WYMĄDRZANIE 

„Dystrykt 9”, czyli do diabła z genialnymi debiutantami!

Wyobraźcie sobie, że Wasze życie znika w ciągu jednej chwili. Wszystko, co macie – rodzina, biblioteka, praca, wierny psiak i fotel, w którym oglądaliście seriale – przepada w bolesnym trzasku, jak siekacz po celnym ciosie w mordę. Był, a teraz nie ma, do widzenia ślepa Gienia.

Takie przeżycie jest straszne, lecz niesie niezwykłą energię. Dobrą albo złą. Niektórzy, rozpoznawszy siebie w nicości ruszają do czynu i podbijają kawał świata. Inni odnajdują w sobie filozofa i szukają sensu na dnie butelczyny.

Coś takiego zdarzyło się również mnie, parę ładnych lat temu. Życie, które wiodłem (niezbyt udane, lecz mimo wszystko – jakieś życie) nagle runęło, przy sporym udziale niżej podpisanego. To, co miałem, przepadło. I tyle. Wylądowałem w zniszczonym mieszkaniu o odrapanych ścianach, z dwoma kubkami, talerzem i starą lodówką przytarganą z piwnicy. Na niszczejących regałach próżno było szukać książek. Puszczając prysznic, zalewałem sąsiadkę.

Natychmiast polubiłem to miejsce: nie zawierało w sobie żadnych treści, było jak grób czekający na zwłoki. Przyjaciele, którzy odwiedzili mnie po raz pierwszy byli jednak innego zdania. W ich oczach malowało się przerażenie. Zapragnąłem ich pocieszyć. Sięgnąłem po jedyną ładną rzecz, jaką miałem na tych dwóch pokojach: kubeczek z ciemnoczerwonego grubego szkła, w którym trzymałem przybory do pracy biurowej. Niosąc go w obu dłoniach wołałem: „Zobaczcie, mam tu jednak coś ładnego!”. Oczy przyjaciół zrobiły się jeszcze większe i jeszcze bardziej przerażone. Dlaczego? Odpowiedź przechowam na potrzeby puenty.

„Dystrykt 9” jest filmem wybitnym, a wskazanie słabych punktów sprawia mi prawdziwą trudność. Jedynie historyjka z cudowną substancją umożliwiającą rozruch statku wydaje się nieco naciągana.

Myślę, że kosmici z „Dystryktu 9” znaleźli się w takiej sytuacji jak ja tylko milion razy gorszej. Wylądowali beznadziejnie daleko od domu, zaś awaria statku kosmicznego uniemożliwia, póki co, powrót. Mieszkańcy okazali umiarkowaną gościnność, wznosząc zaimprowizowane getto w oczekiwaniu na obóz koncentracyjny pełną gębą. Republika Południowej Afryki posiada zresztą pionierskie zasługi w tym zakresie. Kosmici, zwani pogardliwie krewetkami, żyją w budach pozbijanych z byle czego, zaś nędza wraz z nudą nakręcają przemoc między nimi. Policjant ochoczo urządza wjazd na chatę i jeszcze chętniej szarpie za spust. Na domiar złego rozpowszechnił się pogląd, że kontakt z krewetką leczy z wszystkich możliwych chorób i niedogodności, od AIDS po kaca. Trzeba tylko taką krewetkę zeżreć. Nasi kosmici są więc uwięzieni, upokorzeni, głodni i okazjonalnie konsumowani. Na pocieszenie mogą, co najwyżej, zadrzeć głowy ku gwiazdom, do których nie mogą powrócić.

Film obejrzałem w tamtym mieszkaniu o odrapanych ścianach, na monitorze wziętym na kredyt (strasznie gryzłem się z tego powodu), popijając kadarkę za siedem dziewięćdziesiąt dziewięć, rozwalony na najtańszym materacu. Cóż, miałem przynajmniej kadarkę, materac, monitor i ściany z pustaków – krewetki nie mogły tego o sobie powiedzieć. Ja pierniczę, jakie to dobre, myślałem sobie. Więcej nawet, „Dystrykt 9” był dla mnie objawieniem i zapowiadał obecność wielkiego reżysera, zdolnego do przemiany skostniałego kina science fiction.

Przynajmniej jedno nie uległo zmianie. „Dystrykt 9” jest filmem wybitnym, a wskazanie słabych punktów sprawia mi prawdziwą trudność. Jedynie historyjka z cudowną substancją umożliwiającą rozruch statku wydaje się nieco naciągana. Sharlto Copley znakomicie poradził sobie ze złożoną rolą, którą przyszło mu zagrać, a status gwiazdy, którym teraz się cieszy jest w pełni zasłużony. Neill Blomkamp w pełni wykorzystał smutne doświadczenia kraju, z którego pochodzi. Przecież tytułowy dystrykt jest niczym więcej jak tzw. townshipem. Mowa o osiedlach, gdzie w czasach apartheidu biedowali czarnoskórzy. Widziałem je, kiedy jechałem przez Afrykę – blaszane budy o dachach dociśniętych cegłówkami ciągnęły się kilometrami wzdłuż popękanych dróg. Ciągle mieszkają tam ludzie.

„Dystrykt 9” opowiada o getcie, o chęci, a nawet radości związanej z budowaniem getta dla  wszelkiej odmienności. W oddziałach pacyfikujących krewetki znajdują się przecież i czarnoskórzy, którzy w młodości doświadczyli uciążliwości apartheidu. Ofiara chętnie staje się katem – cóż, taką myśl trudno uznać za odkrywczą. Cała metaforyka debiutu Blomkampa wydaje mi się banalna, z czego nie czynię zarzutu. Kinu popularnemu wolno wypowiadać banalne treści, pod warunkiem, że znajdzie dla nich interesującą formułę. Tu taka okoliczność zachodzi, więc nie ma o co się złościć. Liczy się coś innego. Mianowicie krewetka.

Gdyby Blomkamp zaproponował kosmitów w rodzaju E.T., takie łagodne stworki z wielkimi oczyma, film okazałby się do kitu. Tymczasem krewetki są wstrętne i, w jakiś sposób, zasługują na swój przydomek. Aż chciałoby się szarpnąć za te frędzle, co takiemu z mordy wiszą. Poruszają się dziwnie, jeszcze dziwniej mówią i reagują agresją z byle powodu.  Większość raczej nie grzeszy rozumem. Do tego są brudni, hałaśliwi i bez przerwy wymiotują. Naturalnym odruchem wobec takiego stworzenia jest niechęć. Za nią idzie budowanie dystansu. Dystansowi służą mury. I tak to się kręci.

Gdy po raz pierwszy zobaczyłem krewetki, czułem do nich niechęć. Na pewno nie chciałbym, aby takie stworzenie zamieszkało na mojej ulicy, o co to, to nie! Właśnie na tym – na takiej manipulacji widzem – polegał geniusz Blomkampa. Nic dziwnego, że uznałem go za wielki talent i wyglądałem kolejnych filmów niczym niewierny mąż rozwodu bez orzekania o winie. Najpierw dostałem przeciętne, choć przynajmniej dynamiczne „Elysium”, później jednak zdarzył się „Chappie”, znów z Johannesburgiem, Sharlto Copleyem i ideą wykorzystania fantastyki jako nośnika humanistycznych wartości. Blomkamp to bardzo sprawny technicznie reżyser. Dopiero w połowie filmu pojąłem, że oglądam gniota. Gdzieś w trzech czwartych skorygowałem pogląd: obcowałem z artystyczną katastrofą.

Gdy po raz pierwszy zobaczyłem krewetki, czułem do nich niechęć. Na pewno nie chciałbym, aby takie stworzenie zamieszkało na mojej ulicy, o co to, to nie! Właśnie na tym – na takiej manipulacji widzem – polegał geniusz Blomkampa.

Neill Blomkamp okazał się twórcą genialnego debiutu i nikim więcej. Wątpię, aby jego „Obcy” skłonił mnie do zmiany zdania. Trudno mi się złościć. Sądzę, że reżyser padł ofiarą klątwy, ewentualnie mechanizmu do miażdżenia piekielnie zdolnych debiutantów. Jest bowiem jednym z wielu w ponurym szeregu zmarnowanych talentów. Weźmy takie rodzeństwo Wachowskich. Dwie kontynuacje „Matrixa” mógłbym im jeszcze darować, lecz „Jupiter Ascending” jest przypuszczalnie najgorszym filmem w historii kina, biorąc pod uwagę zaangażowane siły i efekt końcowy. Jak się ma Timur Bekmambetow, odpowiedzialny za wspaniałą „Straż nocną”? Zrealizował koszmarnie słabowitego „Abrahama Lincolna łowcę wampirów” i chyba bierze się za remake „Ben Hura”. Przynajmniej to mogłoby być nam oszczędzone. Nimród Antal wstrząsnął „Kontrolerami”, nakręconymi jeszcze na Węgrzech. Później roztrwonił swój talent, kręcąc ogon do „Predatora” i idiotycznie fabularyzowany zapis koncertu Metalliki. Z tego wszystkiego najlepiej zachował się duet reżyserski odpowiedzialny za „Blair Witch Project”. Panowie realizują to, na czym się znają, czyli pomysłowe, niskobudżetowe horrory. Zapewne dlatego, że wysokiego budżetu nie udało się wyszarpać.

Przypuszczalnie, wszystkie te klęski (wyjąwszy Wachowskich) dokonały się na życzenie hollywoodzkich producentów. Jeśli tak rzeczywiście jest, mamy do czynienia ze świadomym kastrowaniem talentów w imię najświętszego dolca. Przecież nie będę o to się złościł. Odrobiłem jednak lekcję. Z twórczości genialnych debiutantów interesuje mnie wyłącznie ich debiut. Wtedy, w tamtym mieszkaniu, tego nie wiedziałem. Teraz już wiem.

Wróćmy tam jeszcze na chwilę, do tych odrapanych ścian. Idę ku przyjaciołom, unosząc jedyną ładną rzecz, jaka znajduje się w moim posiadaniu, rzeczony kubeczek na szpargały biurowe. Uśmiecham się szeroko, a przyjaciele spoglądają na mnie z rosnącym przerażeniem. Patrzę na to, co trzymam i już wiem o co im chodzi.

To nie kubeczek, tylko znicz bez wkładu. A raczej – za wkład służą mu ołówki, długopisy i nożyczki do papieru.

Macie najlepszy przykład, jak łatwo pomylić się w osądach.

fot. Justin McLachlan
Poprzedni

Jak sprzedać polską literaturę na świecie - poradnik

J.P.Fantastica
Następny

Ghost in the Shell 1.5: Human-Error Processer - migawki z życia Sekcji 9 [recenzja]

Łukasz Orbitowski

Łukasz Orbitowski

Debiutował na łamach miesięcznika „Science Fiction”. Poza niezliczonymi opowiadaniami ma na swoim koncie 13 książek. Docenione i pozytywnie przyjęte przez krytykę zostały m.in. Tracę ciepło, Święty Wrocław, zbiór opowiadań Nadchodzi oraz głośne Widma. Za swoją ostatnią powieść, Szczęśliwą ziemię, był nominowany do prestiżowych nagród – Paszportu Polityki oraz Literackiej Nagrody Nike. Jest laureatem Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Młoda Polska” 2012. Od kilku lat jest stałym felietonistą „Gazety Wyborczej” i "Nowej Fantastyki". Aktualnie mieszka w Warszawie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz