WYMĄDRZANIE 

Budka telefoniczna – czyli o świecie, którego nie ma

 Fakt, że mój znajomy był w stanie niemal co do minuty zorganizować mi czas, sprawił, że ogarnęła mnie jakaś parszywa i ponura nostalgia. Te cztery minuty uświadomiły mi, że mój świat się skończył. Że urodzeni w 2016 kiedy skończą piętnaście lat nie będą wiedzieli, co znaczy – dla przykładu – iść kompletnie bez celu przed siebie.

To było tak. Umówiłem się w piątek o 15.30 z operatorem. Musieliśmy nagrać – jakkolwiek to brzmi – moją video wizytówkę. Pół godziny później stoimy na ulicy. Paweł sięga po komórkę i w pół minuty informuje mnie jak dojechać do muzeum, w którym mam być, o której mam autobus i przybliżony czas dojazdu. Informuje mnie przy tym także, że mamy cztery minuty na rozmowę, bo potem przyjadą nasze autobusy i tramwaje. Cztery minuty później jadę po córkę autobusem linii 111. Rzeczywistość ogarnięta i zaplanowana, co do sekundy.

Dlaczego o tym piszę? Z prostego powodu. W drodze do muzeum przypomniałem sobie o dwóch rzeczach. Po pierwsze o tekście, który kilka tygodni temu czytałem. O tym, że w Nowym Jorku wszystkie budki telefoniczne zostaną zastąpione punktami z mega szybkim internetem. Po drugie o „Przypadku” Kieślowskiego. O tym jak istnienie wszelkich aplikacji podających dokładny czas odjazdu autobusów czy pociągów minimalizuje prawdopodobieństwo spóźnienia się, przegapienia połączenia itp. W dodatku możliwość zakupienia biletu online, wybrania miejsca sprawia, że minimalizuje się prawdopodobieństwo stania w kolejce, przepychanie się z kontrolerem…

Mam trzydzieści siedem lat. To stosunkowo niedużo. Ale wystarczająco, żeby pamiętać i to jak wysłałem telegramy do rodziców z kolonii, jak i podpięcie pierwszego modemu. I szał na kasety VHS i szok jakością DVD. W domu rodziców mam masę winylowych płyt, tysiące kaset magnetofonowych i płyt CD. Pamiętam, jaką panikę mógł wywołać zegarek, który nagle się zatrzymał (bo zapomniało się go nakręcić) i awantury, jakie powodowało „zapadnięcie się pod ziemię”, czyli choćby spóźnianie się ze szkoły. – Nie ma z tobą kontaktu. – Gdzie byłeś tyle czasu! Dziś ustalenie pobytu dziecka zajmuje kilka minut i wymaga tylko zainstalowania w jego telefonie odpowiedniej aplikacji. Pewnie, że komórkę można wyciszyć, wyłączyć, ale sygnał logowania zawsze zostawia ślad. Jest pewnie tylko kwestią czasu jak nasze telefony zaczną mówić do nas (i do osoby, której unikamy), gdy będziemy skutecznie nie odbierali od kogoś połączenia.

Może to głupie, ale fakt, że mój znajomy był w stanie niemal, co do minuty zorganizować mi czas, sprawił, że ogarnęła mnie jakaś parszywa i ponura nostalgia. Te cztery minuty uświadomiły mi, że mój świat się skończył. Że urodzeni w 2016 kiedy skończą piętnaście lat nie będą wiedzieli, co znaczy – dla przykładu – iść kompletnie bez celu przed siebie. Co znaczy wyjść z domu bez sprawdzania, kiedy przyjedzie autobus. Może przesadzam, ale wydaje mi się, że my urodzeni pod koniec lat 70. (no dobra dodajmy jeszcze tych z lat 80.) jesteśmy ostatnim pokoleniem, które wie, co znaczy być absolutnie wolnym od technologicznych ograniczeń i smyczy. Dziwne uczucie.

Całkiem niedawno pisałem dla „Nowej Fantastyki” felieton o tym jak po latach ogląda się „Dzień szakala”. Ogląda się go strasznie. I nie chodzi o filmową narrację a samą konstrukcję fabularną. Z każdą kolejną sekundą projekcji coraz mocniej przecierałem oczy ze zdumienia. To się dzieje naprawdę? Ci panowie w śmiesznych mundurkach najpierw jadą na rowerkach do hotelu po karty meldunkowe (!), potem zawożą je na komisariat policji, żeby znów ktoś je zabrał i zawiózł na kolejny – też na rowerkach? I to wszystko w chwili, gdy cały kraj ściga niebezpiecznego terrorystę? Pan śpi z panią, policja przesłuchuje panią, a potem pan wraca do pani i ją zabija?

Kiedyś uwielbiałem „Dzień szakala”, dziś patrzyłem z niedowierzaniem. Jak dzieciak wychowany w erze GPS, monitoringu i przepływu danych odbierze ten film? Ano jak jakąś dziwaczną alternatywną wersję rzeczywistości. Ktoś powie, że się czepiam arcydzieła, które zwyczajnie się zestarzało. Nie. Nieprawda. Nie czepiam się tego, że film się zestarzał. Problem z „Dniem szakala” nie polega na upływie czasu, a czymś zupełnie innym.

Kiedy Forsyth w 1971 roku wydawał swoją opowieść okrzyknięto ją arcydziełem, książką, która zmienia oblicze gatunku. Rewolucyjność „Dnia szakala” polegała na absolutnym zbliżeniu się do rzeczywistości. Paradokumentalnym, reporterskim stylu, który miał sprawić, że bliżej jej będzie do dziennikarstwa niż prozy. Tyle, że kiedy z całych sił staramy się stworzyć coś, co odzwierciedla rzeczywistość, zazwyczaj zapominamy o tym, że rzeczywistość jest czymś, co zmienia się permanentnie.

Oglądam film „Spotlight”. Historia w nim opowiadana – dziennikarskie śledztwo w sprawie pedofilii w kurii w Bostonie – wydarzyła się czternaście lat temu. Wszystko jest tam prawdą. Ale młodsi ode mnie o dziesięć lat ludzie z niedowierzaniem przecierają oczy. Że jak? Że ktoś w redakcji został oddelegowany na blisko dwa lata do pracy nad jednym materiałem? Że dziennikarze chodzili od domu do domu? Że grzebali w archiwum miesiącami?

Siedzę z córką w domu. Ma niecałe pięć lat. W telewizorze lecą „Pogromcy duchów”. Oglądamy. Scena otwierająca. Duch biega po bibliotece. Lila nie reaguje na ducha. Pyta za to – tato a co to za wielkie muzeum? Tłumaczę jej – to nie muzeum, a biblioteka, kiedyś zamiast w komputerach książek szukało się w takich katalogach. Przypominam sobie zapach kart bibliotecznych. To jak miałem skurzone, brudne palce, po tym jak szukałem książek w katalogach, do których nie zaglądał nikt od lat.

Wspominałem o tekście o nowojorskich budkach telefonicznych. Ich zniknięcie nie tylko zmienia krajobraz miasta. Ono powoduje kompletną dezaktualizację niektórych modeli fabularnych. Weźcie taką „Szklaną pułapkę 3”. W 2035 roku (jeśli świat będzie istniał) nikt nie będzie rozumiał, o co w tym filmie chodzi. Trinity w „Matrix”? O co chodzi… Clint Eastwood w „Brudnym Harrym” szukający budki… Wszystkie zabawne sceny w komediach i filmach sensacyjnych, gdzie bohater/bohaterka wyrzuca kogoś z budki, bo musi pogadać… To wszystko dla dzieciaków, które rodzą się teraz będzie nie tylko archaiczne, ale kompletnie niezrozumiałe.

Ktoś przytomnie powie – bredzisz, przecież nie ma nigdzie latarni gazowych a wiemy, że istniały. Były parowozy i wiemy jak działały. Wciąż czytamy Dickensa i wiemy, o czym pisał. Racja. Ale nie zapominajmy o tym, że należymy do pokolenia, które wychowywane było w jakiejś potrzebie wiedzy. Że jeszcze spędzaliśmy czas na powolnym zdobywaniu informacji. No i dorastaliśmy w świecie, który na naszych oczach się zmieniał. Z epoki analogowej przeszedł na pełną cyfryzację. Czy pokolenia, które nadejdą po nas będą miały taką cierpliwość? Czy nauczy się je ciekawości? Nie sądzę. Kiedy dziś rozmawiam z dwudziestolatkami o kinie, dla nich klasyka to filmy kręcone w latach 90.

Wiem, że marudzę i piszę trochę o niczym. Po prostu jakoś nagle uświadomiłem sobie, że w ostatnich czternastu latach wszystko się zmieniło. Dziennikarstwo, styl życia, potrzeba wiedzy, dostęp do informacji i podejście do życia. Wszystko. Skok technologiczno-cywilizacyjny ostatnich czternastu lat porównać można tylko do osiemnastowiecznej rewolucji przemysłowej. Przez ponad dwieście lat trwaliśmy w świecie, który się powoli rozwijał. Na tyle powoli, że zmiany obejmowały, dwa, trzy pokolenia. Stąd pamięć o dawnych czasach. Po 2002 roku wszystko przyspieszyło. Czternaście lat później obudziłem się w świecie, nie z powieści fantastyczno-naukowej. Po prostu w świecie, który nie jest mój i nigdy nie będzie.

Hulu
Poprzedni

11.22.63 - sentymentalny Stephen King [recenzja]

Egmont
Następny

Superman / Batman #1: Wrogowie publiczni - spektakularne widowisko [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz