych nam przez działy marketingu informacji. Możemy teraz kręcić głowami, możemy mówić – ej to nie jest prawda, mój kolega jako pierwszy opisał alternatywne country. Taaa… I co z tego ma? Gdzież ten jego wpływ na społeczeństwo? Gdzie ogólnopolska moda na alternatywne country? Ano nigdzie.

Dziś dziennikarz nie wymyśla. Nie jest dociekliwy. Co więcej – nawet nie próbuje zagłębić się w historię zjawiska przez siebie opisywanego. Powielamy bezmyślnie newslettery, piszemy o rzeczach oczywistych. Podobno tworzymy dziennikarstwo dla ludzi. Tylko wychodzi na to, że sami z człowieczeństwa zrezygnowaliśmy, stając się maszynami do wystukiwania znaków. Kiedyś dziennikarz szukał tematu. Teraz dostaje go pod nos. Razem z torbą gratisów. Ten niezależny zjebie film, książkę, płytę a gratisy weźmie, ale nie podziękuje. Ten myślący zignoruje, a napisze dopiero wtedy kiedy temat stanie się wydarzeniem. A przeciętny – po prostu napisze co się od niego chce promując wydarzenie. Ale ta promocja nie wypływa od nas. A od takich samych firm od marketingu, jak ta która stoi za sukcesem „Deadpoola”. I żeby nie było – to nie jest zjawisko polskie. To ogólnoświatowy trend przestawiania się priorytetów. Kiedyś marketing był na usługach dziennikarza, a działy promocji drżały na myśl o tym, co napisze dla przykładu Pauline Keal. Potem to wszystko się rozmyło. Autorytety umarły, dzięki internetowi dziennikarzem mógł stać się każdy, a marketing skorzystał, przejmując władzę nad tym, co mamy myśleć i o czym pisać. Niezależność? A ktoś z was próbował zapłacić za prąd niezależnością?

Night Manager
Poprzedni

The Night Manager - porządny facet kontra najgorszy człowiek na świecie [recenzja]

hail-caesar
Następny

Noirowy Chrystus kontra komuniści

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz